O Michael Tequila

Z wykształcenia doktor nauk ekonomicznych. Kariera zawodowa: handel zagraniczny (m.in. praca na stanowisku attache handlowego i radcy handlowego w Polskiej Ambasadzie w Bogocie), bankowość (kierownik planowania strategicznego w banku australijskim) oraz nauczanie (wykładowca akademicki w zakresie marketingu, zarządzania strategicznego i etyki biznesu), tłumacz polsko-angielski akredytowany przez NAATI, Australia. Członek SA Writers Centre Inc. (Związek Pisarzy Południowej Australii). Hobby i zainteresowania: twórczość literacka, psychologia, pływanie, jazda na rowerze. Miejsca zamieszkania: Bogota, Ateny, Adelajda, Gdańsk.

Aforyzmy i myśli

Pracuję nad poważnym opowiadaniem, myśląc równocześnie o pięciu innych sprawach, które wymagają mojego zaangażowania. Nie chcąc pozostawiać Czytelników bez intelektualnej podniety, postanowiłem publikować moje aforyzmy i myśli. Niektóre z nich są nieco dłuższe niż typowe aforyzmy.

Dla przypomnienia sobie i Czytelnikom tematu przytaczam fragmenty definicji aforyzmu z Wikipedii:

„Aforyzm – złota myśl, sentencja, maksyma, gnoma, apoftegmat; zwięzła, lapidarna, przeważnie jednozdaniowa wypowiedź, wyrażająca ogólną prawdę filozoficzną lub moralną, w sposób zaskakujący i błyskotliwy.

W Polsce zbiory aforyzmów wydawały m.in. Wydawnictwo „Wiedza Powszechna” w serii „Myśli Srebrne i Złote” (od 1957), Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik” w serii „Symposion” (od 1958), Państwowy Instytut Wydawniczy w serii „Biblioteczka Aforystów” (od 1970).

Znani aforyści to cesarz Marek Aureliusz (Rozmyślania), książę François de La Rochefoucauld (Maksymy i rozważania moralne), francuski moralista Nicolas Chamfort (Charaktery i anegdoty), belgijski pisarz Octave Pirmez, niemiecki poeta Johann Wolfgang von Goethe, hiszpański eseista José Bergamin oraz serbski poeta Jovan Dučić.”

Oto pierwsze trzy pozycje z mojej biblioteczki:

Boski kształt ciała, orzechowe oczy i koralowe usta aptekarki były tak niezwykłe, że aby je chwalić trzeba było – oprócz zapłaty za lekarstwo – wykupić abonament. Pozdrawianie jej uroczego psa było już bezpłatne.

Bóg najpierw stworzył mężczyznę, przekonał się, że nie jest ideałem i wtedy stworzył kobietę. Bóg najpierw stworzył kobietę, przekonał się, że nie jest ideałem i wtedy stworzył mężczyznę. Historia tworzenia człowieka zależy od tego, kto ją opowiada. Sam akt tworzenia jest teatralny z natury: próba generalna, poprawki, prezentacja ideału.

Bóg nie był w stanie stworzyć doskonałej kobiety, ponieważ nie miał wzorca. Tworząc mężczyznę, wystarczyło mu patrzeć w lustro.

Bóg nie pomaga ludziom bezpośrednio, tylko przez innych ludzi. Modląc się do Boga o pomoc, proś i oczekuj jej od człowieka.

Bóg w brudnych butach nie chodzi. Twoje obuwie jest najprostszym dowodem, czy zostałeś stworzony na obraz i podobieństwo boże.

Byłem człowiekiem niewierzącym. Nie wierzyłem w demokrację. Nawróciłem się i uwierzyłem, że wszyscy są sobie równi. Potem znowu straciłem wiarę i znowu się nawróciłem. Teraz naprawdę wierzę, że wszyscy są równi. Ale inaczej. Czy ja jestem równy panu albo pani? Jestem przecież wyższy.

 

0Shares

Sobota. Komentarz dnia bieżącego.

Drodzy Czytelnicy!

Dokonałem wczoraj przeglądu moich utworów literackich w „Bibliotece Opowiadań i Poezji” oraz wcześniejszych. Dokonałem też wyboru. Zawieszam przejściowo prace nad opowiadaniami, skoncentruję się na poezji. Będę uzupełniać wiersze, dodając komentarze do publikowanych na bieżąco oraz tych wcześniejszych. Moim bezpośrednim celem jest wydanie ich w formie książkowej jako zbiór „Oniemiałość”. To mój priorytet.

Znaczy to, ze opowiadania będę dodawać do „Biblioteki” nieregularnie. Kilka opublikowanych wcześniej, poprawię i ponownie zamieszczę w znacznie doskonalszej formie. Zaznaczę to przy tytule.

Zamieszczam poniżej dwa linki do poezji Leonarda Cohena na YouTube, jeden to dobrej jakości nagranie płytowe, drugi to „Tańcz mnie po miłości kres” z polskim słowami lecz muzyką Cohena.

Jako ciekawostkę dodam, Leonard Cohen był pochodzenia żydowskiego, jego ojciec pochodził z Polski.

Pozdrawiam bardzo serdecznie,
Michael Tequila

Cohen Leonard Dance me to the end of Love. Nagranie płytowe. https://www.youtube.com/watch?v=8StKOyYY3Gs   

Cohen Leonard To samo Tańcz mnie po miłości kres (polskie słowa z muzyką Cohena) https://www.youtube.com/watch?v=kW3WM9SKS-w

0Shares

Znak pokoju. Opowiadanie kryminalne.

W wieku czterdziestu pięciu lat Karol Zendra zwątpił w sens życia. Zastanawiał się, skąd się to wzięło, znaczy się, od kiedy przestał się czuć dobrze we własnej skórze. Odpowiedź nie pojawiła się od razu, jak na zawołanie, nie musiał jednak czekać zbyt długo. Zrozumiał swój niepokój po obejrzeniu filmu o małżeństwie, jak do niego dochodzi, jak się rozwija i jak najczęściej się kończy.

Zdał sobie wówczas sprawę, że początek jego zwątpienia sięgał dnia, kiedy do jego domu, gdzie żył spokojnie z żoną Penelopą, wprowadziła się jej siostra Lucyna. Pamiętał nawet ten dzień; był to sam początek ponurej jesieni, zimnej i deszczowej; w nocy wiał tak porywisty wiatr, że bali się czy dach domu wytrzyma.

Od dnia wprowadzenia się Lucyny Penelopa stała się nie do zniesienia. Nie była łatwa w małżeństwie, teraz przechodziła już samą siebie. Nabrała nowych nawyków. Polegały one głównie na tym, że intensywniej starała się ulepszyć Karola, usprawnić jego działania, nadać jego życiu więcej rozmachu. 

Pierwszym obszarem nieporozumień stał się sposób odżywiania. On i kobiety reprezentowali krańcowo odmienne punkty widzenia. Kiedy Karol zaczął jeść więcej warzyw, ograniczając konsumpcję mięsa, one dosłownie wciskały je w niego, twierdząc, że powinien jeść więcej kurczaków, bo to nie jest mięso. Kiedy mówił im o wegetarianach, dając jako przykład Morarji Desai, który został premierem Indii w wieku osiemdziesięciu jeden lat i przez kilka lat z powodzeniem rządził wielkim krajem, nie wierzyły mu. Podobnie jak premier Desai, Karol preferował warzywa, orzechy, owoce, nabiał. Wyjaśniał i przekonywał, że warzywa są łatwo strawne, zawierają błonnik, są absolutnie niezbędne dla organizmu.

– To dzięki nim Desai zachował tak fantastyczny stan zdrowia i ja tylko idę w jego ślady. Podobnie jak on nie palę też papierosów, nie piję alkoholu i ćwiczę jogę. Przynajmniej staram się.

Przykład premiera Indii jako wzorca dobrego odżywiania tylko pogorszył sytuację Karola. Penelopa, korzystając z pomocy siostry biegłej w korzystaniu z Internetu, wyszperała informacje, która go pogrążyła.

– Czy ty wiesz, znawco zdrowego odżywiania Hindusów, że Desai, kiedy został premierem, od pięćdziesięciu lat nie miał kontaktu seksualnego z kobietą a każdy dzień rozpoczynał od modlitwy i wypicia szklaneczki moczu?

Był to skuteczny cios, ale Karol nie ustępował.

– Kiedy nie jem większej ilości warzyw, czuję się podle. Warzywa to podstawa odżywiania się współczesnego człowieka. Chyba, że jest się kanibalem i kocha się ludzi dla celów konsumpcyjnych. To inna sprawa.

Obracanie drażliwego tematu w żart było jego sposobem rozładowywania napięcia. Na Penelopę to jednak nie działało. Nie dzieliła jego poczucia humoru. Kiedy mówił coś żartobliwego, ona traktowała to jako zasłonę dymną, za którą usiłował ukryć swoją bezradność, niechęć do natychmiastowego działania lub defekt charakteru.

Drugim obszarem nieporozumień i kontrowersji stała się czystość domu, konkretnie zaś podłogi. Szwagierka była pedantką, nie akceptowała najmniejszego okruszka. Karol nie czuł się człowiekiem wiekowym, niezdarnym czy wyjątkowo roztargnionym, zdarzało mu się jednak upuścić jakiś okruch pieczywa na podłogę i nie zauważyć tego. Najczęściej następowało to w trakcie ożywionej dyskusji przy stole albo nocą, kiedy nachodziło go gwałtowne pragnienie zjedzenia choćby jednej kromki chleba, nawet czerstwego, z masłem lub z miodem.

Lucyna, przez siostrę zwana Lusią, regularnie chodziła po domu i sprzątała. Lubiła sprzątać. Najczęściej robiła to, kiedy były same w pokoju, przy okazji delikatnie sugerując siostrze, że Karol jest bałaganiarzem. Właśnie z tego powodu Karol pozostawał w stanie niezadeklarowanej wojny wobec szwagierki, pilnując się, aby nie przekroczyć granicy tolerancji drugiej strony.

Kolejnym spornym tematem okazały się praca w domu, wykonanie czegoś dla wspólnego dobra, naprawa sprzętu czy choćby zawieszenie obrazu na ścianie. Penelopa oczekiwała, że Karol wykona to natychmiast, przynajmniej bez większej zwłoki, on jednak zwlekał, tłumacząc się innymi pilnymi obowiązkami i sprawami. Jego wyjaśnienia były często nieprzekonujące, nawet dla niego samego, dlatego też nie wahał się przyznawać żonie racji i przepraszać ją. Zapewniał przy tym, że pragnie być inny, bardziej sprawny i szybszy, tak jak ona sobie to wyobrażała, on zresztą też, ale nie potrafi wykrzesać w sobie motywacji do takiej zmiany.

*****

Dopuszczając, że nie jest ideałem męża i współlokatora, Karol walczył o zachowanie minimum niezależności i godności.

– Niech to będzie niezależność nawet częściowa, ale niech będzie. Nie mogę czuć się jak człowiek obcy, jak wygnaniec we własnym domu. Mam prawo być człowiekiem niedoskonałym – tłumaczył Zenobiuszowi, serdecznemu przyjacielowi, kiedy spotykali się, aby porozmawiać przy piwie lub kawie o sporcie, pracy i życiu.

Denerwując się, kiedy groziła mu kolejna konfrontacja z żoną, Karol zdecydował się przyjąć najbardziej racjonalną postawę: ustępować w sprawach mniej znaczących, nigdy w sprawach zasadniczych. Mimo zmiany strategii nieprozumienia domowe nie kończyły się; były jak woda lejąca się strumieniem z uszkodzonej rury. Karol zastanawiał się nad tym wielokrotnie. W końcu doszedł do wniosku, że tkwi po uszy w dylemacie relacji męsko-damskich, czyli wiecznej sprzeczności charakterów mężczyzny i kobiety, stanowiącej źródło wszelkich konfliktów. Wynikał on także z różnic temperamentu, przyzwyczajeń, innego widzenia świata, co jest ważne, co mniej ważne, a co zupełnie nieważne.

– Czy okruchy na podłodze są ważne? – zadawał czasem to pytanie w momentach sprzeczki.

Nie potrzebował odpowiedzi. Dla niego nie, dla niej tak. Kiedyś, nie mogąc dojść do porozumienia z Penelopą, Karol krzyknął w zdenerwowaniu w obecności także szwagierki:

– My, mężczyźni, i wy, kobiety, pochodzimy od zupełnie innej małpy.

Jego wypowiedź dolała oliwy do buzującego już ognia. Okazała się fatalna. Dla świętej zgody, Karol musiał przeprosić żonę i szwagierkę dwukrotnie za wyjątkowo niefortunne porównanie człowieka z odległym przodkiem, który w opinii kościoła, Penelopy i Lucyny nie wiadomo kim był w ogóle, jeśli w ogóle istniał. Dla Karola nie ulegało to wątpliwości.

*****

W pewnym okresie życia żona kojarzyła się Karolowi z komendantem obozu koncentracyjnego. Potem zarzucił ten pogląd, uznając go za oderwany od wiary w człowieka i małżeństwo. Nie bez znaczenia była też refleksja, że jeśli ona jest komendantem, to on jest ofiarą. Coś w tym było, skoro przyszło mu to do głowy. Swoją słabość wobec Penelopy Karol tłumaczył ukrytą w sobie wadą genetyczną i wychowaniem. Taki już był; zawsze szukający wytłumaczenia spraw niewytłumaczalnych.

– Na pochyłe drzewo każda koza skacze – przypominał sobie, kiedy o tym rozmyślał.

Kiedy przypominał sobie to porzekadło, serce w nim twardniało. Czuł wtedy potrzebę rozwinięcia w sobie odporności uczuciowej.

W grę wchodziło coś więcej niż genetyka i wychowanie. Dotarło to do niego dopiero po latach, jak bardzo różniło ich pochodzenie społeczne, środowisko rodzinne, w jakim oboje wyrastali, oraz kultura, w bardzo ogólnym sensie. Chodziło o coś więcej niż różnice, chodziło o trudną do zdefiniowania naturalną odmienność. Coś tak głębokiego, jak bycie czarnym lub białym, które się wzajemnie wykluczają. Zastanawiał się nad tym.

Mieli odmienny start. Karol pochodził z przeciętnie zamożnej rodziny, Penelopa była bogata od początku. Wiadome było jeszcze za czasów panieńskich, że jako jedynaczka odziedziczy dom po rodzicach i ich oszczędności oraz inwestycje. Było tego niemało. To był majątek na tamte czasy.

Pobrali się późno. Była to prawdziwa miłość, zafascynowanie drugą osobą. Potem trochę się popsuło. Kiedy brali ślub był inspicjentem teatralnym, z głową zanurzoną w sztuce teatralnej i jej organizacji. Z natury był raczej ustępliwy, skłonny do negocjacji. Penelopa zawsze była bardziej wymagająca od siebie i od niego. On był duszą artystyczną, ona miała bardziej menedżerskie usposobienie. Oboje pracowali. On w teatrze miejskim a potem w kuratorium oświaty, ona nieprzerwanie, powoli awansując, w dyrekcji dużej kopalni węgla jako samodzielny pracownik księgowości. Dzieci i nie mieli. To nie było problemem, a jeśli było, to rozłożonym równo między obydwie strony.

******

Lucyna, siostra Penelopy uważała, że Karol jest niedomiarowy, inaczej mówiąc niepełny, w swoim postępowaniu, podczas gdy Penelopa jest nadmiarowa, ponieważ jest towarzyska, szczera i otwarta. Wszyscy ją lubili. Karol również cenił te cechy żony, niezwykłą łatwość nawiązywania kontaktów. Uważał, że z ich dwojga ona była lepiej uzbrojona od początku małżeństwa. Na ten temat zgromadził liczne przemyślenia.

Życie małżeńskie to walka o prymat: kto decyduje, kto rządzi, kto gra na fortepianie, a kto śpiewa pod takt muzyki, kto nosi spodnie, a kto pyta. Takie myśli nasuwały mu się nie tylko w chwilach przygnębienia. Pocieszał się myślą, że zachowanie Penelopy wobec niego było uzasadnione, ponieważ każdy żonaty mężczyzna potrzebuje przypominania, jak należy postępować w wątpliwych sytuacjach życiowych.

Któregoś dnia przeczytał artykuł o wiktymologii. To mu bardzo pomogło, zaczął lepiej siebie rozumieć. Wkrótce uznał, że powinien okazywać Penelopie więcej zrozumienia i jako wyraz dobrej woli i pojednania zaczął przekazywać jej znak pokoju. Było to rozumne i błogosławione w skutkach postanowienie. „Przekazuję ci znak pokoju” uznał za skuteczną formę łagodzenia napięcia oraz wyrażania pozytywnej postawy. Te słowa miały znaczyć: „Nie jestem twoim wrogiem. Życzę ci jak najlepiej. Tylko okazuj mi trochę więcej zrozumienia”. To było sedno jego przekazu, narracji i zachowań. Od tej pory czuł się dużo lepiej.

Będąc osobą wierzącą, choć nie praktykującą, Karol wyobrażał sobie, że znak pokoju wymyślili i stosowali pierwsi chrześcijanie, a on tylko go zapożyczył i udoskonalił. Przekazywanie znaku pokoju stało się ważną czynnością, stanowiło też formę zastępczą chodzenia do kościoła.  

Po krótkim czasie przekazywanie znaku pokoju weszło mu w krew. Kiedyś śniło mu się nawet, że uczynił to na ruchliwej ulicy zaraz po tym, jak o mało co nie wpadł pod samochód. Dla uspokojenia nerwów wybrał w tłumie przechodniów człowieka, podszedł do niego, zatrzymał gestem ręki, objął ramieniem i powiedział uroczyście:

– Przekazuję ci znak pokoju. Czy zechcesz go przyjąć? Może nawet zechcesz odwzajemnić, co by ukoiło moją rozhuśtaną niepokojem duszę, co się stanie ze mną, kiedy już odejdę w zaświaty. Cholernie mało wiem o tym miejscu.

Używając określenia „Znak pokoju”, Karol zakładał, że każdy rozumie, że jest on symbolem pojednania a nie konkretu obejmującego podłogę, ściany i sufit oraz kilka dodatkowych elementów w rodzaju lampy, łóżka, stołu czy szafki nocnej.

*****

Na początku grudnia, kiedy spóźniona zima szykowała się do nadejścia, w małżeństwie Karola i Penelopy nastąpiło przesilenie. Dzień rozpoczął się słonecznie, narzucając charakter wszystkim innym zdarzeniom. Słońce wstało znad horyzontu i bryznęło plamą jasności na ścianę, stół i podłogę apartamentu Zendrów. Oprawione w złote ramy obrazy popstrzyły się plamami, egzotyczny pejzaż największego obrazu przecięła smuga cienia padającego z ramy okiennej. Dzień zapowiadał się sympatycznie. Pobudzony nieoczekiwaną obfitością słońca Karol zapragnął wyrwać się z domu i biec w słoneczną przestrzeń, nawet krzyczeć.

Tego dnia czuł się szczególnie szczęśliwy. Na nogach był już od godziny szóstej rano. Wczesne wstawanie bardzo mu odpowiadało, ponieważ nauczył się poruszać po ciemku ciszej niż mysz pod kołdrą. Prawie nie wydawał dźwięków. Był sam w kuchni, przygotowywał sobie śniadanie.

O godzinie ósmej z minutami do pokoju weszła Penelopa razem ze swoją siostrą. Miała dla niego wiadomość. Jej komunikaty były zawsze suche i krótkie. Słuchając ich myślał, że powinna pracować na poczcie przy nadawaniu telegramów, gdzie oszczędność słów jest cnotą, a nie w kopalni węgla, gdzie była księgową i miała do czynienia z tysiącami liczb. Liczby – uważał – podobnie jak węgiel mogą być bardzo różnej jakości i nie ma co na nich oszczędzać.

– Kupiłam wczoraj szynkę. Nazywają ją polędwicą łososiową. Jest krucha, lśniąca i delikatna. Zjedz ją na śniadanie. To tylko cztery plastry. My będziemy jeść inną szynkę.

– Wspaniale! – ucieszył się Karol.

Postanowił i chciał być optymistyczny. Słońce i propozycja Penelopy nastroiły go niezwykle pozytywnie. Skończył krojenie pomidora, dodał przygotowaną wcześniej cebulkę i szczypiorek, całość posolił i popieprzył. Miał przed sobą cieszącą oko i podniebienie sałatkę warzywną. Po zakończeniu śniadania, syty i zrelaksowany, zapragnął podzielić się z kobietami swoją radością i poczuciem szczęścia. Zawsze tego pragnął.

– Pozwólcie, że z samego rana przekażę wam znak pokoju – powiedział, po czym podszedł do żony, objął ją ramieniem i pocałował w policzek.

– Pokój z tobą – odpowiedziała żywo Penelopa, umacniając w nim przekonanie o wyjątkowości dnia i krążącym po domu duchu miłości.

– Lucyno, tobie także przekazuję znak pokoju.

Zajęta czymś przy kuchni szwagierka nie zareagowała na jego słowa. Dopiero kilka minut później, przechodząc obok stołu, życzyła Karolowi smacznego.

– Dziękuję bardzo – odpowiedział głośno i wyraźnie, aby go usłyszała. Zależało mu na dobrych relacjach także z siostrą żony.

– Na zdrowie – odrzekła szwagierka nie patrząc na niego. Była zajęta oglądaniem kolorowych zdjęć na smartfonie. To była jej prawdziwa pasja.

Ucieszył się, że nie patrzyła na podłogę, gdzie spadło mu kilka okruchów.

Godzinę później sytuacja zmieniła się diametralnie. Poszło właśnie o okruchy. Zapomniał je sprzątnąć. Wybuchła z tego tytułu awantura. Nie było to tak, że kobiety ją wywołały, ale ją zainicjowały – jego zdaniem złośliwymi uwagami – na temat jego nieuwagi i niezdarności. To przepełniło jego kielich goryczy. Uznał, że mimo najlepszych chęci i starań z jego strony, ustępowania i przekazywania znaków pokoju, będzie nadal trwać stan cichej wojny.

*****

Wyprowadzony z równowagi, Karol przypomniał sobie odległy fragment młodości. Były to właściwie dwie niezależne od siebie historie, dwa ważne epizody, kiedy był jeszcze kawalerem. Zakopał je głęboko w pamięci, ponieważ był to najtrudniejszy i najbardziej wstydliwy okres jego życia. Chodziło o kobietę o bladej twarzy i niezwykłe zlecenie, jakiego mu udzieliła.

*****

Karol dysponował naturalnym darem straszenia ludzi. Na początku nie zdawał sobie sprawy, jak rzadka jest to umiejętność; większości ludzi to się nie udaje, nawet kiedy bardzo się starają. Ujawniło się to zupełnie przypadkiem w okresie wakacji. Grupa studencka, w której uczestniczył, zorganizowała obóz wypoczynkowy w namiotach w lesie nad jeziorem.

Wieczorem pierwszego dnia, kiedy inni członkowie grupy jedli jeszcze kolację, Karol wyszedł popatrzeć na jezioro. Wracając, zauważył studentkę wychodzącą z namiotu. Znał ją stosunkowo słabo, pamiętał tylko, że miała na imię Krystyna. Szła w jego kierunku, prawdopodobnie w tym samym celu, co on, kontemplacji w samotności widoku spokojnego jeziora. Niewiele się zastanawiając, stanął za grubym pniem sosny rosnącej tuż przy ścieżce i czekał. Chciał koleżankę po prostu nastraszyć; niewinny żart, chwila emocji dla obojga. Kiedy dziewczyna dochodziła do sosny, Karol wykonał bez słowa dwa kroki do przodu. Krystyna padła na ziemię jak rażona, straciła przytomność. Karol przeraził się. Nie wiedział co robić, nigdy nie był w takiej sytuacji. Natychmiast wezwał na pomoc kolegów i koleżanki. Ze strachu nie powiedział im, co naprawdę się stało. Zaniesiono ją do namiotu. Wkrótce przyjechało pogotowie. Jeszcze tego samego dnia zmarła, nie odzyskawszy przytomności. Lekarze stwierdzili niewyjaśnione zatrzymanie pracy serca.

– To niezwykle rzadki przypadek – stwierdził dyżurny lekarz. – Ludzie normalnie nie umierają na serce w tym wieku bez wyraźnej przyczyny.

*****

Tego wieczoru Karol zdał sobie sprawę, że to co się stało, to nie był przypadek. Przypomniał sobie więcej takich zdarzeń w swoim życiu, tylko z mniej tragicznymi skutkami. Postanowił to wykorzystać.

Był to dla niego wyjątkowo trudny okres życia, kiedy – jak przysłowiowy tonący człowiek – był gotów czepić się nawet brzytwy, aby nie utonąć. Pracy było jak na lekarstwo. Było mu wyjątkowo ciężko. Także dlatego, że lubił grać w pokera na pieniądze. Sporo wygrywał, częściej jednak tracił. Nie mógł poradzić sobie nałogiem.

Minął rok zanim otrzymał pierwsze zlecenie. Najpierw wyeliminował dwie osoby z własnego grona znajomych, wyjątkowo negatywnie nastawione do niego, jedna w rodzinie, druga w firmie, gdzie w końcu znalazł zatrudnienie. Tak je nastraszył, że unikały go jak ognia a potem wyprowadziły się z miasta. Ich odejście uznał za wielkie osiągnięcie; nabrał pewności siebie i zrobił sobie reklamę, bo ludzie – łącznie z tą dwójką – nawet źle mówiąc o nim przypisywali mu nadzwyczajne zdolności. To go wzmocniło.

Szukał poważnych zleceń. W obecności i w rozmowach z potencjalnymi klientami, ludzmi z towarzystwa, wśród których się obracał, zachowywał się ostrożnie i z rozwagą. Nauczył się mówić oszczędnie, tylko to, co trzeba. W duchu żartował, że chętnie milczy w towarzystwie, ponieważ wystarczają mu rozmowy z psem. Pies był rzeczywiście jego najlepszym przyjacielem. Karol umiał słuchać, ludzie otwierali się przed nim. Robił wszystko, aby wzbudzać zaufanie. Był punktualny, dotrzymywał słowa, był rozsądny w słowach i opiniach. Budował reputację. Tworzył wokół siebie aurę profesjonalizmu, powagi i rzeczowości.

Kiedy już poczuł się pewnie, sugerował dyskretnie, ale tylko tym osobom, które w jego ocenie odczuwały potrzebę pozbycia się kogoś niewygodnego, że może im w tym pomóc, że ma ku temu kwalifikacje i odpowiednie doświadczenie. Był uważny, aby nie przesadzić oferując pomoc.

*****

Pierwszym zleceniodawcą była kobieta. Wyczuł ją. Odprowadzał ją do samochodu zaparkowanego dwie przecznice dalej i miał okazję z nią porozmawiać. Byli sam na sam. Zaoferowała mu duże pieniądze, tak poważną kwotę, że Karol mógłby wycofać się całkowicie z zawodu, kupić sobie mieszkanie i przyzwoicie się urządzić. Marzył o podróży po krajach Afryki Północnej, zwiedzaniu Maroka, Tunezji i Egiptu. Miał marzenia, to go dodatkowo nakręcało.

Ofiarą miał być mężczyzna. Nazywał się Paweł Diak. Zleceniodawczyni nie powiedział mu, czy był to jej mąż, kochanek czy może ktoś inny. Przekazała mu tylko szczegółowe informacje o ofierze.

– Dla mnie to nie ma znaczenia – powtarzał sobie. – Mogę nie wiedzieć, kto to jest. Nie była to cała prawda. Wyszło to na jaw dopiero później.

Mężczyzna wskazany do „usunięcia” – jak to określiła zleceniodawczyni – musiał domyślać się niebezpieczeństwa, ponieważ ukrywał się. I to tak skutecznie, że nie sposób było go wytropić. Karol nie ustawał w wysiłkach, tym bardziej, że to zleceniodawczyni ponosiła koszty poszukiwań. Coraz bardziej go to wciągało, wręcz ekscytowało. Kiedy już ujawnił miejsce ukrywania się ofiary, podjął ostateczne kroki. Mężczyzna zmienił nazwisko i mieszkał w niepozornym, małym domu z ogródkiem na przedmieściach. W domu przebywał zawsze sam. Karol ustalił to ponad wszelką wątpliwość.

Akcję wykonał z rana. Kilka minut po godzinie dziewiątej zapukał i przedstawił się jako nowy listonosz. Był odpowiednio ubrany i wyposażony. Prawdziwego listonosza związał i zamknął w bezpiecznym miejscu, aby móc spokojnie wykonać swoją pracę nie narażając się na niebezpieczeństwo. Nikt nie mógł mu stanąć na drodze. Powtórzył to sobie kilka razy. Był autentycznym listonoszem, w autentycznym uniformie i z prawdziwymi listami i przesyłkami do doręczenia.

Po usłyszeniu „Proszę”, wszedł do środka. Paweł Diak chyba wiedział lub domyślał się, co może się stać, bo był w jakimś sensie przygotowany na taką wizytę. Była w nim rezygnacja. Karol wyjaśnił mu, w jakim celu przybył i z czyjego polecenia. Chciał widzieć jego twarz, potworne przerażenie, jakiego się spodziewał. Zobaczył tylko przygnębienie i smutek. Dlatego postanowił z nim porozmawiać; chciał poznać drugą wersję historii przedstawionej mu przez kobietę.

– Moja żona to bezwzględna i mściwa osoba – zaczął mężczyzna. Opowiedział mu historię swojego związku małżeńskiego i problemów, które spowodowały separację a potem rozpad małżeństwa. Był dla niej niewygodny, dlatego chciała go usunąć. Dzięki temu mogła przejąć jego majątek.

Karol chętnie go słuchał. Diak nie rozciągał swojej relacji. Wręcz przeciwnie, streszczał się, jakby nie zależało mu na życiu.

– W dużej części sam sobie na to zasłużyłem, wiążąc się z tą kobietą – wyznał na zakończenie. Po chwili milczenia, zaskoczył Karola pytaniem.

– Chciałbym wiedzieć, ile moja była żona zaoferowała panu za moje życie. – Na ile mnie wyceniła?

Karol odpowiedział mu szczerze. Nie powiększał kwoty ani nie umniejszał.

– To ja zaoferuję panu równe dwa razy tyle za jej życie i darowanie mojego. Zapłacę od razu w gotówce. Jestem na to przygotowany. Co pan na to? Proszę wziąć pod uwagę, co panu o niej powiedziałem. Może pan to sobie wszystko sprawdzić. Jeśli daruje mi pan życie, musi pan ją usunąć. W przeciwnym wypadku narażałby się pan na śmiertelne niebezpieczeństwo.

Oferta Diaka zaskoczyła Karola. Po krótkiej rozmowie przyjął propozycję. Przemyślał sobie wszystko. Ustalili warunki i umówili się, że mężczyzna natychmiast wyjedzie za granicę i ukryje się.

– Zawiadomię, kiedy będzie pan mógł wrócić bezpiecznie. Będzie już wtedy po wszystkim.

Karol miał swoją kalkulację. Było to mądre posunięcie, propozycja Diaka urządzała go na całe życie dużo bardziej niż mógłby marzyć. Mógł wziąć pieniądze od jednej i drugiej strony.

*****

Karol zgłosił się do zleceniodawczyni po odbiór pozostałych pięćdziesięciu procent kwoty należnej po wykonaniu egzekucji na Pawle Diaku. Na dowód wykonania zadania pokazał jej zdjęcie, jakie zrobiła sobie z mężem, oraz prywatny list do męża od osoby, którą dobrze znała. Uwierzyła mu i ucieszyła się. Wyszła do drugiego pokoju i przyniosła pieniądze, tak jak było uzgodnione, w używanych banknotach studolarowych, wręczyła mu je, po czym objęła go serdecznie.

– Zupełnie jak przyjaciółka lub kochanka – pomyślał Karol, zaskoczony takim zachowaniem. Szybko opanował się. Miał już swoje pieniądze. Wtedy wyjaśnił wszystko.

– Mam wyrok na panią. Domyśla się pani, kto jest zleceniodawcą. Muszę go wykonać natychmiast, nie będę przedłużać agonii.

Naturalna jasność cery kobiety przeszła w trupią bladość. Twarz jej poszarzała, skóra wyglądała jak zwiędła. O nic nie prosiła, zaczęła tylko drżeć jak w febrze. Trwało to nie dłużej niż minutę. Umarła na jego oczach. Wiedział, że nastąpi zawał serca, znał jej stan zdrowia i siłę swego działania. Uznał, że nie jest mordercą. Spodziewał się, był nawet pewny, że umrze, ale nie musiało to nastąpić. To był jej wybór.

Kiedy Karol przypomniał sobie historię z okresu młodości, był już pewien co powinien zrobić. Przeprowadzi taką samą operację na Lucynie. Miał już w głowie ogólny plan. Liczył się z pewnymi utrudnieniami, ale nie w takim stopniu, aby mieć wątpliwości co do jego powodzenia.

*****

Karol miał aż nadto powodów, aby serdecznie nienawidzić Lucyny. To ona nakręcała Penelopę.

– Żona ma swoje słabości, ale żyło nam się całkiem dobrze. O niebo lepiej niż we trójkę. Wszystko zmieniło się po wprowadzaniu się Lucyny – skarżył się koledze w pracy.

– Mamy duży dom, pokoi nie brakuje, będzie mi pomagała – zadecydowała Penelopa przed przyjazdem siostry nie pytając go o zdanie.

Na jego pytanie, jak długo siostra zamierza pozostać, jak zwykle miała gotową odpowiedź.

– Ma własne mieszkanie, wyjedzie kiedy zechce. Nie zostaje u nas na wieczność. Jej obecność nie może ci przeszkadzać. Przecież to moja rodzona siostra.

Nie miał szansy jej wytłumaczyć, że nie chodzi o dom, jedzenie, koszty, ale o jego spokój. Penelopa nie przyjęłaby tego do wiadomości; wierzyła zbyt mocno, że Lucyna czyni tylko dobro.

– Będzie dbać o dom a także o ciebie. Powinieneś jej za to dziękować a nie sarkać.

****

Od przyjazdu Lucyny wszystko, czego by nie zrobił, było złe. Nie mógł już dłużej tego wytrzymać. Czekał okazji. Penelopa wyjechała do sanatorium na trzy tygodnie. Lucyna przejęła na siebie jej rolę. Zachowywała się jak pani domu, szarogęsiła się. Jednego wieczoru Karol miał wrażenie, że była gotowa podjąć także rolę żony w miejsce siostry. Schwyciła go za ramiona, kiedy pośliznął się i upadał, i przyciągnęła do siebie. Był przekonany w tym momencie, że oddałaby mu się, gdyby tylko chciał. Mylił się. Chwilę później odepchnęła go z wyraźnym wstrętem na twarzy, aż wzdrygnął się.

– Harpia – pomyślał z nienawiścią.

Nie znosił jej fizycznie. Była chuda i koścista, choć miała niebrzydką twarz. Właściwe to nawet ładniejszą niż Penelopa. Była samotna od kilku lat. Była dwukrotnie mężatką, nie miała jednak szczęścia. Jej pierwszy mąż zmarł na serce, drugi zginął w wypadku samochodowym.

*****

Moment, na który czekał Karol, nastąpił, kiedy szwagierka zachorowała. Radziła sobie dobrze, nie korzystała z jego pomocy. Było to tylko uparte przeziębienie. Nie chciała iść do szpitala, nikt jej zresztą do tego nie zachęcał.

– Pańska szwagierka jest w dobrym stanie zdrowia i ma silny organizm – zawyrokował lekarz domowy wezwany do chorej.

– Skarży się jednak na serce – odpowiedział Karol. Sam nie za bardzo wierzył w jej problemy sercowe. Kiedyś regularnie biegała dla zdrowia.

– Kto dzisiaj nie skarży się na serce? – zapytał filozoficznie lekarz, składając swoje narzędzia do torby. Znany był z tego, że miał smętne usposobienie i powiedzenia.

*****

Karol nie musiał pomagać szwagierce w czasie choroby. Raz tylko w nocy, kiedy miała wysoką gorączkę, poprosiła go o podanie wody i lekarstwa oraz o przykrycie dodatkowym kocem. Musiała czuć się bardzo źle, bo majaczyła. Powtarzała na przemian: nogi…. ręce…głowa… zimno …. ciepło. Zżymał się, że coś sobie wymyśliła, bo nie wyglądała na chorą. Myślał, że robi to celowo, nie wiedział tylko, po co. Posądzał ją o najgorsze.

*****

Walczył o swoje. Przypominał sobie rozmowy z żoną i wtórującą jej Lucyną i ich postępowanie. Najpierw żona, a potem Lucyna za jej sugestią, bez jego wiedzy zmieniała mu ustawienia mebli w pokoju, wyrzucała z szafy jego ulubione stare ciuchy i kupowała mu nowe. Destabilizowała jego życie. Wiedział, że robiła to w uzgodnieniu z Penelopą, a pod jej nieobecność już na własną rękę. W rozmach telefonicznych Penelopa wyrażała zadowolenie, kiedy siostra coś kupiła, zreperowała czy nawet uszyła coś dla niego.

– Karol nie umie zadbać o siebie. Gdyby nie ty, to chodziłby w brudnym i nieuprasowanym ubraniu. Powinien być ci dozgonnie wdzięczny za to, co robisz.

Karol czuł, że we własnym domu nie ma już nic swojego. Że był trochę bałaganiarzem, to sam wiedział. Wściekał się na Lucynę, kiedy mu to przypominała.

– Po co kulawemu nieprzerwanie przypominać, że ma jedną krótszą nogę? On to doskonale wie.

Nic do niej nie trafiało. Stanowiła bastion nie do pokonania.

*****

Po tygodniu nieobecności Penelopy Karol podjął decyzję. Przygotował sobie odpowiednie narzędzia i przećwiczył niektóre elementy swojego planu. Przede wszystkim nasmarował zawiasy drzwi sypialni Lucyny, upewniając się, że nie wydają żadnego dźwięku przy otwieraniu i zamykaniu. Po drugie, zanotował sobie i zapamiętał, dokładnie o której godzinie w nocy na ich domem przelatuje samolot w kierunku lotniska.

Krytycznej nocy przyszedł pod drzwi sypialni Lucyny i dłuższy czas nasłuchiwał czy śpi. Kiedy był pewny, że tak, otworzył drzwi, podszedł na palcach do jej łóżka i raz po raz załomotał potężnie uderzając młotkiem w starą patelnię prosto nad jej głową. Nie martwił się, że hałas będzie słyszany na zewnątrz w środku nocy; głuchy dźwięk silników samolotu znacznie redukowały to niebezpieczeństwo. Zanim Lucyna przebudziła z szoku w ciemności, Karol był już za drzwiami jej pokoju. Chwilę później pełna przerażenia wołała rozpaczliwie o pomoc.  

Kobieta ciężko przeżyła pierwszy szok. Nie miała w ogóle pojęcia, o co chodzi. Po dwóch razach była już chora z przerażenia na samą myśl, że nadchodzi noc, a ona musi iść spać. Myślała, że to jakiś potworny koszmar, zmora, która dusi ludzi nocą. Było to coś, czego nie rozumiała.

Karol zrobił dwa dni przerwy. Piątego dnia, kiedy już słyszał nadlatujący samolot, dokonał znowu aktu agresji waląc młotkiem w patelnię. Uciekł z pokoju, zanim Lucyna zareagowała. W ogóle nie obudziła się, w całym domu panowała cisza. Natychmiast wszedł do jej pokoju, zapalił światło i sprawdził. Lucyna była nieprzytomna, traciła oddech, tylko cicho charczała Wkrótce umilkła i przestała poruszać się. Przeraził się, ale nie na tyle, żeby mieć wyrzuty sumienia. Zmierzał przecież do tego. Tak czy inaczej było już za późno. Natychmiast wezwał pogotowie.

Lekarz wyjaśnił sprawę,  tak jak Karol się spodziewał. Określił zgon jako nagłą śmierć sercową. Z tego co mówił, Karol zrozumiał, że chodziło o ostrą niewydolność oddechowo- krążeniową, chorobę niedokrwienną, możliwie że także o wrodzoną wadę serca.

*****

Dwa dni później, może było to nawet następnego dnia, Karol usłyszał głos sąsiadki. Rozmawiała z mężem tuż za żywopłotem dzielącym obydwie posesje na temat niespodziewanej śmierci Lucyny.

– Ciągle myślę o tej młodszej siostrze Penelopy Zendra. Takie nieszczęście! Najbardziej zaskoczyła mnie ta nagłość jej śmierci. To nie mógł być przypadek. Ktoś jej musiał w tym pomóc.

Karol był pewien, że nikt, nawet dociekliwy policyjny detektyw by jej nie uwierzył.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 23.05.2020

0Shares

Poezje refleksyjne. Zbiór „Oniemiałość”.

Drodzy Czytelnicy,

Są to  poezje powstałe w Australii. Pochodzą z drugiego (niepublikowanego) tomu zatytułowanego „Oniemiałość”. Może kiedyś dojdzie do wydania książkowego tego zbioru. Mój przyjaciel, Leszek Martyński, opracował już nawet okładkę. Planuję dodawać jeden wiersz każdego dnia.

Moją twórczość poetycką określam mianem refleksyjnej; być może zechcecie się Państwo zgodzić z tą definicją.

Pozdrawiam serdecznie,
Michael Tequila

A ja Cię błagam

A ja Cię błagam, Panie świata,
byś dał mi miłość, czułości lata
i spokój życia, obecność cudu,
a wszystko inne okrył ułudą.

Niech mnie obejmie i tkliwie dotknie,
darzy uśmiechem stojąc w oknie,
choć raz zatęskni za mną ogromnie
i nie zapomni od razu o mnie.

Alegorie

Z czyśćca niepokojów dusze wyjrzą płowe,
oniemiałość czynom odejmie znaczeń mowę,
w królestwie pięknej Wenus i chmurnego Marsa
Idea na tron zasiądzie. Wszystko inne to farsa.

Kiedy już dojdziesz, gdzie każdy dojść musi
i ciężar zmyślony na przejrzystość zmienisz,
ręce cię zaświerzbią i anioł podkusi
byś bezwstydnie dotknął poezji płomieni.

Anioł miłości

Anioł o rękach czystych jak kryształ
skrzydła ukrył w liściach jesieni,
ciała oplątał w nagości zmysłach,
w sercach rozniecił gorączkę płomieni.

Z nieba zstępują ideały,
w kwiatach nasturcji zapach dojrzewa,
mchy rdzawe schodzą z wilgotnej skały,
pierzasty kasztan zaczyna śpiewać.

Bałkany

Ziemia spalona, zszarpana darnia,
szczątki ciał w siebie chciwie zgarnia,
tysiące szczątków, bo niespokojna
nie spocznie, jak długo trwa wojna.

A inne nacje, gdzie luksus syty,
z wojny ściągają haracz obfity
śląc okrucieństwa broni i sprzętu;
nie ich obejmą fale zamętu.]

 

 

 

 

 

 

 

Białe motyle

Zamieć przybyła, dostojna i cicha,
ulicami chodzi, welonami oddycha,
z mroźnych ust białe wzlatują motyle,
fruwają rozbawione, prawią krotochwile.

Do świateł się garną istot miliardy,
w czapy ubierają prawdy i nieprawdy
gwarne ulice, dachy i zielone świerki,
czasem promień odzieją w niewinne iskierki.

W polu zając zdumiony staje w sztywny słupek,
spokojem bieli zachwyca filozof i głupek,
widząc jak ulotne i kruche istnienia
żyją bez niepokoju, wściekłości, łaknienia.

Bóg uczłowieczony

Prostotę życia chce zgmatwać w węzeł
chciwiec, co z bratem się kojarzy,
on chce inaczej, dalej, prędzej,
władza bez granic mu się marzy.

Boga odsunął, sam chce być Bogiem
w wieczny sobowtór powielony,
żywy swój obraz widzi za progiem,
sam sklonowany, chce rodzić klony.

Chemicznym snem zmorzył motyla,
rozsypał kropki wiotkich skrzydeł.
Kto teraz wdzięki będzie rozpylać,
esów floresów uczyć prawideł?

Burza 

Gdy wiatr na suszę się rozgniewa
burzę przyciąga i już ulewa
powietrze siecze w wodniste strugi,
chłoszcze biczami ciekłej szarugi.

Niebo lekkość w ciężarność zwiewa,
traci nagle, ziemię wodami zlewa.
Drzewo się miota w bezsilnym oporze,
gdy je przytłacza żywiołów morze.

Wiatr kubły wody w powietrzu niesie,
ciska na ziemię; ta jęczy, gnie się,
rącze strumienie tną ją żlebami,
ciało jej szarpią wód pazurami.

Wśród mokrych błysków widowiska
wicher rozgrywa gwałtów igrzyska,
a gdy się zdaje, że oszaleje,
nagle przycicha i pokornieje.

Busz australijski

Cichym istotom śpiącego buszu
natura skąpi żywych barw retuszu.
Choć w jej palecie kolorów wiele
tu niepodzielnie rządzą pastele.

Kontynent wyblakł już ze starości,
w słońcu ukochał wygrzewać kości.
Zmęczyły starca żywe kolory,
nęcą przymglonej zieleni wzory.

I tylko ziemia w rudę bogata
czerwień gromadzi wieki i lata,
a gdy barwności ma już do woli
twarz swą rozjaśnia wykwitem soli.

Ileż kontrastów ma buszu uroda,
czarne łabędzie, jezior słona woda,
skóra tubylców osmalona słońcem;
ono tu życia początkiem i końcem.

Chuć

W chłopie dusza żyje zwierza,
stąd mu baba nie dowierza.
Choć sama jej nie możesz czuć,
to wiedz, że to po prostu chuć.

Chuci chłopu nie narzucisz,
chuć to aż w trzewiach musisz czuć.
Bez chuci baby się nie zbałamuci,
choćby cię nawet psem miał kto szczuć.

Owa tajemna chucia to jest coś do odczucia,
coś głębokiego, aż do serca kłucia.
Gdyś sam i czujesz chuć, to lepiej idź i młóć,
bo lepiej jest już młócić niż sam się bałamucić.

A jeśli nadal dręczy cię chuć,
to weź i z siebie ubranie zrzuć,
i zdrowo po łbie się pięścią młóć,
aż zaprzestaniesz cokolwiek czuć.

A teraz, kobieto, zbudź się, zbudź
nie pytaj tylko czy to chuć!

Co mnie przeraża

Niespełniona miłość mnie przeraża
i duch fanatyzmu, deprawator ludzi,
zabójca dziecka, co Boga obraża
i ranek, co radości nie budzi.

Współczesność przeraża, jej ślepa tępota,
co myślącą istotę przemienia w robota,
okrutnik, co ptaka żywego nadziewa,
by wątrobę utuczyć rozpychając trzewia.

Oślepła religia, co nie pomni Boga,
asfalt, gdzie deszcz spijała polna droga,
człowiek, wróg natury dostojnego piękna
i jego kanałów martwota zatęchła.

To poezja protestu, także rozpaczy. W mojej twórczości jest jej więcej. Wiersz był pisany dwadzieścia cztery lata temu, w 1996 roku. Był on prawdziwy już wtedy; dzisiaj jest wielokrotnie prawdziwszy, jeśli można stopniować prawdę.

Wychowałem się na Roztoczu Lubelskim, w Zwierzyńcu, gdzie obecnie mieści się dyrekcja Roztoczańskiego Parku Narodowego. Moje doświadczenia z dzieciństwa to zbieranie grzybów, poziomek, malin, jagód, jeżyn, borówek, orzechów laskowych, kąpiele w rzece i w stawie kąpielowym, gra w piłkę nożną na łące i wielkiej polanie leśnej między sosnami, zimą jazda na nartach, sankach, także na łyżwach. W moim otoczeniu wszędzie była przyroda: wielki park, lasy, łąki, pola, rzeka Wieprz, w której górnym biegu żyły raki (i to jakie!), stawy otoczone drzewami, w tym staw kąpielowy z piaszczystą plażą, oraz zamieszkujące je zwierzęta, ptaki i owady. Doświadczałem przyrody na każdym kroku. Była i jest ona dla mnie czymś żywym, bogatym i znaczącym.

Jestem świadkiem, jak na przestrzeni lat człowiek ogranicza, niszczy i zabija przyrodę. Dzieje się to konsekwentnie od pokoleń, w ostatnich kilkudziesięciu latach uległo fatalnemu przyśpieszeniu.

Moim ideałem jest przyroda, nie człowiek. To tylko jeden z gatunków istot żywych, który przyzwyczailiśmy się uważać na najważniejszy, porównując się nawet z Bogiem (stworzeni na wzór i podobieństwo boże). Nie uważam gatunku ludzkiego, do którego sam należę, za wyjątkowy. Jako jednostki potrafimy być wspaniali i twórczy, jako zbiorowość jesteśmy bezmyślnymi chciwcami, grabieżcami i głupcami o skłonnościach samobójczych. Nadal nie rozumiemy, że przyroda (natura) jest czymś świętym, jest wspólnym domem wszystkich żywych istot na naszej planecie.

Człowiek i ptak

Upał. Ziemia płonie.
Popalone twarze, poparzone dłonie.
Uderzenia słońca. Kosmiczny wybuch gazu.
Puls żyły rozrywa. To z ognia nakazu.

Drzewo. Ptak zastygły. Dziób szeroko otwarty
żarem oddycha. Wzrok mgłą niezatarty.
Żyje. W cień spływa i szuka ochłody.
O, mądrości przyrody!

Plaża. Pełnia wolności. Nikt tu nie zapędza.
Przyjdziesz, twoja decyzja. Ignorancji nędza.
Być piękniejszym. Skóra koloru spragniona.
Plamki. Potem melanoma.

Znowu upał. Ziemia płonie i powietrze płonie.
Krew. Popalone twarze, poparzone dłonie.
Jakaś zabójcza zmiana. Jakaś przyczyna nowa.
To przestrzeni nowotwór – dziura ozonowa.

Klimat coraz gorętszy.
Czy to przeciw życiu słońce się sprzysięga?
To człowiek. Jego arogancja.
Atmosferyczny śmietnik. Pociągi dwutlenku węgla.

Ptak. Trwa. W cień spływa i szuka ochłody.
O, mądrości przyrody!
Człowiek. Ozonu destrukcja, słońca eksplozja
i rozpaczy rzeka. O, szaleństwo człowieka!

Droga do Europy

Rodacy!
Rozejrzyjmy się wokół przytomnie,
zapytajmy: Co nas tam ciągnie?
Europa jest za daleko!
Tam nie płyną razem i wóda i mleko!

Czy nam jest źle tu, w tym kraju?
Czy my naprawdę musimy do raju?
Czy musimy bić komuś pokłony?
Nasz prezydent da nam miliony!

Rozejrzyjmy się najpierw, gdzie schludniej!
Może lepiej na Wschód lub Południe?
Zapytajmy, gdzie blisko nam duchem?
Tam, gdzie dobrobyt tworzy się obuchem!

Bracia!
Nie dajmy się zbałamucić!
My ze złej drogi musimy zawrócić!

Droga przez wydmy

Biegnie przez wydmy. Ciągle w górę,
wyprzedza myśli, dogania chmurę,
słońce mu liże twarz promieniami,
dyszy zmęczone jak pies zziajany.

Przysiadł znużony na gorącym piasku,
ziemia paruje plamami blasków,
kobieta żywa, choć urojona,
wyciąga smagłe, tęskne ramiona.

W sercu jej przyniósł trzy tulipany,
skrył je głęboko, zakłopotany.
Dostojnie kroczą wzgórz wielbłądy;
miłość to radość – on jest przesądny.

Dzień zmarłych 

Świetliki nocy przywracają żywym
ojców i matki, dzieci i braci,
w słowach modlitwy i wzruszeniu tkliwym
wracają bliscy, których każdy traci.

Kamień nagrobny zwodzi pozorem
trwałości. Ileż wytrwa kruchy cement,
nim pod upartych dni naporem
w ziemię też zrzuci prochu brzemię?

Tu nie ma życia. Tam jest życie,
gdzie nie ma bólu i żalu rozstań,
w obliczu Boga, na jasności szczycie,
gdzie niepojęta, ostatnia przystań.

Francisco Goya

Gdy umysł zasypia, budzą się potwory,
zaludniają rozpierzchłych pagórów ugory,
serce zbroi się w kaptur i zgęstniałą togę;
prawda nie spłonie – ja płonąć mogę.

Sędzią mnich obłąkany miłością do Boga,
kielich dym napełnia, unosi go trwoga.
Na płomiennych ołtarzach łkają innowiercy,
milknące oczy bluźnią samemu bluźniercy.

Fraszki

Ukochałem szczerze fraszki,
umysłu figlarne igraszki,
śpiewne jak kanaryjskie ptaszki,
wiotkie przezroczystością ważki.

Fraszka zwana figielkiem,
stworzonko żeńskie, niewielkie,
zabawne jak młoda kotka,
rodzimej mowy to trzpiotka.

Fraszki przedziwna władza
drętwotę języka rozsadza,
szorstkość ukwieca w aksamit,
trafność przemienia w dynamit.

Pozornie niewinna fraszka
to tylko aktorska maska,
co prawdę za słów poradą
za żartu ukrywa fasadą.

Gdy piękno cichnie

Istnieć przestańcie, marzycie zbyt skromnie!
Gdy piękno wokół cichnie bezpotomnie
a kruche ślady wątleją w złudzenie,
wy oczu tajemnic gasicie pragnienie.

Kiedy już, Panie, każesz mi

Kiedy już, Panie, każesz mi umierać,
pozwól się dojrzeć choć przez mgłę,
wtedy już wszystko możesz mi odbierać,
bo ja przemycę nadziei łzę.

Chciałbym Cię dotknąć choćby przez mgnienie
plamką, co błyszczy skrzydłem motyla,
zanim zapadnę w snu zapomnienie,
śniąc, że przemija wieczności chwila.

Wytrwale ścigam przez szorstkie rżyska
życie, co tylko rodzi tęsknotę i żal;
czemu ma droga niepewna i śliska,
gdy innym ścielesz jedwabiów szal?

Koniec świata

Góry się rozwierają, powietrze się burzy
i płonie czerwienią – barwą krwawej róży.
Słup ognia wystrzela, płomień się rozrasta
i w nicość obraca lasy, domy, miasta.

Los koniec odmienił w prapoczątek ziemi,
skały płyną stopione śród żółtych płomieni,
gaz zwęgla powietrze i pyły rozwleka,
życie kona rozdarte, duch z niego wycieka.

Rzeka unosi się w górę, obłokiem się wzbija,
przestwór ognia ją chłonie i chciwie wypija.
Niedostrzegalny atom w proch też się rozpada
czarny – światła wygasiła kosmiczna zagłada.

Z krańców galaktyki tajnej mocy ręka
zgniata kulę ziemską, która z hukiem pęka,
jej szczątki ulatują w Gwiazdozbiór Kangura
i nikną powoli – wsysa je czarna dziura.

Z odrobin i pyłów nowy byt się tworzy,
miliardy lat kołuje w pierścieniach przestworzy,
nim znów duch go scali – pan wszechświata,
co kryje się w kosmosu bezgranicznych latach.

Korzenie niepokoju

Ból jak drzewo korzeniami wrasta,
wiatru niespełnień rozsypała się struga,
łzy kochanka gubi milcząca niewiasta,
w inną przeistacza; odchodzi i druga.

Kwietne szaleństwo

Czy są wdzięczniejsze polne kwiaty
nad polskie chabry, maki, bławaty?
Kolory w zboża dziki wiatr wwiewa,
Stwórca ogrody swoje obsiewa.

Na niwach tańczą wonne storczyki
wiatru słuchając cichej muzyki.
Kolorem lila płoną ostróżki,
drżą drobne listki, łodyżek nóżki.

Kwiat łąk podmokłych – żółte kaczeńce
jak panny chylą swych płatków wieńce.
W rosie się kąpie z wczesnego rana
kaczęcość wiatrem rozkołysana.

Gdy ciepłym latem idziesz miedzą
i wonność wdychasz – kwiaty cię śledzą,
ich dzikie piękno wzrok twój omamia,
czarem cię wabi i w siebie wchłania.

Oddaj się cały, odwróć swą rolę,
zamień niewolę w kwietną swawolę,
wśród łąk i lasów pachnących alej
rzuć się przed siebie, kwietnie oszalej!

Milczę

Milczę. I ocean milczy, ponury, bez blasków,
bez pasm kolorowych w promieni potrzasku.
Wiatr fal rozmowy przemienił w westchnienia;
pragnę spełnienia marzeń, lecz nie ma spełnienia.

Przestwór zobojętniał, snuje się nijaki,
mewy lotność zgubiły, błądzą jak majaki,
plaża poszarzała, posmutniały piaski,
w rozpaczy umysł tonie, świat marnieje płaski.

Miłość utulona

Modry czas mija słońca spotkaniami,
śniegiem w górach i popiołem nocy,
czekam, aż się objawisz pieśnią nad pieśniami,
niewinnością, co nigdy nie znała przemocy.

Czuję i widzę, wciąż biegniesz przede mną,
obraz ciepły, tak bliski a taki daleki,
serce się buntuje skołtunioną wełną,
niepokornie wsiąka w dno zdradliwej rzeki.

Stąpasz wystrojona w kwiatów szaty wdzięczne,
to bzem pachniesz, to mamisz uśmiechem,
twe postacie tańczą ulotne, tysięczne
i błądzą zwiedzione pomylenia grzechem.

Czasem przychodzisz nagle, w usta mnie całujesz,
gubię się we wzruszeniu, tulę cię w ramionach,
wiem, że choć cię nie ma, to jednak mnie czujesz,
tyś miłość niedoznana, chociaż utulona.

Mosty z Awignonu

Mosty z Awignonu wychodzą z historii,
na skrzydłach melodii ożywa sukni czerń,
pod przęsłami wiosny płyną w euforii,
po gwiazdach nadchodzi rozpalony dzień.

Winnica, w którą dłonie zanurzał Zbawiciel,
nie pachnie, z winogron kiści uleciało słońce
i z zieleni zdjęło rozblasków poszycie;
symboli czasu pilnują niewinne zaskrońce.

Zwykłe życie wzbiera falami pragnienia,
w ciszy się zamknęły sen i urojenia.
Serce szuka miłości, lecz znajduje słowa,
świat osacza mowa, niepojęta mowa.

Na dworcu kolejowym

Kochajmy perony. Źdźbła w betonowiskach,
zagony kończyn ćwiczą biegów igrzyska,
oczy czarne nad ostrym obcasem
kołyszą biodrami podążając nóg lasem.

Tutaj samoistne dyżurują byty,
brzuchy roztyłe, papieros rozpity,
wąsy nad białych kart postumentem,
koczują w przestrzeń torów wciśnięte.

Czas w pudłach wjeżdża na perony,
wbiegają młodzieńcy, zstępują matrony,
graffiti za szybą obelgą ocieka,
mury zalewa bezsensu rzeka.

Noc na kempingu w Busselton

Lampa nocą – słońca ubogie złudzenie,
dziwak, co w niebo układa drzew cienie,
mroków gęste szaty mierzy promieniami,
biedak, co światła żyje mikrookruchami.

Opos krótkonosy, mały oprych nocy,
wyłazi ogłupiały i przeciera oczy;
nie widzi, co ukochał, czyli wora ciemni,
brzydzi go jasność, mało w niej tajemnic.

Białe płatki kwiatu pieprzowego drzewa,
noc im równie miła jak świateł ulewa,
spadają zapomniane miniaturki słońca,
bawią się wędrując, wirują bez końca.

Na niektórych duchownych

Kapłan, płatny urzędnik, obrzędy odprawia,
papierowym słowem z grzechem się rozprawia.
Apostolską pasją nie splami swej wargi,
milczy duch kaznodziei, płomiennego Skargi.
Pieśń intonuje żałosną plebejskiego tonu,
co skona nim dosięgnie Najwyższego tronu.

Na promenadzie

Na promenadzie wózek z lodami
bakaliowymi kroczy kołami,
korce słodyczy toczą się echem,
w oczach maluśkich lśnią uśmiechem.

Codzienność zdarzeń świeża i czerstwa,
w morzu topi codzienne oszczerstwa,
albo się wyrwie jak Filip z konopi,
by w gorzkiej wódce niepokój topić.

Na ławce urojeń samotnik się sądzi,
tłum przed nim w rozmowach brodzi,
on w zamyśleniu własnym zabłądzi,
z utartych ścieżek nad krawędzie schodzi.

W aureoli tęsknota skrzydlata
żyje i na spełnienie czeka,
ku Bogu rwie się zagubiona dusza,
prostaczych pragnień uwznioślona rzeka.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nad Jeziorem Alberta

Jezioro wiatr omiata, spóźniony i chłodny,
dzień chmurny, deszczowy, wydarzeń niegodny.
Ptaki o tym nie wiedzą, łączą się w gromady
i na przekór pogodzie odbywają parady.

Czy widziałeś kiedyś pelikanów sznury,
jak spływają w jezioro spod nawisu chmury
na białoczarnych skrzydłach rozwartych jak żagle,
co nie drgną, nawet, gdy wiatr uderzy je nagle?

Żeglują nad jeziorem powietrzne okręty,
wielki dziób odchylony, przód zgrabnie wygięty,
przypominając z oddali węzłowate sznury
przesuwane w przestworzu prawami natury.

Kiedy wiatr je unosi tuż, tuż nad falami,
bryzgi wody muskają białymi brzuchami.
Myślisz, wdzięk bezgłośny szybuje w bezruchu;
to oczy chłoną piękno nie angażując słuchu.

Nadrzeczna mgła

Nie mogę powstrzymać się od komentarza, że jest to jeden z moich najulubieńszych wierszy, niezwykle nastrojowych. 

Mgła błękitnoszara rozwleka nastroje,
mota je w lepkości rozmazane zwoje,
dumny wiatr klei do nagiej skóry drzewa;
milczy, w liściach nie szemrze, nie śpiewa.

Mglistość drobiny światła przyciąga i chłonie,
przesącza powoli poprzez lepkie dłonie
i rozmiękłe na krzewy zwilgotniałe kładzie
równo, nie w słońca kontrastów nieładzie.

Rośliny milczą w pejzaż mgły wtopione,
kwiat oczy przymyka smutkiem podkrążone.
W pustkowiu ciszy zwilgły ptak zakwili,
jedyna kropla dźwięku w nostalgicznej chwili.

Nagrzane cienie

Na plażę strojne wbiegają blaski,
słońc zachodzących zapomnienie,
w wodzie spalają się iskier trzaski,
w morze nagrzane schodzą cienie.

Stąpam po grani kruchej ciszy,
zanurzam w falę odurzenia;
wzgórz cisza serca bicie słyszy,
serce słyszy wzgórz westchnienia.

W ręce chwytam naręcza promieni
– drgające, żywe, złotem tkane nici –
i na ołtarzu składam kamieni,
niech kamień życiem też się nasyci.

Chłodu arbuza smak słodko-winny
pełza po dłoni i do ust się lepi,
dotyk kropli odrywa się zwinny
i w piasek wsiąka nastrojem sepii.

Zapach kobiety płynie ponętny,
roznamiętnione budzi wejrzenie,
nastrojem ramion pełnych i chętnych
na ciepłym piasku splata dwa cienie.

Nie szukaj Boga 2020 05 20

Nie szukaj Boga, on jest wszędzie,
w Matki Teresy miłosiernym czynie
i w spadających wód obłędzie,
to, co jest wielkie, nie przeminie.

Patrzę w światło, jak o chłodnym świcie
różanych kwiatów zapachy mnoży
i skrzące krople rozwiązuje skrycie;
milczę, mnie tylko godzi się ukorzyć.

Oczy zogromniałe w lazurowe niebo
błądzą po wzgórzach, gdzie lśni zamyślenie,
owad-czarodziej sieć misterną przędzie;
nie szukaj Boga, on jest wszędzie.

Od dzisiaj żłopię

Od dzisiaj żłopię jak ten cham,
upijam się na umór,
wódę kuflami od piwa chlam,
utrwalam szklankami rumu.

Kiedym wstawiony, poezją łkam,
serdecznym wzruszeniem szlocham,
pięknieję w oczach wrażliwych dam;
za tę wrażliwość je kocham.

Potocznej mowy odrzucam szlam,
wykwintne dobieram słowa,
oprawiam w rymy złoconych ram;
artysty kieliszka to mowa.

A gdy w delirium ostatnim drgam
i mózg dopala wzruszenie,
na mowy plebejskość po prostu plwam;
ja wieszcza już jestem wcieleniem.

Oli P.

Widzę Cię, Panno Młoda,
w białych muślinów powiewach,
ciesz się, Twoją dziewczęcość
sen o miłości rozwiewa.

Lecz nie zapomnij o sobie
oddając się uczuć niewoli,
bo rozpacz gorzką odkryjesz,
która Cię bardzo zaboli.

Życzę Ci pełni szczęścia
oraz miłości spełnienia,
a gdyby troski nadeszły,
daru ich zapomnienia.

Życzę powiewów wiosny,
słońca promiennych nastrojów
i dzieci, co szczęściem Ci będą
i źródłem niepokojów.

A jeśli smutek w Twym sercu
nie daj, Boże, zagości,
pociechą służyć Ci pragnę
mojej nieśmiałej miłości.

Panna młoda, Ahmedabad, Gujarat, Indie

Oto stoję na brzegiem

Oto stoję nad brzegiem, u skraju urwiska,
ocean huczy w dole, gejzerami tryska
i myśl upartą kuje; jakiż człek jest mały,
gdy go ocean otoczy i odwieczne skały.

Objął mnie mocarz szumnych fal ramieniem,
cichością się stałem i myśli skupieniem.
Gdy poczucie nicości w sercu już rozpalił,
odszedł milczący w zapomnienie fali.

O, rodzaju ludzki, co żyjesz złudzeniem,
że wieczność obdarzysz dumnych czynów mieniem,
niespokojnych pokoleń przeminą tysiące,
pozostaną tylko ocean i słońce.

Podróż w zapomnienie

Żegnajcie myśli doszczętnie przeżute,
dni przeżywane pod rozkazów nutę,
czasie mierzony zegarka godziną;
wasze obrazy w zapomnieniu giną.

Witajcie równiny, przestrzenie otwarte,
gwiazd księgi w nocy granacie otwarte,
witaj czasie bezkresny swobody podnietą,
pełnio obcowania z cielesną kobietą.

Duchu, co żyjesz w wielkomiejskim tłumie,
wolność uwięziłeś w bezwolnym rozumie,
odchodzę w nieznane, uciekam przed tobą,
by znów stać się sobą, po prostu sobą.

Rezerwat Onkaparinga, Cz 1

Busz, co okrutne słońca przemienia
w krwi pulsowanie żywego stworzenia,
kontynentowi pustyń i mitów
zielonych przydaje aksamitów.

Na lustrze rzeki wiatrów wachlarze
tchnieniami budzą faliste miraże,
albo jak ryba płetwą je mącą,
gdy zimnym skrzydłem mocniej potrącą.

Czerwonogrzbiete, rosłe kangury
skokami tłoczą śladów sznury.
Żwawo pną się dwunogi samcze
na wichrowatych wzgórz podzamcze.

Suche szpikulce, igły i drzazgi
rwą się do ciała żywej miazgi.
Tubylcy ostre mijają progi,
obcy boleśnie rani nogi.

Martwy pasożyt – czarna jemioła,
kształtami zwierząt i ptaków woła.
Życie fałszywe w konar tłoczy,
gdy go ozdabia w sękate oczy.
Żyje ptak buszu w konar zaklęty,
milczy, zdrewniałym snem śnięty.

Wdzięk ptasiej szyi oraz głowy,
tkwiący wśród sęków splątanej mowy,
wicher odrywa od tła błękitów,
na ziemię zwala z szumiących szczytów.

Garbatą krechą ścieżkę przeszywa
korzeń – żywej gałęzi alternatywa,
co ze współbraćmi w głąb się rozwiewa
w drugą, stężałą koronę drzewa.

Zaciąga nad nią barwną zasłonę
mikroskopijny, milczący dzwonek;
nadziały na się kolczaste krzaczki
zwielokrotnione, krwiste kubraczki,

W królestwie buszu poszumnej cisz
wrzask zgrzytliwością nagłą dyszy;
to ludzki wtargnął barbarzyńca,
by burzyć spokój duchów zwierzyńca.

Przyroda Australii, zwłaszcza jej roślinność, to temat szczególny, także mojej poezji. Cytuję Wikipedię: „Australia stanowi osobne państwo roślinne (Australis) o swoistej florze, z dużą liczbą endemitów (np. 750 gatunków eukaliptusów i 450 gatunków akacji)”. Endemit to gatunek rzadko spotykany, unikatowy dla danego miejsca, występujący na ograniczonym obszarze.

W Australii przeważa roślinność typowa dla klimatów suchych i gorących. Wnętrze kontynentu zajmują pustynie piaszczyste (bez roślinności) oraz półpustynie ze słonoroślami i kolczastymi krzewami (karłowate akacje, eukaliptusy, kazuaryny i inne) tworzące tzw. skrub.

Moje wspomnienia z Adelajdy i dużej południowej części Stanu Południowej Australii to upalne lata, przeważnie bez deszczu, pożółkła i zbrązowiała roślinność, dużo usychających drzew, ostre kolczaste krzewy, rośliny solniskowe (odporne na zasolenie), oczywiście także lasy eukaliptusowe. Mój dom stal przy parku, za którym był strumień Dry Creek wypełniony wodą po brzegi po intensywnym deszczu w okresie zimy, i kompletnie suchy latem, z brudnymi kałużami lub plamami wilgoci, z których sterczały poskręcane korzenie drzew.

Przypominam sobie też las w Second Valley, ponad sto km na południe od na południe od Adelajdy. Poczułem się tam jak na Roztoczu Lubelskim: wysokie sosny (gatunek kanadyjski) bardzo podobne do polskich, paprocie no i grzyby, rydze i maślaki. Pochodzę z rodziny grzybiarzy. Takich rydzów jak w Second Valley w życiu nie widziałem. Pierwszy raz to był szok: rosnące obok siebie rydze wielkości talerzyka deserowego, każdy z nich zdrowy, nienaruszony przez robaki lub ślimaki. W ogólne ich nie braliśmy, ponieważ było mnóstwo mniejszych. Podobnie z maślakami, tych było jeszcze więcej.

Australijczycy grzybów nie zbierali. Jeśli ktoś wychodził z lasu z wiaderkiem lub dużym koszem, było prawie pewne, że to Polak lub Czech. Mam też przed oczami scenę: las, głównie sosnowy, jak w Polsce, rydze, paprocie. Mógłbym spodziewać się zobaczyć sarnę lub zająca, a tu niespodzianka: dwa młode kangurki kicające bez pośpiechu po otwartej przestrzeni wyciętego fragmentu lasu.

Rozpacz

Troskę w niepokój przetwarza,
cierpienie cierpieniem pomnaża,
serce bólem rozdziera,
myśl o szaleństwo ociera,
udręką spływa i szarpie;
rozpacz – zmasowane harpie.

To obraz Vincenta van Gogha, który sam chorował na depresję..  

Ten wiersz to poetycka forma wyrazu uczuć depresyjnych. Depresja oznacza niemoc, sytuację, w której człowiek pragnie i chce coś zrobić, a równocześnie nie starcza mu woli i sił na wykonanie. Efektem jest frustracja. Cytuję fragmenty Wikipedii „ Frustracja to zespół przykrych emocji związanych z niemożliwością realizacji potrzeby lub osiągnięcia określonego celu… Czasem frustrację definiuje się jako każdą sytuację, która wywołuje nieprzyjemne reakcje: ból, gniew, złość, nudę, irytację, lęk i inne formy dyskomfortu… Frustracja prowadzi do próby pokonania przeszkody, jeśli się one nie powiodą pojawia się agresja, regresja lub apatia”.

Zachęcam do zapoznania się z teorią depresji-agresji, ponieważ jako społeczeństwo jesteśmy na drodze szybkiego rozwoju zaburzeń depresyjnych. To cena, jaką płacimy za dobrodziejstwa postępu cywilizacyjnego: szybciej, łatwiej, więcej. Epidemia koronawirusa tylko temu sprzyja.

Rozstrzelanie

Z deszczem i słońcem przyszło rozstanie,
Bóg drzewo skazał na rozstrzelanie
Piorun je ogniem z nieba poraża,
okrywa czarnym kirem cmentarza.

Nie całe życie ogień spopielił,
z korzenia młody pęd się oddzielił
i przyszła drzewa reinkarnacja,
ziemi nad niebem zwycięska racja.

Pożary lasów i buszu to stała cecha Australii. Przed kolonizacją kraju przez Brytyjczyków powodowane one były przez wyładowania elektryczne w czasie burzy, a także przez Aborygenów dla odnowienia życia biologicznego. Dzisiaj częściej wywoływane są przez człowieka, przypadkowo lub celowo. Piromaniaków nigdy nie brakowało.

W czasie podróży po Australii wielokrotnie widziałem spalone, nadpalone i osmalone drzewa. To niezwykły obraz: z czarnego spalonego pnia wyrastają młode, zielone pędy. Żywotność roślin w Australii jest nadzwyczajna. Nie jest to jednak cała prawda. Tylko nielicznym udaje się przeżyć. Jeśli dobrze sobie przypominam, na sto tysięcy nasion eukaliptusa, tylko z jednego wyrośnie dorosłe drzewo. Nasienie to zarodek życia. To przypomnienie dla tych, którzy myślą o zarodku jako świętości. Natura tego nie potwierdza.

Równina Nullarbor

Pora upalnej sjesty, milczenie zieleni,
na suchym pniu drzewa jasny pęd się pleni.
Cisza zastygła w bezruchu, głęboka zaduma,
odchodzenie z życiem pogodnie się kuma.

Drzemiącą równinę nagły krzyk ożywia
papug skrzekliwych; linia ich łamliwa
błękit oprawia w drżące ruchu ramki
i ubiera w skrzydeł kolorowe plamki.

Asfalt skwarem paruje i pnie się do góry,
z wyżyn zstępują pobielane chmury
i łączą się z drogą w tajemne istnienie;
ta przestrzeń nieznana … to me przeznaczenie.

Ten widok mam stale przed oczami. Jechałem samochodem po Eyre Highway w kierunku Australii Zachodniej. Powietrze intensywnie falowało nad rozgrzanym asfaltem. Widać to szczególnie wyraźnie, kiedy droga idzie nieco pod górę. Jezdnia w perspektywie jest wtedy na wysokości oczu. Moim domem był samochód i przyczepa kempingowa. Szeroka, pusta droga ciągnąca się w błękitną przestrzeń, upał, niebo, parujący asfalt i przypadkowe stadko papug to był cały świat. PS. Na trasie Adelajda – Perth jest najdłuższy w Australii prosty odcinek drogi, 280 km. bez najmniejszego zakrętu.

Siebie wykrzyczeć

Złote jaszczurki pełzają po krawędziach snu,
usta powieki budzą pieszczotami tchu;
miłość noc uwięziła za drzwi fortecami,
pytania odeszły oddechów krokami.

Pragnę siebie wykrzyczeć,
ból, nagość, tęsknienia,
odwołać prawdę, że nie ma
miłości spełnienia.

Skarżyła się

Skarżyła się pani Hania,
że tyle ma rozbierania:
pantofelki, rajstopki, bluzeczki,
koszulka, biustonosz, majteczki.

W końcu na pomysł wpadła,
fachową pomoc znalazła.
Dziś ją rozbiera pomocnik nowy,
od stóp aż do samej głowy.

Wielce szanowne panie,
nie męczcie się rozbieraniem,
nie błądźcie po ciała manowcach,
angażujcie zręcznego fachowca!

Stąpasz w nastroju

Stąpasz w nastroju śpiewnym, radosnym,
okruchy słońca depczesz stopami,
kasztan przytula ciepły cień wiosny,
a ja – w rozterce, potargany.

Miłość uniesień, czuwanie w ciszy,
świat obcy umilkł za oknami,
ja do cię mówię – ty nic nie słyszysz,
krzyczę – głos grzęźnie za kratami.

Tyle obietnic mi składałaś
czułością pieszczot i słów szeptanych,
lecz w sercu cicho gdzieś kłamałaś,
żyję tuż obok, zapomniany.

Szukanie myśli złotej

Przy lampie ściemnionej zsiadły się anioły,
toast wzniosły pogodny, życzliwie wesoły;
istoty zapomniane pogubiły zmysły,
w czarne symbole uciekły i jak bańka prysły.

Patrzysz na ręce, słońca odrobinki
wywabiły plamki, wybroczyły krwinki,
piękne palce zgubiły powaby smukłości;
byle co już nie cieszy, lecz byle co złości.

W uporze skrytości wciąż szukasz konkluzji,
myśli złotej, jedynej. Zamknięta w iluzji
prawd nieprostych mieni się barwami,
kot nieuchwytny, co chodzi własnymi drogami.

Talent

Mąż poślubiony czy wolny kochanek,
co blizny zostawia na ciele i duszy,
nim nowych zniewag nadejdzie poranek,
kwiatem obietnic łzy bólu osuszy.

Bodźcem do napisania tego wiersza była sytuacja kobiet w Australii, źle traktowanych przez mężów lub partnerów, które nie były zdolne od nich odejść wierząc w nadejście poprawy. Przeprosiny, kwiaty, upominki, zaproszenie na kolację do restauracji, obietnice „zmienię się”, „znowu będzie dobrze”, powodowały spadek determinacji wyrwania się z niedobrego, czasem wręcz fatalnego związku.  

Ty mi dzień dajesz 

Ty mi dzień dajesz, ja wybieram noce,
gdy serce z wyżyn schodzi i mniej już łomocze,
ty mi nadzieję dajesz, lecz ja pragnę ciebie,
w soli, w winie i w powszednim chlebie.

Ty pragniesz ciepła, ja ci daję słowa,
ciebie blask oczu cieszy, mnie cieszy twa mowa,
ty chcesz niewinność zachować, ja chcę cię dotykać;
tańczyć nie potrafię – dziwna ta muzyka.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Maj 2020

W księgarniach jest pierwszy zbiór poezji Michael Tequila: Klęczy cisza niezmącona„, wydanie książkowe i e-book.

0Shares

Natręt. Opowiadanie kryminalne. Poszerzone i poprawione.

Mężczyzna siedział na samym dole krótkich, wysokich schodów prowadzących z ulicy Drobnej na ulicę Samarytańską, gdzie znajdował się przystanek autobusowy. Miał podniszczoną twarz i przekrwione oczy, jego włosy i broda były w nieładzie a czoło nad prawym okiem szpeciła świeża blizna. Twarz postarzał zarost niegolony od kilku dni. Na policzku poniżej widoczne były ślady drobnych zadrapań. Ogorzała skóra sugerowała regularne przebywanie na świeżym powietrzu. Wygląd mężczyzny niewiele poprawiała czysta niebieska koszula z krótkimi rękawami, dwiema dużymi kieszeniami i pagonami na ramionach oraz nowe krótkie  spodenki w ciemnym kolorze, z których wystawały chude nogi. Ludziom śpieszącym na przystanek widok podpitego mężczyzny mimowolnie nasuwał określenie menel. 

Karol Sapieha, właściciel dobrze prosperującego warsztatu samochodowego Auto-Manit, maszerował ze wzrokiem utkwionym z ziemię. Ulica była nierówna, patrzył więc pod nogi. Śpieszył się do autobusu; chciał dotrzeć na plażę co najmniej godzinę przed zachodem słońca, aby wykąpać się i posiedzieć trochę na ciepłym piasku. Mężczyznę siedzącego na schodach zauważył z odległości kilku metrów i od razu poczuł do niego niechęć. Było w nim coś antypatycznego. Karol pomyślał z niechęcią:

– Pijaczyna i obibok.

Nazwał go pijaczyną tylko dlatego, że był raczej drobnej budowy. Nie lubił osób leniwych i nadużywających alkoholu. W pracy miał tylko problemy z takimi ludźmi.

Mężczyzna podniósł głowę i popatrzył na Sapiehę, kiedy zbliżył się do schodów. Mówił powoli, przymykając oczy, jakby był zmęczony.

– Przepraszam pana. Czy ja dojadę stąd na Zarzecze?

Karol popatrzył na niego. Z bliska widoczne były krótko przycięte wąsy, jaśniejsze niż włosy na głowie, oraz ślady siwizny na skroniach. Na środku twarzy sterczał wyraźny bulwiasto zakończony nos.

Niechęć Karola do pytającego nie przeszkadzały mu, aby odpowiedzieć na pytanie. Zawsze starał się być pomocny, nie był tylko pewny, czy tym razem udzieli prawidłowej odpowiedzi. Wiedział, gdzie jest dzielnica Zarzecze, nie przypominał sobie jednak żadnego autobusu idącego w tamtym kierunku.

– Chyba nie. Nie sądzę, aby z tego przystanku mógł pan dojechać bezpośrednio na Zarzecze.

Mężczyzna podziękował i zamilkł. Karol wszedł na górę po schodach i skierował się do wiaty przystankowej, aby sprawdzić godzinę odjazdu swojego autobusu. Odszukał numer sto dwadzieścia siedem. Odjazd miał nastąpić za piętnaście minut.

Odwrócił się i znowu zobaczył zaniedbanego osobnika z blizną i podrapaną twarzą. Siedział na ławce pod wiatą, niecałe trzy metry od niego, na przeciwnym końcu przystanku. Karol pomyślał, że niepostrzeżenie wszedł po schodach zaraz za nim.

Na przystanku było już kilka osób: dwie młode kobiety z dziećmi w wózkach, małżeństwo w średnim wieku, samotna, siwiejąca niewiasta z granatową torbą wypełnioną zakupami oraz trójka rozprawiającej żywo młodzieży. Nie mając nic lepszego do roboty, Sapieha chodził tam i z powrotem wzdłuż krawędzi chodnika. Kiedy znalazł się na wysokości menela, ten wstał z ławki i zapytał go:

– Nie wie pan, czy dojadę stąd na Zarzecze?

Sapieha popatrzył uważnie na stojącego przed nim człowieka. Zastanowił się, dlaczego pyta go po raz drugi o to samo. Odpowiedział niechętnym tonem:

– Wyjaśniłem panu wcześniej, że stąd nie ma bezpośredniego połączenia z Zarzeczem.

Mężczyzna nic nie odpowiedział. Jego oczy patrzyły bezmyślnie gdzieś w przestrzeń na prawo od Karola, który nie czekając podjął spacer wzdłuż krawężnika. Pijaczek odszedł na bok, obrócił się i zaczął gapić się na dom mieszkalny po drugiej stronie ulicy Samarytańskiej. Sapieha przyglądał mu się dyskretnie, prześlizgując się po szczegółach ubioru i sylwetki. Kiedy doszedł do twarzy, skojarzył sobie, dlaczego go nie lubi.

Wrócił pamięcią do wydarzenia sprzed prawie trzydziestu lat. Był wtedy uczniem liceum, mieszkał w internacie. Szkoła znajdowała się w centrum miasta, internat natomiast na jego obrzeżu, trzy kilometry dalej. Było już późne popołudnie. Karol wracał z miasta. Lubił tę porę dnia. Robiło się chłodniej, ściemniało się. Szedł zamyślony przez park, za którym majaczyły już budynki internatu. Z naprzeciwka nadchodził jakiś mężczyzna. W momencie zrównania się, obcy zatrzymał go i zapytał o adres. Kiedy Karol się zastanawiał, mężczyzna uderzył go w twarz i silnym pchnięciem powalił na ziemię. Schylił się, przydusił kolanem jego ramię i bezceremonialnie przeszukał mu kieszenie oraz torbę z podręcznikami. Zabrał mu wszystkie pieniądze, jakie miał w portmonetce i zażądał oddania portfela. Tłumaczenie, że nie ma portfela oraz niewielka kwota pieniędzy, rozdrażniły chyba napastnika, bo odchodząc kopnął leżącego i splunął w jego kierunku. Karol zapamiętał jego rozwichrzone włosy, nierówną brodę oraz ślad sinej blizny nad okiem.

Po kilku minutach spaceru wzdłuż krawężnika Sapieha postanowił nie marnować czasu na bezmyślne chodzenie, tylko poczytać książkę. Podszedł do ławki na przystanku, wyciągnął książkę z plecaka i zagłębił się w lekturze. Lubił tę powieść. Przestał obserwować, co dzieje się na przystanku i wokół na ulicy. Siedział na ławce zagłębiony w lekturze, kiedy naprzeciw przystanku gwałtownie zahamował samochód. Głośny pisk hamulców wyrwał go z zamyślenia. Podniósł wzrok i napotkał uważne spojrzenia pijaczka; jego oczy natychmiast uciekły w bok.

– Wcale nie jest taki pijany – przeszło przez myśl Karolowi.

Kiedy chwilę później patrzył, czy nie nadjeżdża jego autobus, mężczyzna z podrapaną twarzą wstał, rozejrzał się niemrawo, przeszedł chwiejnym krokiem i usiadł na chodniku tuż obok ławki. Patrzył gdzieś w przestrzeń nad domami. Karol odwrócił wzrok, odchylił nieznacznie rękaw koszuli i dyskretnie przyglądał się nowiutkiemu Rolexowi. To był najcenniejszy upominek, jaki otrzymał w życiu. Dostał go od żony na czterdzieste piąte urodziny. Zaskoczyła go swoją szczodrobliwością; zegarek był wyjątkowo kosztowny i elegancki. Tamtego dnia powiedział swojemu przyjacielowi:

– Rolex po prostu mnie zafascynował. Przeleciałem chyba pół encyklopedii, aby dowiedzieć się jak najwięcej o tym arcydziele techniki i sztuki.

Przyglądając się zegarkowi, podniósł na moment głowę, aby rzucić okiem w kierunku, skąd miał nadjechać autobus. Kątem oka zauważył, że jego prześladowca znowu mu się przygląda. Sytuacja powtórzyła się. Jak tylko obrócił głowę w jego kierunku, tamten natychmiast uciekał wzrokiem, udając że patrzy w inną stronę.

– Bawi się ze mną w kotka i myszkę – pomyślał Karol, zastanawiając się, dlaczego ten człowiek go obserwuje. Czuł się prowokowany.

Brak autobusu w perspektywie ulicy skłonił go do powrotu do książki. Nie przeczytał więcej niż dwie strony, kiedy jego uwagę przerwał znany mu głos:

– Przepraszam pana, czy ja dojadę stąd na Zarzecze?

– Chyba już po raz piąty pyta o to samo – pomyślał ze złością Sapieha. – Ten typ czepił się mnie jak rzep psiego ogona.

Po chwili opanował się. Nie starał się być uprzejmy. Odpowiedział niechętnie:

– Nie, nie dojedzie pan. Proszę mi dać wreszcie spokój.

Zdecydowana i nieuprzejma odpowiedź Karola chyba nie przekonała natręta, aby dał mu spokój. Nadal siedział rozciągnięty niedbale i patrzył w ziemię; wyglądało to tak, jakby czerpał stamtąd energię do zadawania dalszych pytań. Po kilku minutach bezmyślnego  patrzenia przed siebie znowu zadał to samo pytanie. Karol nabrał przekonania, że sprawia to mu jakąś perwersyjną przyjemność.

Nastąpiła chwila przerwy. Autobusu wciąż nie było, natręt przestał powtarzać swoje pytania. W pewnym momencie Karol znowu zauważył, że mężczyzna przygląda mu się bardzo uważnie. Trwało to ułamek sekundy.

Na przystanku ubywało ludzi. Przyjeżdżały różne autobusy, ale nie jego. Sytuacja coraz mocniej działała mu na nerwy. Ludzi było coraz mniej, w końcu na przystanku zostali tylko on i pijak, który znowu z uporem maniaka zaczął powtarzać swoją beznadziejną mantrę o autobusie do Zarzecza.

– Przeklęty oberwaniec! – myślał Karol z rosnącym gniewem. Żałował, że nie pojechał na plażę swoim samochodem. Był zmęczony po całym dniu pracy i chciał sobie ułatwić życie. Miał blisko do autobusu, sto dwudziestka siódemka dojeżdżała prawie aż pod samą plażę. Siedzenie w autobusie i gapienie się przez okno relaksowało go.

Autobus wciąż nie nadjeżdżał, mimo że rozkładowa godzina odjazdu już dawno minęła. W Karolu skumulowała się zła energia. Przypomniał sobie napad, kiedy był uczniem, dręczyła go świadomość, że nie zdąży na plażę oraz uparcie spóźniający się autobus, nawet ostatnia sprzeczka z żoną. Agresywna nachalność pijaka doprowadziła go do ostateczności. Miarka przebrała się. Musiał rozładować to napięcie. Czuł, że zaraz wybuchnie i zrobi coś niedorzecznego. Miarka przebrała się, stracił cierpliwość. Do głowy przyszedł mu szalony plan.

– Po prostu zwariowałem – uznał w duchu. Przestał się wahać.

Powiedział natrętowi:

– Mój autobus nie przyjeżdża i nie wiem, czy w ogóle przyjedzie. Parę minut stąd jest inny przystanek, z większą ilością połączeń, z którego może pan dojechać na Zarzecze. Ja też tam z pewnością będę mieć połączenie dla siebie. Jeśli pan chce, możemy pójść tam razem.

Mężczyzna zgodził się bez zastanowienia.

Szli nie śpiesząc się. Na początku milczeli, każdy z nich był zatopiony we własnych myślach. Potem pijak zapytał go o coś i Karol odpowiedział. Wywiązała się rozmowa. Karol odpowiadał prawie automatycznie, niewiele myśląc. Nie miało już znaczenia, o co pytał go idący obok człowiek i co on mu odpowiadał. Uspokoił się już wewnętrznie, wiedział dokąd idzie i po co. Postanowił dać nauczkę dręczycielowi.

Po kilku minutach doszli do krawędzi lasu, tuż przy nowym osiedlu mieszkaniowym. Było to odludzie na obrzeżu miasta zarośnięte młodymi brzozami. Karol uważnie patrzył przed siebie. Wokół nie było żywego ducha. Kilkaset metrów dalej na bocznej drodze widać było rowerzystę, Sapieha wiedział, że zaraz przejedzie i zniknie. Znał ten teren, chodził tam czasem na spacer.

Nadszedł czas działania. Karol zatrzymał się i schylił, pozorując potrzebę zawiązania sznurówki. Na ziemi w zasięgu ręki miał solidny kawał drewna, idealny dla jego celu. Akurat taki, jaki można było wygodnie uchwycić. Zamierzał dać nauczkę pijanemu natrętowi – przyłożyć mu porządnie kilka razy za wszystkie doznane krzywdy. Pochylił się sięgając po narzędzie kary kiedy poczuł uderzenie czymś ostrym w plecy i ból w klatce piersiowej, przenikliwy i szarpiący. Oszołomiło go to, nie miał pojęcia co się stało. Wkrótce nadeszło drugie uderzenie, w końcu trzecie, już mniej bolesne. Tracąc przytomność czuł, jak pijak ściąga mu z ręki Rolexa. Dopiero wtedy dotarło do niego, że został wywiedziony w pole, że sceny na przystanku były czystą prowokacją. Poczuł ogromny żal, przede wszystkim do siebie, że po raz drugi pozwolił, aby ktoś go tak podle potraktował. Upadając, jego ciało obróciło się. Leżał na plecach i patrzył w niebo. Usiłował coś wydobyć z siebie, lecz wargi odmawiały mu posłuszeństwa. Zdążył tylko wyszeptać:

– Boże! Tak dać się oszukać!

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 19 maja 2020

0Shares

Refleksje pisarskie Gabriela Garcii Marqueza

Gabriel Garcia Marquez to Kolumbijczyk. W Kolumbii pracowałem i mieszkałem cztery lata. Niezwykle malowniczy kraj. Zachwyciły mnie ich pomniki. Przedstawiam kilka z nich. Z pokazanych widziałem dwa: Batalla del Pantano de Vargas oraz Monumento a Simon Bolivar. Nadzwyczajne. Nie widziałem piękniejszych, bardziej imponujących pomników w życiu. 

*****

Od kilku dni przez wiele godzin dziennie poprawiam i piszę jedno opowiadanie, starając się, aby jak najszybciej umieścić je w mojej bibliotece online. Pchając ten syzyfowy głaz, chciałbym podzielić się refleksjami genialnego pisarza Gabriela Garcii Marqueza na temat pisania opowiadań. Są to fragmenty prologu jego książki „Dwanaście opowiadań tułaczych”.

Prolog zaczyna się od pytań: „Dlaczego dwanaście, dlaczego opowiadań, dlaczego tułaczych”. Cytuję:

Odc. 1

Dwanaście umieszczonych w tej książce opowiadań zostało napisanych w ciągu ostatnich osiemnastu lat. Zanim uzyskały swój obecny kształt, pięć z nich było dziennikarskimi felietonami i scenariuszami filmowymi, a jedno telewizyjnym serialem. Inne z kolei opowiedziałem piętnaście lat temu w trakcie nagrywanego wywiadu; przyjaciel, który ich wysłuchał, spisał całą historię i opublikował, a teraz ja napisałem ją na nowo, za punkt wyjścia biorąc ową wcześniejszą wersję. Było to dziwne doświadczenie twórcze, warte wyjaśnienia choćby po to, żeby dzieci, które chcą zostać pisarzami, już teraz dowiedziały się, jak zaborczy i wyniszczający jest nałóg pisania.

Odc. 2

Pierwszy pomysł nasunął mi się na początku lat siedemdziesiątych w wyniku proroczego snu, jaki miałem po pięcioletnim pobycie w Barcelonie. Śniło mi się, że jestem na własnym pogrzebie i idę w gronie przyjaciół ubranych w ciężką żałobę, ale w radosnych nastrojach. Wyglądaliśmy na uszczęśliwionych tym spotkaniem. A szczególnie ja, bo szczęśliwym zbiegiem okoliczności moja własna śmierć stała się wspaniałą okazją do spotkania latynoamerykańskich przyjaciół, tych od dawien dawna, tych najbliższych sercu, tych, których nie widziałem już od wieków. Pod koniec uroczystości, kiedy zaczęli już odchodzić, też chciałem pójść z nimi, ale jeden z przyjaciół dał mi do zrozumienia, kategorycznie i nieodwołalnie, że dla mnie zabawa już się skończyła. „Jesteś jedynym, który nie może stąd odejść”, powiedział. Dopiero wtedy zrozumiałem, że umrzeć to znaczy już nigdy więcej nie spotkać przyjaciół.

Odc. 3

Nie wiem, dlaczego odczytałem ów pouczający sen jako uświadomienie sobie własnej tożsamości i pomyślałem, że jest to dobry punkt wyjścia, aby napisać o dziwnych przypadkach, jakie spotykają Latynosów w Europie. Było to pokrzepiające odkrycie, nieco wcześniej ukończyłem bowiem „Jesień patriarchy”, moją najtrudniejszą i najbardziej karkołomną pracę, i nie bardzo widziałem co dalej.

Przez mniej więcej dwa lata notowałem wszystkie tematy, które przychodziły mi do głowy, nie zastanawiając się, co z nimi pocznę. A że owego wieczoru, kiedy zdecydowałem się zapisywać nasuwające mi się pomysły, nie miałem pod ręką żadnego notesu, moi synowi pożyczyli mi zwykły zeszyt. Podczas naszych kolejnych i dość licznych podróży sami go przewozili w tornistrze, obawiając się, że ja mogę ów zeszyt zapodziać. Zanotowałem sześćdziesiąt cztery tematy, i to z taką wielością szczegółów, że tylko siadać i pisać.

Odc. 4 

Już w Meksyku, po moim powrocie z Barcelony w roku 1974, stało się dla mnie jasne, że przyszła książka nie powinna być powieścią, jak początkowo zakładałem, ale zbiorem opowiadań opartych na dziennikarskich faktach, dzięki fortelom poezji ocalonym od rychłej śmierci. Do tamtej pory napisałem trzy zbiory opowiadań. Żaden z nich nie powstał jako spójna, z góry przemyślana całość. Każde opowiadanie było dziełem tyleż autonomicznym, co i przypadkowym. Zamiar napisania sześćdziesięciu czterech opowiadań jednym ciągiem, tak by zachować wewnętrzną jednolitość tonacji i stylu, które w pamięci Czytelnika uczyniłyby z nich nierozdzielną całość, zapowiadał więc fascynującą przygodę.

 

Monumento de la Batalla del Pantano de Vargas

Monumento a Simon Bolivar, Puente de Boyaca

Santuario de Las Lajas, Ipiales

Odc 5 

Pierwsze dwa – „Ślad twojej krwi na śniegu” i „Szczęśliwe lato pani Forbes” – napisałem w 1976 roku i natychmiast opublikowałem w dodatkach literackich wielu czasopism różnych krajów. Pisałem codziennie, bez chwili spoczynku, ale w połowie trzeciego opowiadania, właśnie tego o moim pogrzebie, poczułem, że ogarnia mnie zmęczenie znacznie większe niż przy pisaniu powieści. To samo przydarzyło mi się przy czwartym opowiadaniu. Do tego stopnia, że zabrakło mi sił i odwagi, żeby któreś z nich dokończyć. Teraz już wiem dlaczego: wysiłek przy pisaniu krótkiego opowiadania jest równie intensywny jak przy rozpoczynaniu powieści.

W pierwszym akapicie powieści należy bowiem określić wszystko: jej strukturę, ton, styl, rytm, długość, czasem nawet charakter jednej z postaci. Reszta jest już radością pisania. Najintymniejszą i przeżywaną w niewyobrażalnej samotności, i jeśli człowiek nie spędza areszty życia na poprawianiu książki, to tylko dlatego, że hart ducha potrzebny do jej rozpoczęcia jest niezbędny również do jej zakończenia.

0Shares

Papier. Opowiadanie fantastyczne kryminalne.

Odc. 1

Cezary Brago, student czwartego roku automatyki, biegł spokojnym krokiem wzdłuż ulicy Nowa Bulońska. Była niedziela, godzina piętnasta. Nie był to najlepszy czas na bieganie, ale nigdy nie potrafił zebrać się wcześniej. Uważał, że to kwestia organizmu; nie był skowronkiem tylko sową. Kładł się spać bardzo późno i późno wstawał. Zanim zgromadził dostateczną ilość energii, było już popołudnie. Tego dnia marudził, zresztą nigdy nie był w stanie rozpocząć biegania wcześniej niż o godzinie piętnastej.

Poruszał się swoją nową ulubioną trasą, chodnikiem ciągnącym się wzdłuż ulicy. Była w rozbudowie, rozbabrana pośrodku, dostępna dla ruchu pieszych i rowerzystów tylko w niedziele, kiedy pod nieobecność ludzi i maszyn brała ją we władanie cisza zakłócana jedynie silniejszymi powiewami wiatru. Cezary biegł i myślał o tym, że w epoce inżynierii genetycznej, sztucznej inteligencji i zaawansowanej automatyki wszystko może być zagrożeniem dla człowieka.

Wierzył, że inżynieria genetyczna i sztuczna inteligencja to dwa nurty cywilizacji, które prędzej lub później ją zniszczą. Nie uważał siebie z fatalistę. Po prostu – opierając się na analizie postępu cywilizacyjnego – był przekonany, że wszystko co na początku dobrze rokuje ludzkości ostatecznie przynosi fatalne skutki.

W dyskusjach posługiwał się najchętniej argumentem broni chemicznej i jądrowej, środków ochrony roślin zabójczych dla przyrody i narzędzi masowej inwigilacji, dzięki którym państwo wiedziało wszystko o każdym obywatelu i z łatwością mogło to wykorzystywać przeciwko niemu. Jeśli to nie robiło, lub robiło w niewielkiej skali, to tylko dlatego, że nie dostrzegło jeszcze takiej potrzeby.

Biegnąc, od pewnego czasu Cezary czuł, że coś porusza się za jego plecami; nie odwracał się jednak, sam nie wiedząc dlaczego. Dopiero kiedy coś zaszeleściło za nim tak wyraźnie, że aż podskoczył, zatrzymał się i obrócił głowę do tylu. Nie było za nim nikogo. Tuż przy krawężniku leżał tylko duży kawałek papieru zwinięty w kłąb. Przypatrzył mu się uważnie. Miał wrażenie, że papier też patrzy na niego. Zastanawiał się,  jak to jest możliwe. Przypatrując się uważniej, dostrzegł zarys twarzy na papierowej kuli. Był trochę nierówny na krawędziach, jednakże miał wyraźnie ukształtowany nos, szerokie usta i parę oczu w postaci ciemniejszych plam. Pod wpływem wiatru papier poruszył się i przesunął wzdłuż krawężnika, po czym podskoczył, jakby ktoś go szturchnął. W tym momencie część twarzowa kuli obróciła się w przeciwnym kierunku, jakby udawała, że jej nie ma.

– Zachowuje się zupełnie jak człowiek unikający spojrzenia innej osoby – pomyślał Cezary.

Nie wiedział jak się zachować. Po chwili zrobił dokładnie to samo: odwrócił się tyłem do papieru, aby kontynuować bieg przed siebie. Myślał intensywnie. Wciąż słyszał za plecami ten sam szurgot, szum, szeleszczenie. Zaczęło go to niepokoić. Postanowił wyjaśnić raz na zawsze, o co chodzi dziwnemu zjawisku. Zatrzymał się gwałtownie i obrócił się do tyłu. Papier znowu był za nim, tym razem przyczajony za stertą piachu przykrywającą krawężnik, część chodnika i fragment jezdni.

– Ukrywa się za nią – pomyślał, zastanawiając się, o co chodzi. Nie podobał mu się przedmiot poruszający się za nim krok w krok. Był przekonany, że papierowa kula to pułapka. Wahał się, czy nie warto jej zaatakować i zniszczyć, wdeptując w ziemię: bał się jednak, że może to wywołać niepożądaną reakcję. Mogła wybuchnąć, bryznąć jakimś płynem lub wydzielić z siebie trujący gaz. Nie wiadomo, co kryło się w jej wnętrzu.

Niepewny co robić, postanowił oddalić się jak najszybciej i zniknąć w widocznym już na horyzoncie zielonym zagajniku. Papier ciągle mu towarzyszył. Cezary nie musiał nawet oglądać się. Słyszał teraz regularne cykanie zegara. Niespokojne myśli cisnęły mu się do głowy.

– To nic innego jak miniaturowy ładunek wybuchowy, wystarczający, aby roznieść mnie na strzępy, a przynajmniej poharatać, Wystarczy tylko kilkadziesiąt drobin metalu, które pod wpływem eksplozji rozsypią się we wszystkich kierunkach, Jedna tak drobina w skroń, tętnicę szyjną, serce lub gdziekolwiek w czaszkę, a od razu znajdę się na cmentarzu.

Cezary wyobraził sobie swój pochówek. Zawsze chciał, aby odbyło się to z orkiestrą, fanfarami i marszem Mendelsohna. Lubił muzykę poważną, często jej słuchał.

Zagłębiając się w porywające duszę takty muzyki wielkiego kompozytora, Cezary zapomniał o papierze. Sam mu się przypomniał. Leżał czekając dwa metry przed nim przy stosie drobnych kamieni zrzuconych przy krawężniku. Obok niego leżała druga identyczna kula papieru. Teraz było ich dwóch, dwa przedmioty zawierające w sobie coś żywego, co je uruchamiało i jakąś namiastkę mózgu, który nimi kierował.

To było najgorsze, ta nieokreśloność. Nic ludzkiego, po prostu przedmiot, ale bynajmniej nie martwy, posiadający napęd i umysł – mechanizm podejmujący decyzje, który myślał i sterował całością.

– Zupełnie jak człowiek – analogia nie wzbudziła w Cezarym zdziwienia. Wręcz przeciwnie, uznał ja za uprawnioną a jednoczenie wciąż przekraczająca jego wyobraźnię mimo stałego karmienia je nowinkami o postępie technicznym, technologicznym, medycznym i wszelkich innych nowych wynalazkach.

Odc. 2 

Cezary nie czekał dłużej. Odwrócił się i zaczął uciekać, pozostawiając za sobą dwa kawałki papieru w formie niekształtnych kul. Były podobne do siebie, szare i groźne, nieokreślone w działaniu i możliwościach. Jego myśl zaprzątało zgadywanie, co może nastąpić. Uściślał to, co widział, szukając w pamięci wiedzy o podobnych obiektach.

– Coś, co jest zdolne poruszać się samodzielnie, dostosowywać się do warunków terenu a nawet je wykorzystywać, kamuflując się i kryjąc za nierównościami. Kule korzystają prawdopodobnie z energii słonecznej lub są zasilane energią promieni laserowych emitowanych przez stację nadawczą w kosmosie. Dobrze, że sobie przypomniałem – laser. A może te dwie kule mają tylko naprowadzić na mnie drona? Czeka gdzieś zawieszony w przestworzu, miniaturowy, sekretny, zdolny śledzić człowieka dzień i noc korzystając z technologii GPS. Wystarczy tylko sygnał od nich, a podleci do mnie i potraktuje dawką kwasu solnego, promieniem laserowym lub czymś podobnym, nie pozostawiając żadnych śladów po sobie. Nikt się nawet nie domyśli się, kto był wykonawcą wyroku.

Kto mógł być zleceniodawcą takiego zlecenia, Cezary starał się nie myśleć; zaprzątała go jedynie myśl, jak wywinąć się z opresji. Po chwili przypomniał sobie, kto mu kiedyś groził śmiercią, choć on o tym prawie całkiem już zapomniał. Było to na weselu studenta, przyjaciela z roku. Cezary siedział wśród nieznanych gości przy długim stole. Naprzeciwko, po drugiej stronie stołu, widział mężczyznę. Przypominał upiora z horroru; jego skóra na czole i policzkach, koloru i faktury identycznej jak papier, była mocno naciągnięta. Wyglądała, jakby jej właściciel przeszedł kilka operacji po ciężkich oparzeniach. Cezary w duchu nazwał go Pergaminem.

Rozmawiali o możliwościach nowych technologii w zakresie automatyki. Była to dziedzina, w której Cezary czuł się szczególnie dobrze. Jego rozmówca był pracownikiem jakiegoś instytutu. Też znał się na temacie. Wywiązała się kłótnia. Poszło o zastosowania nowych technologii w przemyśle, transporcie i usługach; co jest, a co nie jest możliwe. Wyglądający na naukowca mężczyzna i Cezary mieli zupełnie odmienne poglądy. Starali się przekonać siebie wzajemnie do swoich zapatrywań. Słuchali ich goście weselni. Udowodnienie racji stało się sprawą honoru. Pergamin zarzekł się, że zabije Cezara. Nie powiedział mu tego otwarcie, tylko w toalecie, kiedy znaleźli się tam sami. Cezary zapamiętał jego oczy, błyszczące, zdrowe oczy na tle okropnej, wysuszonej twarzy. Groźba wydała mu się wtedy efektem przejściowej emocji mężczyzny, z którym wszedł w spór na weselu. Myślenie teraz o tym nie miało sensu, ważniejsze było bezpośrednie zagrożenie.

– Nie ma co myśleć o sądzie ferującym wyrok, kiedy kat stoi nad głową.

To go przywróciło na właściwy tor szukania rozwiązania. Po prawej stronie miał przed sobą las, oddzielony od drogi wysokim otwartym nasypem, którego nie sposób było pokonać. Wypatrywał dogodniejszego wejścia do lasu. Po chwili pojawiła się w oddali gęstwa krzaków.

– Tam skręcę w kierunku lasu, trudniej im będzie śledzić mnie i wykończyć.

Podbiegł jeszcze sto metrów i już miał skręcać w kierunku lasu, kiedy usłyszał przed sobą suchy, nienaturalny śmiech, jakby wychodzący z metalowej rury.

– Chcieliśmy cię tylko nastraszyć, głupku! Gdybyśmy chcieli cię wykończyć, już dawno byśmy to zrobili.

Zobaczył ich wtedy: dwie papierowe kule o nierównych krawędziach przypominające ludzkie oblicza. Leżały na ziemi nieruchomo świdrując go niewidzialnymi czarnymi plamami wzroku. Czuł to spojrzenie. W ich słowach dostrzegł nitkę nadziei. Był zdezorientowany, o co może chodzić. Pomyślał, że chcą go powstrzymać przed ucieczką w głąb lasu. Potem, że był to jakiś pomylony, okrutny żart. Niepewność go zmobilizowała.

– Cholerna sztuczna inteligencja i nowoczesne technologie już chyba dziesiątej generacji! – warknął, aby zrzucić trochę napięcia i dodać sobie otuchy.

Przemógł strach. Podszedł bliżej do kul z wibrującymi na wietrze drobnymi strzępkami papieru. Nie wiedział jeszcze, co zrobi. Chciał im się przyjrzeć i wtedy zdecydować. Podchodził ostrożnie, starając się nie wykonać żadnego gwałtownego ruchu. Tak było najbezpieczniej. Był w odległości nie mniejszej niż dwa metry, kiedy zobaczył błysk i fala kłującego ognia ogarnęła jego ciało, głowę, tułów, ręce i nogi.

Strużki krwi zalewały mu oczy i usta. Dopiero wtedy Cezary Brago, biegacz, student czwartego roku automatyki, dokładnie przypomniał sobie człowieka, upiora z pergaminową skórą na czole i policzkach, który w trakcie kłótni na weselu zarzekał się solennie, że go zabije.

Kiedy znaleziono człowieka z pokiereszowanym tułowiem, na jego twarzy – pod warstwą krwi i wilgoci – były jeszcze oznaki zaskoczenia i bólu. Nikomu nie przyszło jednak do głowy, aby przyjrzeć się uważnie denatowi i je dostrzec. Wykonano tylko zdjęcia, wiele zdjęć. Policji nie udało się ustalić niczego oprócz identyfikacji zmarłego, faktu zgonu, czasu, kiedy nastąpił oraz zakresu obrażeń ciała.

Był to rok wielkich niespodzianek, kiedy ludzie ginęli nie wiadomo z czyjej ręki, dlaczego, w jakich okolicznościach, a nawet w jaki sposób. Winiono za to nowoczesne wynalazki, stanowiące zbawienie jak i przekleństwo człowieka, i jego nieposkromioną żądzę poprawiania Boga i przyrody.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 15 05 2020

0Shares

Odpowiedź i podziękowanie

Otrzymałem dzisiaj na mój adres michael.tequila@anciano.pl email Czytelniczki. Przytaczam go w całości nie podając imienia, którego zresztą nie znam.

Pragnę Jej podziękować za ten email; jest on nie tylko przemiły, szczery i głęboki w treści, ale także bardzo dla mnie ważny. W tym roku zamierzam wydać drugi tomik właśnie zawierający wiersz „Niespełniona miłość mnie przeraża” i inne publikowane na mojej stronie autorskiej. Zależy mi więc, aby był dobrze przyjęty.

Muszę go wydać we własnym zakresie. Być wydawcą nie jest moją wymarzoną rolą, ponieważ zabiera mi to bardzo dużo czasu, a wolałbym go poświęcić na pisanie. Jest to jednak konieczność, gdyż wydanie we własnym zakresie jest kilkakrotnie tańsze niż przez oficjalne wydawnictwo. Wydanie książki kosztuje; koszt zwraca się jednak bardzo wolno, może nawet w ogóle się nie zwrócić.

Do wydania drugiego tomiku poezji „Oniemiałość” będę zbierać fundusze na zasadzie crowdfunding prawdopodobnie przez stronę www.zrzutka.pl. W tym roku chciałbym wydać co najmniej dwie pozycje, wspomniany tomik poezji oraz duży zbiór opowiadań.

Piszcie do mnie, jeśli Wam się coś podoba, macie jakieś sugestie, pytania, a także słowa krytyki.

Mój adres email to: Michael.Tequila@anciano,pl
Serdecznie pozdrawiam,
Michael

Cytuję email Czytelniczki:
„Miszel, zachwycił mnie Twój wiersz:

Niespełniona miłość mnie przeraża
i duch fanatyzmu, deprawator ludzi,
zabójca dziecka, co Boga obraża
i ranek, co radości nie budzi.
Współczesność przeraża, jej ślepa tępota,
co myślącą istotę przemienia w robota …

Odnalazłam Cię… Dziś to nie problem. Wszędzie zostawiamy ślady – chcąc, czy też nie…

Przed chwilą kurier przyniósł mi Twoje wiersze – wybór poezji „KLĘCZY CISZA NIEZMĄCONA”. Popłynęłam z Twoimi i moimi emocjami, zanurzyłam się w nastrój chwili, w barwy miejsc – pejzaży… Moich widzianych, przeżytych obrazów. Trochę maluję, ale zdarza mi się też „popełnić” wiersz z potrzeby chwili…☺To jest tak silne pragnienie (powstałe pod wpływem emocji, zachwytu, przeżyć), że musisz je ugasić. Czuję, słyszę, widzę – przechodzę w wymiar wiersza. I to jest piękne.

Relaks, ukojenie – odskocznia od codzienności. A bardzo mi to było potrzebne. Chyba już za długo zaczęłam brodzić w błocie polityki. Kobiecy zachwyt ogarnął mnie przy czytaniu: „Chciałbym miłość spotkać”, „Ja tylko pragnę” i „Chwytanie piękna”.

Dziękuję.

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 16 – 23 i 24.

Odc. 16: Święte miasto Varanasi

Po raz pierwszy Iwan Iwanowicz zobaczył Varanasi siedemnaście lat przed przyjazdem do Indii, odwiedzając cmentarz na południu Nomadii, gdzie odbywała się uroczystość pochówku lokalnego poety. Przy akompaniamencie werbli w nastroju rozważnej powagi, wynajęty aktor recytował poemat „Cmentarz nadziei”.

Nagrobek przybrany w betonowe szaty,
na nim dłutem wyryte nazwiska,
urodził się… zmarł… ale gdzie daty
Każda rubryka pusta, szara, czysta.

Niektórzy za życia już po tamtej stronie,
a ja marzenia uparcie wciąż gonię.
Nie dam się zepchnąć pod strojne marmury,
wybiorę wolność spopielałej chmury.

Hindus nad Gangesem płomieniem się wzbiję,
lekkością zachwycę i blaskiem opiję,
nie zgodzę się oddać do wiecznej kasacji,
wrócę w łańcuchu reinkarnacji.

Mnie myśl ociężała przy ziemi nie trzyma,
wierzę w mądrość Stwórcy, dobroci olbrzyma,
nie zniżę czoła do cmentarnej jaźni;
ulotnością żyć będę w boskiej wyobraźni.

Teraz podróżnik oglądał prawdziwe Varanasi, idealne miejsce do snucia refleksji na temat ostateczności łączącej wszystkich ludzi bez wyjątku: otyłych i chudych, mądrych i głupich, nieskończonych bogaczy i nagich nędzarzy.

Nie podobała mu się nazwa miasta. Poprzednia nazwa, Benares, była o wiele szlachetniejsza, lepiej brzmiąca, po prostu lepsza.

– Dlaczego zmieniono nazwę, starając się poprawić to, co było już doskonałe? – Głośno zastanawiał się podróżnik.

Nawet Przewo nie umiał odpowiedzieć na to pytanie. Trochę go ono zdziwiło, ponieważ nikt wcześniej nie poruszał z nim filozoficznych kwestii, mających dwie lub trzy odpowiedzi, a może nawet i więcej, w zależności od czegoś tam.

Chodzili po mieście przyglądając się ludziom, budynkom i zwierzętom. Wszędzie widzieli figury, figurki, świątynie duże i małe, podręczne. Na każdym kroku była okazja zrobienia ciekawego zdjęcia.

Z tych wykonanych w Varanasi Iwanowi Iwanowiczowi najbardziej podobało się zdjęcie pokazujące go w czarnej kurtce z girlandą różowych kwiatów na szyi stojącego w łodzi na Gangesie. To była najlepsza kurtka jego życia; kupił ją specjalnie na wyjazd do Indii i Nepalu. Po powrocie do domu najchętniej wracał wspomnieniami właśnie do tego zdjęcia. Rozumiał, że to dlatego, że rzadko kiedy człowiek widzi siebie samego. 

W Varanasi duch kraju setkami Hindusów przemieszczał się po nabrzeżu sześćdziesięciu ghat. W etnicznej i religijnej różnorodności prawda mieszała się z fałszem do nieprzyzwoitości. Obok prawdziwych sadhu pojawiali się fałszywi sadhu, ci autentyczni i ci pozorujący świętość. Pierwsi byli samotnikami unikającymi tłumów, szukającymi wewnętrznej doskonałości, pełni jedności z duchem wszechświata, mistykami karmiącymi się energią wszechświata. Ci drudzy stanowili rodzaj eksponatów wystawowych wyciągających ręce po datki, męskie podróbki świętych odziane w kolorowe szaty i sprzedające swój wizerunek turystom za dziesięć rupii, równowartość siedemnastu centów amerykańskich.

Wierzący Hindusi mieszali się z obcokrajowcami, kierowanymi tandetnym pragnieniem zobaczenia świętego miasta. Podobnie jak rzeka było ono święte, ale nie dla nich. Oprócz wykonywanych w pospiechu i często ukradkiem zdjęć niewiele zachowali dla siebie; byli symbolami z tryptyku małpek, co to mają oczy, a nie widzą, mają uszy a nie słyszą, mają usta, a nie mówią.

Wiara w bogów, bóstwa i ich repliki były jawnie nadużywane, ponieważ życie z zasady dzierży prymat nad wiarą. Sama wiara choćby najczystsza, zbliżająca człowieka do Boga i Boga do człowieka, nie zaspokaja głodu dostarczając pożywienia. Stojące wysoko nad brzegiem, jeden obok drugiego, pałace były najczęściej niezamieszkałe i ulegały degradacji, a co najmniej zaniedbaniu.

Władze sprzeciwiały się sprzedaży czy choćby wydzierżawieniu ich firmom, które przywróciłyby im dawne piękno i blask w zamian za praw do użytkowania jako hotele, ośrodki konferencyjne czy zabytki kultury zwiedzane przez turystów. Nie zgadzały się z obawy, że na tarasie górującym na świętą rzeką Ganges pojawi się nagle człowiek ze szklanką whisky w jednej ręce i cygarem w drugiej. Tradycja i wiara przeciwstawiały się rozumowi, pozwalając na dewastację zabytków.

Kontynuacja przeszłości zabijała przyrodę. Palenie stosów kremacyjnych przekształciło się w bezsens, kiedy ich liczba wzrosła do setek i tysięcy. Nieprzerwane kremacje na ghatach zabijały świętą rzekę. Ilość bakterii coli w Gangesie przekraczała bezpieczny dla zdrowia poziom dwadzieścia dwa tysiące razy. Iwan Iwanowicz w swoim zarozumialstwie obcokrajowca widział to w sposób oczywisty: rzeka stała się ściekiem kloacznym. Co było do zniesienia kilkaset lat wcześniej, teraz było już hekatombą, ofiarą składaną bogom z niej samej. Mimo zanieczyszczeń Hindusi masowo brali uświęcającą kąpiel w wodach Gangesu, przekonani, że zmywają przewinienia popełnione w obecnym i wcześniejszych wcieleniach. Czego rzeka nie wybaczyłaby obcokrajowcowi, akceptowała u tubylców, nie powodując szkody.

– Chyba jestem zboczeńcem – pomyślał Iwan Iwanowicz. – Nie dostrzegam szlachetności płonącego stosu, lecz widzę rzekę cierpiącą za każdym razem, kiedy wrzucają do niej nadpalone drewno razem ze spopielonym ciałem.

Iwan Iwanowicz źle to odbierał, ale nie do tego stopnia, aby nie cieszyć się widokami, dziwnymi zapachami, a nawet popadającymi w ruinę pałacami, symbolami dawnej świetności, wieczornymi pokazami religijnych ceremoniałów religijności z udziałem kilkunastu braminów, wąskich uliczek, ludzi siedzących w kucki na progu domu lub na stopniu niekończących się schodów nadrzecznych, leniwie przesuwających się tłumów.

Ambitny podróżnik uspokajał się myślą, że nie wszystko jest w stanie zrozumieć.

Odc. 17: Bankomat, małpy i elephantiasis

Iwan Iwanowicz zapamiętał małpy jako współwłaścicieli kraju. Zapadły mu w pamięć. Był pewny, że to wspomnienie będzie go prześladować, że każdy kiosk będzie mu się kojarzyć z bankiem i małpami. Coś w rodzaju zaraźliwego trójkąta wyobrażeń: bank-kiosk-małpy. Wspomnienie zjawiało się nieproszone pod różnymi hasłami, wracało uparcie, wielokrotnie, głównie we śnie, ale nie tylko. Później, już po powrocie do kraju, zwiedzał ogród zoologiczny i zobaczył małe stado małp. Był prawie pewien, że samiec groził mu kłami i gardłowym warkotem jak ten znad kiosku z bankomatem w Indiach.

Dzień zapowiadał się zupełnie zwyczajnie. Po południu rykszarz zawiózł go do bankomatu. Sam stanął w oddaleniu i czekał; Iwan Iwanowicz prosił go o to. W kolejce do bankomatu były dwie osoby. Pierwsza właśnie podeszła do bankomatu. Iwan Iwanowicz stanął za czekającym już Hindusem przed budyneczkiem przypominającym kiosk. Kiedy pierwszy klient odszedł od bankomatu, Hindus ani myślał zbliżyć się do kiosku. Zapytany, dlaczego tego nie robi, wskazał ręką małpy siedzące nad wejściem do kiosku i bankomatem zainstalowanym w ścianie. Zwierzęta poruszały się niespokojnie, parskały. Przewodził im samiec, większy niż postali członkowie stada, groźnie wyglądający; on jeden szczerzył kły.

– Musimy poczekać, aż się uspokoją. Teraz są niebezpieczne – Hindus ostrzegł Iwana Iwanowicza obracając do tyłu górną część tułowia i głowę.

Iwan Iwanowicz patrzył na przewodnika stada, przyglądającemu mu się przenikliwie zupełnie jak człowiek. Twarz małpy, mimo odmiennego kształtu, stała się twarzą człowieka. Mistrz poczuł się nieswojo, przestraszył się. Zobaczył przed sobą nie zwierzę ale prawdziwego człowieka, przyglądającego mu się rozumnie, choć gniewnie wzburzonego. Na grzbiecie samca srożyła się grzywa. Była w tym groźba i tajemnica.

Podróżnik przypomniał sobie, że przebywa w świecie, w którym małpa została wyniesiona do rangi wyższej nawet niż człowiek. Myślał o Hanumanie, Bogu-Małpie, zrodzonym przez hinduizm. Był to chyba pierwszy przypadek w historii wiary, że zwierzę sięgnęło pozycji Boga. Patrząc na małpy na dachu kiosku, podróżnik zauważył zmianę. Samiec uspokoił się, znowu przybrał postać zwykłej małpy, nie tak odległej w zachowaniu od niejednego człowieka; ten sam bezmyślny a nawet głupawy wyraz twarzy, podobnie leniwe ruchy, nieme zawieszenie wzroku.

*****

Jeszcze tego samego dnia Iwan Iwanowicz wraz z całą grupą udał się pieszo na dworzec autobusowy. Stanęli razem na uboczu na rozległym i wyjątkowo niezaśmieconym placu, czekając na zamówiony autobus. Było bardzo gorąco mimo późnego popołudnia. Nie wiadomo kiedy pojawili się sprzedawcy. Byli wyjątkowo natrętni, może dlatego, że Iwan Iwanowicz i przyjaciele stanowili jedyną grupę turystów w zasięgu wzroku na całym obszarze.

Iwan Iwanowicz zastosował wypróbowaną już technikę: wyłączył się, nie reagował na propozycje, nie odpowiadał na pytania ani pozdrowienia. Nie od razu zauważył, że wpatruje się w niego młody Hindus o przyjemnej twarzy i żywych, prawie chłopięcych oczach. Siedział na trójkołowcu, wózku osadzonym na kołach rowerowych, z boczną platformą, na której trzymał półzgiętą lewą nogę. Jej stopa, przypominająca zdeformowany balon, o mocno pociemniałej skórze, raziła potwornością kształtu i wielkości. Była to słoniowatość, elephantiasis.

Iwan Iwanowicz odwrócił wzrok. To był prawdziwy szok. Słyszał o tej chorobie, widział nawet coś takiego na zdjęciu, ale po raz pierwszy miał przed sobą żywego człowieka cierpiącego na tę potworność. Mistrz dyskretnie obserwował go i zastanawiał się. Stopa nieszczęśnika, potworna, jak można sobie to tylko wyobrazić, prawie filmowa, była symbolem ludzkiego losu na kontynencie.

Pragnąc zapomnieć się, wyłączyć choćby na chwilę, Mistrz zamknął oczy i natychmiast poczuł otaczające go ciepło. Jego wyobraźnia pracowała na zwiększonych obrotach; zobaczył w niej piramidę Hindusów, każdy cierpiący na słoniowatość. Na dole piramidy stała jedna osoba, nad nią, już dziesięć osób, na trzecim i kolejnych poziomach, setki, tysiące i miliony Hindusów; ogromna rzesza ludzi hierarchicznie wtłoczonych w ramy nieszczęścia. Widział ich napięcie na twarzach, jak usiłowali wyrwać się z rzeczywistości. Na rękach i nogach mieli łańcuchy, parodię wolności, bo jaka jest jej wartość, jeśli nie ma środków na utrzymanie się, nie mówiąc o wyrwaniu się z kręgu choroby.

Wyobraźnia Mistrza rozpędziła się, produkowała nowe obrazy. Za chwilę pojawiła się wieża: przywiązany do rykszy Hindus w złachmanionym ubraniu, podniszczona ryksza przypięta łańcuchem do żelaznej barierki przy ulicy, brudna ulica przytwierdzona asfaltem i krawężnikami do ziemi, nad nią – gęsta i zadymiona atmosfera zapomnienia o bliźnich. Cała machina demokratycznego społeczeństwa Indii niby była w ruchu, tak naprawdę, to stała w miejscu zablokowana niewzruszoną tradycją i bezsilnością.

Wielość nieszczęść była nie do wytrzymania; ludzka piramida zaczęła się łamać, po chwili eksplodowała sardonicznym śmiechem. Tworzący ją artyści nieszczęścia dostrzegli kukiełkowatość swojej kondycji. Najpierw wyszczerzyli zęby w szyderczym uśmiechu, ukazując pasmo szczerb, kłów, plomb, luk między zębami i protez, na końcu rząd nienaturalnie białych i równych zębów. Była to prawdziwa wystawa uzębienia przed leczeniem i po leczeniu dentystycznym. Druga grupa artystów, ci ze słoniowatymi stopami, poruszali się w prawo i w lewo, wyginali, pozorując grę w piłkę, jazdę konną, skoki do wody i inne rozrywki. Niektórzy z nich wtykali między słoniowate palce nóg łodygi kwiatów, kwiaty, medaliony, łańcuszki koralików a nawet kolorowe zdjęcia premiera kraju i jego ministrów.

– Parodia losu osiągnęła szczyt – pomyślał Iwan Iwanowicz. Oglądałby dalej niezwykłe sceny, gdyby nie głośne trąbienie autobusu. Popatrzył w kierunku chłopca ze słoniowatą stopą; oddalał się szybko, zniechęcony brakiem datków a nawet zainteresowania.

–  Losem milionów Hindusów jest upokorzenie – pomyślał Mistrz, starając się oderwać od przykrego myślenia. Zanim obudził się z szalonych myśli, kilka razy machnął ręką w powietrzu, jakby opędzał się od much.

Odc. 18: Fort Amber

W Fort Amber koło Jaipuru Iwan Iwanowicz zobaczył Indie bezwstydnie odarte z godności królewsko-cesarskich, złota, drogich kamieni, pereł, barwnych dywanów, dzieł sztuki i innych precjozów.

Jeden z ostatnich cesarzy, Iwan Iwanowicz nie pamiętał jego imienia i nazwiska, ten, który zgromadził bibliotekę trzech tysięcy dzieł naukowych i literackich sprowadzanych z całego świata, także z odległej Europy, był przedstawiony jak dziwadło, osobnik ni w pięć ni w dziesięć, czyli nieumiejący czytać analfabeta. Prawda była taka, że cesarz był dyslektykiem, cierpiącym na dolegliwość doskwierającą współcześnie pięciu do dwunastu procentom dzieci, która dziś daje się leczyć.

Stojąc w pustej sali, bez okien, drzwi, półek i dywanów, Mistrz wyobraził sobie bibliotekę z trzema tysiącami tomów. Był to widok imponujący. Okna były zasłonięte jakąś półprzezroczystą materią, na podłodze leżały wspaniałe dywany, wokół sali stały półki, stoły i skrzynie z książkami. Sam cesarz, uwidoczniony na rycinie, szczupły, czarny z ostrymi rysami twarzy, wyglądał na władcę surowego, może nawet okrutnego, a równocześnie pełnego wyrozumiałości, jak rzadko który rządzący. O cesarzu wiadome było, że starał się szukać porozumienia raczej niż wojny. W demokracji bezwzględność władzy wyraża się w prawie i postanowieniach regulujących najdrobniejsze szczegóły życia, poruszania się, jedzenia, pracy, nauki, a nawet uprawiania hobby w rodzaju picia alkoholu i palenia papierosów. W Indiach to wszystko regulował władca, dyktując, jakie mają być zasady i zwyczaje.

Cesarz miał także swoje zwyczajne, ludzkie słabości, można by powiedzieć natury estetycznej. Dobrym przykładem był kamień, stojący na środku dziedzińca, na którym słoń rozdeptywał głowę skazańca nie tyle po to, aby skrócić mu życie, ale aby go upokorzyć, bo była to śmierć najbardziej hańbiąca. Słoń, kamień, upokorzenie – to były skojarzenia, jakie Iwan Iwanowicz zabierał ze sobą, umieszczając je w pamięci równie łatwo jak chusteczkę do nosa lub grzebyk w bocznej kieszeni spodni.

– Dzisiaj można by to porównać – pochylając się nad kamieniem, Iwan Iwanowicz pozwolił sobie na swobodną spekulację – ze śmiercią człowieka pod ciężarówką wiozącą ładunek kiszonej kapusty, czymś tak beznadziejnym i rzadkim jak krokus przy kożuchu wielkiego świętego.

Iwan Iwanowicz rozglądał się po pustym pomieszczeniu cesarskiej biblioteki szukając sprzętów, mebli i zwyczajowego wyposażenia, które nadawały sens istnieniu tego miejsca. Właśnie to najbardziej nie podobało mu się w Indiach, że ogromne zamki i pałace, pozbawione były treści: mebli i wyposażenia, strojów, biżuterii, szlachetnych i półszlachetnych kamieni, zabawek i setek innych akcesoriów, tworzących nastrój i nadających koloryt życiu. Wszystko, co piękne i najbardziej cenne, zostało wyrwane, rozebrane i ukradzione. Znaczącą rolę mieli w tym brytyjscy kolonizatorzy Indii. Iwan Iwanowicz nienawistnie definiował pozostawione przez nich dziedzictwo jako „Indie wybebeszone”

Tego samego dnia, podróżnik zwiedzał jeszcze Pałac Wiatrów, Hawa Mahal, w Jaipur, zwanym różowym miastem od koloru piaskowca, jaki wykorzystywano do budowy.

Pałac Wiatrów, malowniczy jak bajka od zewnątrz, był również kompletnie pusty od strony wewnętrznej.

– Jeszcze inny przykład Indii wybebeszonych – niechętnie myślał Iwan Iwanowicz, samotnie wspinając się po wąskich schodach miejsca zwanego pałacem, przechodząc z jednego pustego pomieszczenia do drugiego.

Odc. 19 Hierarchia wiary i religii

Na zakończenie dnia grupa udała się do kawiarni Psycho, gdzie potajemnie podawano do spróbowania lokalny narkotyk Luri. Wiedzieli, że jest mocny, ale nie zabójczy. Przed niebezpieczeństwem ostrzegał ich chudy Anglik, sąsiad z tego samego piętra w hotelu Cal Moria, w którym jaszczurki wielkości małego palca ścigały się po ścianach w pogoni za insektami. Zignorowali go, zapominając, że kto jak kto, ale potomek dawnych kolonizatorów wie najlepiej, jak odróżnić trującą prawdę od psychodelicznego pozoru.

Siedząc w wysokiej sali z lampami zwisającymi z sufitu na długich metalowych rurach, obserwowali gości, stoliki i kolorowe obrusy, wielkie akwarium z rybami i krabami u wejścia, obrazy i ozdoby na ścianach. Pili kawę, nieświadomi, jak zmienia się otoczenie. Najpierw pojawiła się chmura motyli, błyskająca w świetle lamp aksamitnym błękitem, potem obrazy zamieniały się miejscami, w końcu wnętrze kawiarni zaczęło przesuwać się w kierunku wyjścia.  

Iwan Iwanowicz czuł się całkiem dobrze, ale tylko do czasu, kiedy wrócił do swego pokoju. Narkotyk zadziałał w ułamku sekundy. Mistrz zauważył, jak wielka ozdobna półka z bibelotami i kwiatami wali się na niego. Usiłował poderwać się, nogi jednakże okazały się cięższe od padłego bawoła. Przygniotła go niewidzialna ściana wprowadzając go w trans; zobaczył niebo w sześciu kolorach i formach, mówił wieloma językami, przybierał dziwaczne imiona i nazwiska, stał się wielopostaciowy. Widział siebie, był przezroczystym manekinem skonstruowanym dla studentów anatomii. Jego myśli zbiegły się w hippokampusie, przedniej części mózgu, gdzie pulsowały chemiczno-fizyczne nici myślenia i zapamiętywania. Miał wrażenie, że falują niby powietrze nad rozpaloną pustynią, gdzie jajko rzucone na piasek ścina się w dwadzieścia pięć sekund.

Iwan Iwanowicz zobaczył Boga, który poruszał się, pojawiał, nieruchomiał i znikał, aby w końcu skryć się za drzewami. Mistrz nie wiedział dlaczego Najwyższy to uczynił, bo gdyby chciał, to przecież mógłby wszystko zmienić jednym gestem ręki, skinieniem głowy czy nawet poruszeniem brwi. Zauważył, że prawdopodobnie wskutek swej sędziwości Bóg ma brwi gęste jak krzaki, lecz od razu zreflektował się, że był to podszept szatana i natychmiast porzucił niedorzeczną myśl. 

Budząc się, Iwan Iwanowicz czuł, jak przewraca się w nim ogromna piramida hinduskich kultów, wyznań i religii. Jej części zamieniały się miejscami niby kolorowe kamyki potrząsanego kalejdoskopu. Przed przyjazdem do Indii dałby sobie głowę uciąć, że buddyzm był jednym z głównych wyznań kraju. Tymczasem w ponad miliardowym orszaku wyznawców na początku szedł hinduizm z imponującym transparentem osiemdziesięciu procent udziału, daleko za nim islam ze skromnym sztandarem piętnastu procent, następnie chrześcijaństwo z ubogą wywieszką czterech procent.

– Buddystów, dla których Indie są kolebką i domem rodzinnym, nie stać nawet na anemiczną plakietkę – szepnął Iwan Iwanowicz. Buddyzm, jego ukochana religia, pojawił się wśród wyznań zagubionych, o których słyszeli tylko ludzie czytający ćwierć książki rocznie. Nie było to jedyne zaskoczenie ani ostatnia plama na honorze podróżnika, zgłębiającego wiedzę o świecie i Bogu.

Odc. 20 Zderzenie Wschodu z Zachodem

Ciąg zdarzeń związanych z pijakiem Kantyną przyniósł skutki, jakich Iwan Iwanowicz się nie spodziewał. Coś się w nim załamało, przestawiły się jakieś tryby, zmieniła się wewnętrzna perspektywa, w końcu dostrzegł sprzeczności życia.

– Można by powiedzieć, że przebudziłem się. Było to bolesne, ale chyba bardzo mi potrzebne – skomentował to później w gronie współpasażerów. 

Przebudzenie miało religijną postać i filozoficzną moc. Jadąc autobusem, Iwan Iwanowicz patrzył smętnie przez okno, za którym migały widoki, ludzie, zwierzęta i cienie. Na ich tle ukazał mu się Budda, siedzący w lotosie medytacji, oraz panteon bogów hinduistycznych, wszyscy wyciszeni i promieniujący światłem. Tuż za nimi pojawili się Chrystus, Mahomet i poważnie wyglądający brodaci święci i prorocy, z niczym mu się nie kojarzący.

– To jest Wschód – uznał Iwan Iwanowicz.

Nagle, z naprzeciwka, nadjechał wielki autobus pełen ludzi naładowanych energią, rozgardiaszem i przedsiębiorczością.

– To jest Zachód – powiedział Iwan Iwanowicz. Nie miał wątpliwości.

Doszło do zderzenia. Niecierpliwa fizyczna ruchliwość Zachodu zderzyła się z wyciszoną duchowością Wschodu. Mistrz poczuł tę konfrontację wewnątrz siebie; szumiało mu w głowie, coś skrzypiało, przestawiało się, regulowało. Szerzej otworzył oczy i zauważył, że w autobusie tylko on nie śpi; reszta towarzystwa wyglądała na pogrążoną w letargu. Niektórzy uczestnicy wycieczki spali z otwartymi ustami, niektórzy pochrapywali, ktoś drapał się po twarzy. Byłoby to zabawne, gdyby nie zderzenie.

Iwan Iwanowicz wyciągnął natychmiastowe wnioski. Zrozumiał swój błąd: zamiast zwiedzać zabytki poznawać i przeżywać ducha miejsc i czasu Indii i Nepalu, on koncentrował się na fizycznym przemieszczaniu się, na sobie i na swoich towarzyszach, inaczej mówiąc na sprawach niegodnych uwagi. Wiedział, że pobłądził, że jego umysł uległ zaciemnieniu. Nie podobało mu się to. Narosła w nim taka fala protestu, że krzyknął, budząc Kindżała śpiącego wygodnie w fotelu tuż za nim.

Osaczyły go i szarpały zajadle ogary wyrzutów sumienia. Miał sobie za złe, że nieświadomie lecz z własnej woli stał się bezwolnym turystą, zwykłym żywym obiektem przemieszczającym się jak ślepiec po kraju pełnym ważnych zdarzeń. Dostrzegł absurd sytuacji: wokół miliony mieszkańców walczących o przeżycie, umierających z biedy, głodu i chorób, a w autobusie i w hotelu Kantyna, uparty nałogowiec, marnotrawiący pieniądze i czas na alkohol, i sprawiający wszystkim problemy. Iwan Iwanowicz zadał sobie gniewne pytanie:

– Czy my musimy być tacy opiekuńczy wobec Kantyny, zwykłego moczymordy, tylko dlatego, że jest naszym rodakiem? Szukać go, martwić się o to, że gdzieś polazł i może cóż sobie zrobić!? To on blokuje nasze poczynania, kradnie nasz czas, a my okazujemy mu wspaniałomyślność. A co z nędzarzami na ulicach, czy oni nie zasługują bardziej na naszą uwagę, współczucie i pomoc?

Chyba to powiedział na głos, bo odezwał się Kindżał:

– Za dużo myślisz o pijaku Kantynie i o sobie, choć to naturalne. Skoncentruj się na tym, co dzieje się wokół, a będziesz szczęśliwszy. Wielkie życie jest na zewnątrz, a nie wewnątrz nas.

Odc. 21 Kawa i konkurs

Wieczorem siedli przy stoliku na zewnątrz hotelu i pili kawę. Inżynier Uniwersalny chwalił się, wymieniając swoje niezwykłe osiągnięcia, wysokie stanowiska, jakie zajmował oraz nadzwyczajne miejsca, gdzie przebywał. Słuchali go, po czym doszli do wniosku, że kawa im nie smakuje.

– Picie kawy stało się rytuałem bez wartości, automatem. Nie masz nic innego do roboty, to pij kawę. To motto zamkniętego umysłu, któremu wszyscy ulegamy – Powiedział Darczyńca, odsuwając filiżankę ze wstrętem. Inni nie poszli w jego ślady. Nie mając nic lepszego do roboty wlewali w siebie napój, niektórzy przy okazji złorzeczyli.

Przestrzeń wokół zamykała się w ciszy i oddechy stawały się wolniejsze. Iwan Iwanowicz poczuł się nieswojo. Nastąpiło to w obecności Inżyniera Uniwersalnego, który wyzwalał w nim niedobre uczucia. Po wpływem inżyniera Iwan Iwanowicz okazywał swoją próżność. Miał sobie za złe, że nie potrafił tego w sobie wykorzenić, powstrzymać się od mówienia rzeczy niepotrzebnych. Zastanowił się nad sobą. Był ciekawskim człowiekiem, chciwym wiedzy i wiadomości, ciągle doskonalącym się.

Postanowił to zmienić, począwszy do następnego dnia, jak tylko ruszą w drogę. Uznał to za najlepszy moment, ponieważ przenoszenie się z miejsca na miejsce stanowiło ważną część wyprawy.

*****

Mimo klimatyzacji, w autobusie szybko zrobiło się duszno. Trzeba było jakoś to przeżyć. Najwygodniej byłoby zasnąć. Mieli przed sobą długą trasę. Po trzech godzinach podróży wszyscy mieli już dosyć snu. Kiedy obudzili się na dobre, zorganizowali konkurs z nagrodami za wybitne osiągnięcia podróżnicze.

Pierwsze miejsce i złoty medal uzyskał Darczyńca, niski, tęgawy osobnik, w zbyt obszernych spodenkach, z których sterczały z jednej strony krótkie nogi, a z drugiej wystający brzuch. Darczyńca otrzymał najwięcej braw i okrzyków poparcia. Zasłużył na to wyróżnienie. Nie obyło się oczywiście bez alkoholu, który sam roznosił w małych kieliszeczkach. Kindżał wygłosił okolicznościowe przemówienie. Było tego tyle, co kot napłakał. Opisał zwycięzcę:

– Bardzo uprzejmy, uczynny, za dziećmi skoczyłby w ogień. Nie cierpi banków i bankierów, wierzy w ich niszczycielską, piekielną moc sprawczą. Sam tego nie rozumiem, bo chłop wydaje mi się być człowiekiem racjonalnym. Jeśli wy rozumiecie, to powiedzcie.

– Chyba go wielokrotnie krzywdzono, kiedy był jeszcze dzieckiem. To są najgłębsze urazy. Pozostają one w człowieku do końca życia i deformują go w rozumieniu świata – zawyrokowała Wysoka z Kokiem. Chwilę rozmawiano na ten temat, po czym uznano dalszą argumentację za jałową wobec braku bliższych danych.

Sam zainteresowany milczał, wyglądało na to, że nie cieszyła go rozmowa na jego temat.

Darczyńca był w Indiach wielokrotnie. Upodobał sobie ten kraj. Za dziećmi tak bardzo przepadał, że przywiózł im ze sobą dziesięć kilogramów cukierków, potem dokupywał jeszcze na miejscu. Gdziekolwiek wycieczka zatrzymywała się, natychmiast otaczały go dzieci. Dawał chyba jakiś sygnał, że będzie rozdawać słodycze.

Po Kindżale zabierali glos inni. Podkreślano, że Darczyńca miał największą siłę przekonywania, największą ilość cukierków, robił najwięcej zakupów. Była w nim obfitość, czułość i rozrzutność. W czasie pobytu za granicą pamiętał o każdym święcie narodowym Nomadii oraz zwiedzanego kraju. Opowiadał o sobie niechętnie, dopiero jak wypił, lub był w szczególnie dobrym nastroju. Wyróżniony złotym medalem, autentycznie się wzruszył. Wydobył z siebie tylko krótkie oświadczenie:

– W dzieciństwie miałem wokół siebie siły narodowo-patriotyczne, ludzi życzliwych dla maluczkich, lecz gotowych do uśmiercenia przeciwników tradycji i patriotyzmu. Rodzice moi byli homoseksualistami.

Nikt w to oczywiście nie uwierzył, ale zmienili zdanie, kiedy Darczyńca opowiedział o swoich nietypowych rodzicach. Podobała im się jego historia miłości rodzicielskiej, szokująca a zarazem pełna poezji.

W autobusie ogłoszono go już wcześniej Strażnikiem Butelki (Guardian of the Bottle) w ramach Mistrzostw Różnych Ceremonii, po tym, jak krzyknął pełen entuzjazmu, kiedy zabrakło jednego kieliszka:

– To pij z gwinta!

Po toastach na cześć złotego medalisty towarzystwo rozruszało się, zadawano sobie mądre i głupie pytania, mieszano powagę i prawdziwe zainteresowania z żartami i wygłupem. Bawiono się, aby zabić nudę, upał, zmęczenie i nieuniknione niezręczne sytuacje. Do takich należał okrzyk „ Chyba zbyt często się wypróżniasz”, kiedy ktoś wcześniej niż po dwóch godzinach wyrażał chęć zatrzymania autobusu, aby skorzystać z ubikacji w przydrożnej restauracji.

Odc. 22 Kindżał

W konkursie autobusowym drugie miejsce i srebrny medal zdobył Kindżał, głównie za pomysły rozrywkowe oraz umiłowanie piękna. Chodziło o białą broń – noże i sztylety, stanowiące jego pasję artystyczną. W życiu prywatnym Kindżał był przedsiębiorcą, niezwykle pracowitym i praktycznym. Prowadził kilka przedsiębiorstw; bez wahania zmieniał je na inne, jak tylko odkrył jakąś ważną lukę rynkową w zaopatrzeniu w towary lub usługi.

Kiedy nadano mu przydomek Kindżał, nikt nie wiedział, dlaczego tak barbarzyńsko go potraktowano. Na wycieczce pierwszy dowiedział się o tym Iwan Iwanowicz, ponieważ od jej rozpoczęcia zawsze w hotelu dzielił pokój z Kindżałem.

Zdobywca drugiego miejsca i srebrnego medalu kochał sztylety i noże, pod warunkiem, że były pięknie zdobione i miały płaskie ostrze, nie trójkątne, kształt którego nie tolerował.

W Indiach sprzedawcy, domokrążcy, właściciele sklepików i straganów, handlarze obnośni i obwoźni już na odległość wyczuwali jego szaloną miłość do sztyletów i noży. Raz zdarzyło się nawet, że cała grupa handlarzy czekała na autobus, w którym znajdował się Kindżał. Zanim jeszcze autobus zatrzymał się, w kierunku drzwi ruszył na wyścigi cały ich tłum. Przybiegli do niego z pękami noży i sztyletów w rękach, w torbach a nawet powiązanych sznurkiem na ramieniu. Kilka kroków dalej czekali straganiarze z akcesoriami rozłożonymi schludnie jeden obok drugiego na stołach. Wszyscy starali się zgadnąć jego oczekiwania, jakich noży i sztyletu poszukuje tego dnia, i biegali za nim, oferując mu „nadzwyczajny kindżał, jakiego jeszcze na oczy nie widział” lub coś podobnego.

Kiedy przemysłowca ogarniał amok kupowania był niepowstrzymany dopóki nie skończyły mu się pieniądze zarezerwowane na dany dzień. Czasami zdarzało się, że kupował sztylety jak bułeczki, prawie jak leci, bez większych negocjacji płacąc po dwadzieścia i trzydzieści dolarów za sztukę, jakby uznając, że każdy następny jest piękniejszy od poprzedniego.

Sprzedawcy bywali wobec niego niezwykle nachalni. Usprawiedliwiał ich.

– Ich życie wymaga nachalności, nieprzerwanej aktywności, natarczywości, podejmowania prób. Gdyby tacy nie byli, zdechliby z głodu!

Chyba znali jego nastawienie i odporność na agresywność handlową, bo zachwalali swój towar bez umiaru, na wszelkie sposoby, wynajdując nieprawdopodobne argumenty .

– O, ten sztylet ma ostrze wygięte łukowato do tyłu bardziej niż inne, jest zdobny kamieniami półszlachetnymi, ametystami, ten nawet ma wielki szlachetny agat wprawiony w rączkę, a ten jest bardzo historyczny, ma co najmniej trzysta a może nawet czterysta lat.

– Co najmniej czterysta lat – podpowiadał z boku z przekonaniem jakiś cichy wspólnik sprzedającego.

Zakupy ulubionych akcesoriów w ilościach przekraczających pojemność małego muzeum, Kindżał uzasadniał zawsze w podobny sposób.

– Znam w kraju kilka osób, które lubią tylko noże i sztylety i muszę im przywieźć odpowiedni upominek. Mam wobec nich zobowiązania i muszę je spełnić. Nie musicie się martwić, nikogo nie zamierzam mordować. 

Może była to prawda, może półprawda, a może w ogóle jej tam nie było. Iwan Iwanowicz spekulował po cichu, że przyjaciel po prostu prowadzi albo zamierza założyć sklep z orientalną białą bronią.

Tajemnica wydała się dopiero kilka lat później; Kindżał przemycał narkotyki w rękojeściach noży i sztyletów. Nawet celnicy tego nie zauważyli, tak bardzo byli pochłonięci ilością jego upominków a jeszcze bardziej ich zdobieniami. W głowach krążyły im myśli o możliwościach przemytu kamieni szlachetnych i złota. Wszystko to były tylko sztuczne zdobienia, ale trzeba było znać się na nich, aby umieć odróżnić je od naturalnych, tak doskonałe były to imitacje. Dopiero po powrocie z Indii Kindżał przyznał telefonicznie Iwanowi Iwanowiczowi, a właściwe tylko napomknął żartem, co go naprawdę pasjonowało. Iwan Iwanowicz słyszał o nim, że był bogatym człowiekiem, jednym z najbogatszych w kraju. Mówiono, że miał akwarium wielkości pół domu, wyłożonym złotymi płytkami, w którym pływały złote rybki. Lubił patrzeć, jak ich złote kształty odbijają się w złotym dnie. W miejscowości, gdzie Kindżał miał letnią rezydencje, nazywano go Krezusem.

Tego dnia, kiedy Iwan Iwanowicz dowiedział się o tym wszystkim, nie mógł zasnąć, zastanawiając się co, w życiu Kindżała było prawdą a co zmyśleniem. Mistrz był do tego stopnia zdezorientowany, że uznał to za przejściowy stan upośledzenia umysłowego. Rano czuł się już doskonale.

*****

W konkursie była jeszcze trzecia nagroda. Przypadła ona w udziale Szczepanowi, wysokiemu i chudemu osobnikowi, pasjonatowi lotnictwa, samolotów i podróży lotniczych. Z zawodu był profesorem muzyki i znał tysiące kawałów.

Przewo był jedyną osobą, nie przywiązującą do konkursu większego znaczenia. Uważał, że są to sprawy, którymi mogą interesować się mniej rozwinięci turyści i miał za złe rodakom poważne traktowanie konkursu, uznając, że kosztem rozrywki trywializują sprawy naprawdę poważne. Pod koniec wycieczki Przewo odstał nieco od grupy, uważając, że powinna ona poświęcać więcej uwagi miejscom, jakie przyjechali zwiedzać. Starał się, pomagał jak mógł, objaśniając i uświadamiając im, jak żyją ludzie w kraju, który stał się jego drugą ojczyzną poprzez małżeństwo z Hinduską.

Iwan Iwanowicz nagrywał fragmenty jego wypowiedzi. Niektóre potem wykasowywał, aby zdobyć miejsce na wartościowszy materiał. Pamiętał ostatnie zdanie Przewo zarejestrowane na dyktafonie:

– Świat jest kompletnie nieświadomy, jak ludzie tutaj żyją i jak umierają, jak są traktowani przez życie a także przez obywateli innych państw, obcokrajowców takich jak my.

Odc. 23 Ostatni przejazd do Jaipuru

Wszystko zaczęło się w momencie wejścia do autobusu mającego ich zawieźć do Jaipuru. To był początek długich dni. Iwan Iwanowicz zniknął ze swojego życia. Sam mało co z tego pamiętał, wszystko opowiedzieli mu towarzysze podróży.

– Zniknąłeś kompletnie. Byłeś pijany albo w transie. Nie wiadomo, co się z tobą działo. Całe trzy dni.

Ile było osób w autobusie, tyle było różnych opinii. Z tego co mu mówiono, niewiele do niego dotarło. Był jak odurzony, słyszał co do niego mówią, ale nie wiadomo, ile z tego rozumiał. Świadczyły o tym jego mętne oczy, najlepszy świadek bezmiaru zagubienia. Iwan Iwanowicz przez długi czas potem rekonstruował historię trzech dni. Był to niezrozumiały epizod jego życia, rozpuszczenie się w czasie i w przestrzeni.

*****

Autobus był nowoczesny i wygodny. Kiedy wsiedli do niego późnym popołudniem, na zewnątrz wciąż było gorąco, wewnątrz panował przyjemny chłód. Wnętrze autobusu wyglądało jak sala teatralna. Na ścianach wisiały obrazy, zasłony okien przypominały kotarę oddzielającą widownię od sceny. Jak tylko pojazd ruszył, natychmiast dało im się we znaki zmęczenie; mieli chęć spać. Darczyńca zaproponował napić się najpierw alkoholu.

– Dla zrelaksowania się i wzniesienia toastu za szczęśliwe zakończenie podróży w Jaipur, gdzie czeka na nas wygodny czterogwiazdkowy hotel.

Kilku mężczyzn zgłosiło się do pomocy. To było za dużo. Ostatecznie rozlewczym został Kindżał. Serwował alkohol w małych metalowych kieliszeczkach napełnianych z trzylitrowej butli. Robił to szczerze i z entuzjazmem. Kieliszki podawano sobie z ręki do ręki. Ci, którzy mieli chęć wypić więcej, wstawali z miejsc i podchodzili do niego, aby im dolać. Każdy pił do woli. Alkohol wyjątkowo dobrze smakował, nawet tym, którym wcześniej wzdragali się przed nim. Było w tym coś niezrozumiałego, ale nikt nie zadawał sobie trudu, aby zastanawiać się nad tym. Wkrótce wszyscy posnęli. Dziwnym trafem tylko Iwan Iwanowicz miał problemy ze snem. Czuwał. Z nudów patrzył jak na zewnątrz zapada zmierzch. Kiedy to nastąpiło, wszystkie okna miały już zaciągnięte zasłony. Nie miał pojęcia, kto i kiedy to zrobił, bo wszyscy spali.

Zapaliły się lampki u góry i w autobusie zapanowała dziwna atmosfera. Działo się coś niezrozumiałego i tajemniczego. Iwan Iwanowicz czuł to przez skórę. Skoncentrował się i obserwował, co się stanie. Patrzył na śpiących. Spali przeważnie z otwartymi ustami, pokazując wnętrze swych gardeł jak u lekarza. Ich twarze pozostały uśmiechnięte, w odróżnieniu od dolnych partii ciała, zachowujących powagę dojrzałości i znojnej przeszłości. W pewnym momencie Iwan Iwanowicz uruchomił wyobraźnię, jakby to, co widział było mu za mało.

Głowy śpiących sprawiały wrażenie przyklejonych do oparcia fotela. Nie wyglądało to najgorzej, gdyż ożywiało atmosferę panującą w autobusie. Iwan Iwanowicz określił ją w myśli jako zawadiacką i ciekawą świata, mimo dojrzałości cielesnej podróżnych. Pod wpływem ruchu autobusu lub marzeń sennych oczy podróżników otwierały się i zamykały, a twarze wymieniały uśmiechami. Spojrzenia i uśmiechy przebijały się przez zasłonięte okna na zewnątrz, gdzie świat przesuwał się z szybkością pięćdziesięciu lub więcej kilometrów na godzinę w zależności od ruchu ulicznego. Za oknem prześlizgiwały się po drobnych postaciach zwykłych rikszarzy, pedałujących w pośpiechu dla szybszego zarobienia na placki naan, oraz rikszarzy motorowych, wiozących góry paczek i pakunków, tak wielkich, że można by ich używać dla wyjaśniania, skąd się wzięły i jak rosły Himalaje.

*****

Około północy w autobusie pojawiła się ludzka głowa, z wąsami i niewielkimi bokobrodami, bez tułowia, zawieszona nad przejściem na wysokości ramion mężczyzny przeciętnego wzrostu. Spoczywała tam spokojnie i bezgłośnie, wydawało się nawet, że porusza ustami jakby w modlitwie lub konwersując z kimś stojącym obok.

– Ktoś stracił głowę – pomyślał bezwiednie Iwan Iwanowicz; po chwili zastanawiał się, kto mógł ją stracić. Przyglądał się jej. Nikt inny jej nie zauważył; wszyscy chyba nadal spali, bo nikt się nie odzywał. Głowa nie pozostała długo bez ruchu. Powoli zniżyła się, jakby schodząc po schodkach, aby w końcu znaleźć się na podłodze i rozpocząć niezwykły taniec, taczając się do przodu i do tylu w zależności od tego czy autobus hamował czy przyśpieszał. Po kilku minutach uniosła się w tajemniczy sposób i zawisła nieruchomo na wysokości górnych półek autobusu.

*****

Pasażerowie powoli budzili się ze snu. Wyciągali ramiona przed siebie i przecierali oczy. Nie mieli pojęcia, co się dzieje w autobusie. Iwan Iwanowicz nie wyprowadzał ich ze zdumienia, obserwując ich reakcje. Wisząca w powietrzu głowa szokowała, wywołując różne uczucia i reakcje. Jej widok przestraszył kobiety, mężczyźni wyglądali raczej na zaciekawionych lub rozbawionych. Wszyscy czuli się jednak nieswojo. Iwan Iwanowicz nie dziwił się temu; ludzie mogli być wciąż pod wpływem alkoholu.

W pewnym momencie głowa ożywiła się. Wisząc nieruchomo w powietrzu, zaczęła intensywnie mrugać oczami. Wyglądała na zmęczoną. Jej usta pozostawały zamknięte. Uczucie niepokoju pasażerów pogłębiło się.

– Spokojnie, panowie. Nie ma co się przejmować – głośno uspokajał Kindżał, chyba najbardziej poczuwający się do prowokowania złych zdarzeń. – Ona robi sobie z nas jaja.

Nastąpił wybuch śmiechu. Nie była to fala, podnosząca ludzi na duchu, tylko rodzaj ulgi wynikającej z nagłego przypomnienia sobie, że nie taki diabeł straszny jak go malują. Śmieli się tylko mężczyźni. Pierwszy opanował się Wysoki. Dla dodania otuchy sobie i innym opowiedział żartobliwą historię mężczyzny, który na Galapagos stracił głowę wpadając w gniazdo wielkiego warana. Nie na wiele to się przydało.

Odc. 24 Nocne zabawy z Głową

Głowa przez dłuższy czas pozostawała nieruchoma, wisząc w powietrzu na wysokości środkowych drzwi autobusu. Jej smutek i samotność przyciągały uwagę pasażerów i wywoływały coraz większe współczucie. Zapragnęli coś dla niej zrobić, jakoś jej pomóc. Dobroczyńca wyjął z torby fotograficznej aparat z długim obiektywem i zaczął robić jej zdjęcia. Wtedy Głowa zaczęła się zniżać. W pewnym momencie zgasły światła i wewnątrz autobusu zapadła prawie ciemność. To, co stało się potem, Dobroczyńca opowiedział.

– Głowa znalazła się na podłodze i potoczyła w moim kierunku; z jej brunatnych ust wysunął się siny język. Zdezorientowany sięgnąłem do kieszeni, gdzie trzymałem słodycze dla dzieci, i dałem jej lizaka. Głowa złapała go zębami i zamrugała oczami na znak podziękowania.

Ta nieprawdopodobna historia dała początek świadomości wycieczkowiczów, że zarówno on jak i oni podlegali halucynacjom. Głowa była wytworem ich własnych wyobrażeń, ale tak rzeczywistym, że za nic nie godzili się uznać jej za wymysł. Nie odmawiali, nie mogli i nie chcieli odmówić jej prawa do rzeczywistego istnienia, może dlatego, że budziła w nich dobre uczucia. Była ucieleśnieniem wszystkich Hindusów.

Po zapaleniu się świateł – kierowca autobusu musiał je wcześniej wyłączyć albo była to awaria – wszyscy starali się okazać Głowie dowody życzliwości i wsparcia. Wysoki wyjął naszyjnik kupiony na upominek i założył Głowie na szyję. Naszyjnik spadł na podłogę, szyja okazała się za krótka. Pozostawiło to poczucie niesmaku, niezręczności, czegoś niemiłego. Zapadła cisza.

Sytuację usiłował ratować Rasputin; stanął obok Głowy, aby zrobić wspólne zdjęcie i odwrócić uwagę od powstałej sytuacji. Wykonanie zdjęcia okazało się niemożliwe. Pierwsze promienie słońca przebijające się z zewnątrz pozostawiły połowę Głowy w cieniu. Padła propozycja, aby unieść Głowę do góry i zrobić sobie z nią wspólne zdjęcie. Wszyscy zebrali się w centralnej części autobusu. Umieściwszy Głowę w środku grupy, poproszono ją, aby się uśmiechała. Dobroczyńca wykonał kilka zdjęć w różnych ujęciach. Wszystkie okazały się tak udane, że uczestnicy zapragnęli zrobić sobie z Głową indywidualne zdjęcia na pamiątkę. Towarzystwo bawiło się jak nigdy. Głowa również wydawała się być szczęśliwa. Przerwano, kiedy zbliżyli się na kilkadziesiąt kilometrów do celu. Wywiązała się dyskusja, co zrobić z Głową, kiedy dotrą na miejsce.

– Przecież nie zostawmy jej samej w autobusie. To niedopuszczalne i okrutne. Narazilibyśmy ją na niewygodę i niebezpieczeństwo. Był to głos Dobroczyńcy.

– Jakie niebezpieczeństwo? – zapytał Kantyna wbijając rozmydlony wzrok w pasażerów.

– Kurz, hałas, ruch uliczny, skoki temperatury, niewygoda, w końcu możliwość ataku ze strony żarłocznych szczurów. W Indiach nie brakuje szczurów. – tłumaczyli wycieczkowicze.

Wszyscy wzięli sobie do serca los Głowy. Panował radosny rejwach, każdy chciał być pomocny. Dobry nastrój zepsuł Kantyna. Podszedł do Głowy, schylił się, schwycił ją i uniósł w górę. Poprosił zebranych, aby nie robili mu zdjęć.

– Nie chcę, aby dowiedziała się o tym moja żona. Jej by się to bardzo nie podobało. Ona jest tak zazdrosna, że posądzi mnie natychmiast o romans z Głową. Właśnie dlatego piję.

Obiecano mu dotrzymać słowa. Zabawa rozkręcała się, bo kieliszki jakby same napełniały się złocistym rumem, ulubionym napojem wycieczki. Ożywiał ich jak najlepszy narkotyk. Pod jego wpływem podróżnicy czuli się jak we śnie: jedni budzili się, inni wstępowali w świat urojeń, marzeń i fantazji.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, maj 2020

0Shares

Była noc. Miniopowiadanie.

Była noc. Miała być czarna, jak w bajce, a była szara. Była wiosna, bo nadszedł jej czas. Starzec, silny prawie jak dąb, chwiejący się tylko pod naporem wiatrów jesieni, spotkał się z samym sobą, tym sprzed pięćdziesięciu lat, dwudziestopięciolatkiem. Popatrzył na niego z niechęcią, bo nie lubił bylejakości, i huknął:

– Spójrz na siebie, czyli na mnie! Patrz, jak wyglądasz. Nie jest ci głupio?

Młodego człowieka zaskoczyły takie pytania. Nie spodziewał się, że z wysokości wieku będzie krzyczeć, on, dojrzały jak ten dąb, chwiejący się tylko pod naporem wiatrów jesieni, na siebie samego, niewiele rozumiejącego, otumanionego błędami narodzenia, rodziców, czasu, szkoły, ustroju i losu, który nigdy nie jest znany, a czasem chyba powinien być.

Już miał otworzyć młode usta, uzbrojone w galerię nie idealnych ale białych zębów, umieszczone na twarzy o skórze gładkiej, ogolonej kilka godzin wcześniej, na głowie przykrytej gęstą czarną czupryną, kiedy zjawił się pies, a potem kot, ulubieńcy ich obydwu, dwa zwierzaki, jakie kiedyś trzymali, i samym swym ukazaniem się nakazały im pogodzić się.

Mężczyźni wstrzymali się. Gapili się na siebie, po czym wyciągnęli z zamrażalnika, ten młodszy, bo był szybszy, rękami tego starszego, bo miał do tego większe prawo, butelkę czerwonego szampana, a potem wyjęli z barku kieliszki o płaskim denku obrzeżone złotym paseczkiem i rozlali.

– Nie ma co się zastanawiać, chłopie, mów do mnie Noe, albo jak chcesz, jestem starszy, dwukrotnie mógłbym być twoim ojcem i raz dziadkiem, więc to ja pierwszy proponuję ci bruderszaft.

– Dobrze, odpowiedział ten drugi, jestem młodszy, nie będę się szarpać, mam przed sobą pięćdziesiąt lat, które przeżyłeś, więc nie będę się wymądrzać.

Usiedli i rozmawiali.

– Ja to jeszcze chciałbym pojechać w kilka miejsc, zobaczyć, popatrzeć z bliska na wielkie góry, śnieżne, na przyrodę dziewiczą, na wysokie fale, nauczyć się tańczyć na luzie, bez skrępowania, mówić jak wolny człowiek, wydawać pieniądze i nie zastanawiać się nad tym, że je wydaję, i w ogóle czuć się jak młody Bóg.

– Hej! Wy dwaj, tacy i owacy, nie mieszajcie mnie do tego – dał się słyszeć głos jak zza ściany. – Też mam problemy z samym sobą, stale prowadzę monologi, raz chwalę, raz ganię siebie, taki mój los, że aż przeklnę, jego mać, że nawet nie mogę tak jak wy, napić się czerwonego szampana dobrej marki, z legalnego źródła, bo mi nie wypada, bo jestem zbyt uniwersalny. Eh! Eh! Eh!

Wsłuchali się, głos pochodził z zewnątrz, z podwórka, postanowili więc wyjść na balkon.

Kiedy wychodzili, zderzyli się w drzwiach, i na balkon wyszedł już tylko jeden osobnik, zintegrowany, połączony niewidzialnymi nićmi wspomnień, oszołomiony szampanem. Podszedł do krzesełka, przysunął je sobie, usiadł i odwrócił twarz w kierunku słońca, bo było już prawie południe, aby słuchać ptaków i oglądać niezwykłą zieloność mieniącą się w liściach brzozy. 

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 01 05 2020

0Shares

Biblioteka Opowiadań i Poezji. Lista i daty publikacji.

Polecane

Drodzy Czytelnicy!

Wszystkie moje utwory udostępniam na zasadach dozwolonego użytku prywatnego określonego „Ustawą z dnia 4 lutego 1994 o prawach autorskich i prawach pokrewnych” plus nowelizacje.

Aby wybrać konkretne opowiadanie zapamiętaj datę jego publikacji a następnie kliknij ją na kalendarzu po prawej stronie ekranu.

Mechanizmy zmiany miesiąca i roku są tuż pod kalendarzem. Na stronie opowiadania najłatwiej poruszać się przesuwając suwak (mały kwadracik) znajdujący się tuż przy prawej krawędzi ekranu. 

Życzę miłej lektury,
Michael Tequila

04 06 2020 Aforyzmy i myśli. Zaktualizowano 05 06 2020 (piątek) godz 6.45
30 05 2020 Sobota. Komentarz dnia bieżącego. Dodatek: Leonard Cohen.
22 05 2020 Znak pokoju. Opowiadanie kryminalne. O relacjach małżeńskich i rodzinnych. 4380 wyrazów. 
20 05 2020 Poezje refleksyjne. Zbiór „Oniemiałość”.  Każdego dnia dodawany jeden wiersz. Aktualizacja 05 06 2020 (piątek) godz. 06.35. W zbiorze jest już 7 autorskich komentarzy. do wierszy.
19 05 2020 Natręt. Opowiadanie kryminalne, jednoczęściowe. O dwóch mężczyznach na przystanku autobusowym. 1620 wyrazów.
17 05 2020 Refleksje pisarskie Gabriela Garcii Marqueza. Odc. 1-5 
14 05 2020 Papier. Opowiadanie fantastyczne. 2 odcinki (całość) 1520 wyrazów.
07 05 2020 Email Czytelniczki – odpowiedź i podziękowanie. Także o  planach wydawniczych na rok bieżący.
02 05 2020
Głowy w autobusie do Jaipuru.
Opowiadanie. Odc. 16 – 24.
01 05 2020 Była noc. Miniopowiadanie.
29 04 2020 Prezydent Zrzeszenia Wszystkich Nafciarzy. Opowiadanie. O życiu wysokiego funkcjonariusza w dobie pandemii. 890 wyrazów.
20 04 2020 Osiedle Panorama. O pijącej młodzieży, jej problemach i wyzwaniach. Całe opowiadanie, 6 odcinków. 6470 wyrazów.
18 04 2020 Niepokorny świat Izydora Czyżyka. Opowiadanie fantastyczne. 3 odcinki, wszystkie. 3050 wyrazów.

14 04 2020 Wirus i sukcesja. O wpływie Wirusa YZ i walki o władzę na społeczeństwo i obywatela. Opowiadanie seryjne. Odc. 1 – 18 i 19 dodany 19 04 2020 godz 22.45
13 04 2020 Polowanie. Opowiadanie kryminalne. O zabójcy z wyrachowaniem. 5200 wyrazów. 
07 04 2020 Koniec świata. Opowiadanie fantastyczne. O człowieku,
który przeżył koniec świata. 1920 wyrazów. 
26 03 2020. Dziewczyna z pieskiem. Opowiadanie jednoczęściowe. O miłości do ludzi i zwierząt. 1540 wyrazów.
22 03 2020 Aleksander Cumagin Sake. Opowiadanie, wszystkie odcinki (1-3). O prezydencie, który marzył o koronie imperatora. 2640 wyrazów.
20 03 2020 Jalapo Umota, Inuit z charakterem. O niezwykłych losach autochtona z Labradoru. Opowiadanie science-fiction. Odcinki 1 – 11, wszystkie. 9700 wyrazów.
05.03.2020 Goryl. O partii i człowieku przypominającym małpę. Opowiadanie, wszystkie odcinki (1 – 5), 3850 wyrazów.
01.03.2020 Miniatura z kolibrem. O pocieszeniu w codziennym życiu. Opowiadanie jednoodcinkowe.
28.02.2020 Wypożyczalnia psów. O zmiennych losach kynologa kochającego psy. Opowiadanie, wszystkie odcinki (1 – 6). 5900 wyrazów. 
26.02.2020 Instrukcja obsługi pejcza. O walce arystokraty francuskiego z bólem i bezsennością. Opowiadanie, wszystkie odcinki (1 – 9). 6800 wyrazów.
05 02 2020 Niedziela z Alberto. O miłości i ludzkich postawach. Opowiadanie erotyczno-kryminalne. Wszystkie odcinki (1 – 4). 3718 wyrazów.
29 01 2020 Dziwna noc mieszańca etnicznego. O szalonych przeżyciach nocnych starszego mężczyzny. Opowiadanie jednoodcinkowe.
21 01 2020 Głowy w autobusie do Jaipuru. Egzotyczna wyprawa do Indii i Nepalu. 15 odcinków publikowanych w różnych terminach. Opowiadanie w trakcie uzupełnień i konsolidacji. 
19 01 2020 Nowy wymiar ewolucji. O technologii zastępującej ewolucję, odc. 1 – 4, wszystkie. Tekst zaktualizowany. 
14 01 2020 Sierżant Baba. O wojskowym szkoleniu dzieci.  
06 01 2020 Patriarcha Anastasio Gerylas. O walce hierarchy kościelnego z Trójcą Zła. 
20 12 2019 Pies gończy słowa mówionego. O społeczeństwie bliskiej przyszłości. 
11 12 2019 Automat. O człowieku bez poczucia czasu i woli.
10 12 2019 Galeria handlowa. O wzrastaniu mężczyzny na widok kobiety.
07 12 2019 Nienawiść organiczna. O nienawiści do własnego ciała. 
20 10 2019 Przebudzenie w przyszłości. O pokoleniu śmieciowym roku 2040.
25 09 2019 Pamiętnik dojrzałego świrusa. O dostosowywaniu się do rzeczywistości. 
16 09 2019 W nocy wymyśliłem sobie diabła. O diable podobnym do człowieka.
07 09 2019 Broda. O męskim życiu bez miłości i uwielbienia.

Pod tym linkiem znajdziecie Państwo wszystkie moje książki w Empiku, także w wersji ebookhttps://tinyurl.com/y52br67b 

0Shares

Prezydent Zrzeszenia Wszystkich Nafciarzy. Miniopowiadanie.

Drodzy Czytelnicy,

Czasy są ciężkie. Nie tylko ja to odczuwam, ale i słudzy boży, śmieciarze, wyborcy przeszli i przyszli, nawet prezydenci. Popełniłem krótki utwór, zbrodniczy w intencjach, którego być może nie powinienem popełnić. To z nostalgii za spokojniejszym życiem.

Klikajcie, jeśli podoba Wam się to opowiadanie. Może je jeszcze poszerzę? 

Pozdrawiam,
Michael Tequila

W Internecie ukazało się zdjęcie Prezydenta Związku Wszystkich Nafciarzy. Chwilę przedtem prezydent przemawiał, wygłaszając orędzie skierowane do konsumentów ropy naftowej. Mówił od serca:

– Kochani! Ceny ropy spadły na łeb na szyję. My, nafciarze, musimy odbiorcom płacić, aby brali od nas nadwyżki ropy naftowej i gdzieś je trzymali. Gdziekolwiek, w domu, w komórce, pod schodami, w szopie. Wirus popsuł nam wszystko. Mimo to jestem jak najbardziej optymistą. Mamy przed sobą wybory. Powiem o sobie: mam szanse. Nie wszyscy na mnie plują, obarczając mnie za sytuację z ropą naftową, która tanieje i tanieje. Żona mi mówi na przykład:

– Ty, Józiek, lepiej się pilnuj, abyś nie poszedł z torbami, jak cię nie wybiorą. Kto wtedy będzie reklamować ropę naftową? Ty to umiesz robić jak nikt. Od ciebie ludziska kupią każdą jej ilość za ostatni wdowi grosz. Masz w sobie tyle dobroci. Popiera ciebie nawet ten siwy staruszek, z którym grywasz w warcaby, a czasem to i w brydża.

– Który? – zapytał prezydent. – Znam kilku staruszków.

– No ten, o którym mówią, że oprócz szalonych pomysłów na lepsze życie, to ma jeszcze garb na plecach. To okrutne tak mówić, bo nikt nie nosi garba dla przyjemności, tylko z obowiązku lub z przywiązania.

– A! Ten – odpowiedział prezydent, choć wciąż nie wiedział, który. Nie denerwował się jednak, bo w okresie Wirusa i jego matki Epidemii wszystkich pamięć zawodzi, tylko kontynuował orędzie.

– Kochani! Popierajcie mnie. Mam już poparcie, ale potrzeba mi więcej. Szczególnie mocno popierają mnie gospodynie domowe, bezdomni, ludzie pracujący po nocy, żniwiarze, nawet alkoholicy. Spotykam się z nimi często, rozmawiamy o różnych ważnych rzeczach, obuwiu, ubraniach, filozofii, wyścigach konnych. Z gospodyniami wymieniam się przepisami, jak ugotować tanio kapuśniak. Teraz jest dużo świeżej kapusty, promuję więc zdrowe odżywianie się. Oprócz oczywiście wyborów, bo te są najważniejsze w czasach Wirusa i jego matki Epidemii, kiedy o godziwą rozrywkę jest trudno. Są ludzie, którzy mnie nienawidzą, choć nie wiem dlaczego, ale ja się tym nie zrażam. Jestem bardzo religijny; na ich zniewagi i zaczepki odpowiadam nastawieniem drugiego policzka. Czasem to boli, ale takie jest życie. Żona też mi obiecała, że mnie szybko nie opuści. To zależy od wyników już nie tylko sondaży kupna i sprzedaży ropy naftowej, ale i wyborów. Sam nie wiem, co to za wybory. Wszyscy wokół mówią: wybrać i wybrać! Na razie, tak jak inni, pracuję nad ich przygotowaniem. Z trzech metod głosowania, osobistego, elektronicznego i korespondencyjnego, najbardziej wierzę w osobiste. Zachęcam do tego obywateli. Na argumenty przeciwników wyborów, mówiących, że to niebezpieczne, odpowiadam:

– To trudno! Nic na to nie poradzimy. Czasem człowiek musi ponieść ofiary. Ja też ponoszę. Inni chodzą piechotą, dzięki czemu utrzymują się w dobrej kondycji, a ja co? Muszę jeździć samochodem. I to bardzo dużym, wskutek czego łatwo się gubię. Nie można mieć za dużo wolnej przestrzeni wobec siebie, bo człowiek odczuwa pustkę. Nie jest mi łatwo. Co gorsze, okna w samochodzie mam zaciemnione, ze względu na to, że każdy chciałby zajrzeć do środka, popatrzeć mi w twarz. Może nawet czymś rzucić, bo wariatów nie brakuje. Sam samochód też nie jest cudem techniki. Brak mu opływowego kształtu; zamiast wdzięku kobiety zakochanej w biżuterii ma w sobie toporność pijanego drwala. Przepraszam, że tak mówię, ale to prawda. Jest szybki, ale opony łatwo mu pękają. Zawsze wozimy ze sobą kilka do wymiany. Jest jednak bezpieczny, bo ma opancerzenie jak czołg. Dzięki temu, jak z rozpędem wjedziemy do lasu, to zatrzymujemy się dopiero po dwustu metrach, może nawet więcej. Nie sprawdzałem tego, wierzę kierowcy na słowo. Samochód jest tak pancerny i ciężki, że czuję to w sercu, w głowie i w nogach. Nie lubię tylko, że jestem cały czas za szybą. Czy to ja jestem pytonem, którego trzyma się w szklanym opakowaniu, aby mu się ludzie przyglądali z bezpiecznej odległości? Nie znoszę tego. Mój świat, moje życie – prezydent rozgadał się – to być wśród obywateli, ściskać ręce, obejmować cieleśnie, czasem nawet wziąć na ręce jakieś dziecko. Kocham dzieci. Szczególnie dziewczynki w wieku od dwunastego do siedemnastego roku życia. One są takie rezolutne. Koresponduję z nimi na różnych forach, czatach i platformach. Jest tych miejsc do konwersacji tak wiele, że miesza mi się w głowie od ich nazw.

Rumiane policzki Prezydenta Zrzeszenia Wszystkich Nafciarzy zarumieniły się jeszcze bardziej. Był poruszony. Kontynuował orędzie. Tematem były skrzynki pocztowe niezbędne w wyborach. Prezydent mówił o naprawie uszkodzonych skrzynek, aby karty do głosowania nie wypadały na ziemię.

– To wielkie wyzwanie. Stworzyliśmy lotne brygady naprawcze. Warunki są trudne. Czasem trzeba pracować w górach, gdzie jest stromo, czasem nocą, czasem w suszy, że aż język wysycha, bo deszczu wciąż nie ma. Wszędzie czai się ten wirus, ludzie muszą dezynfekować się spirytusem. Każdy broni się jak może. Sam chciałem im pomóc. Mam w moim gabinecie w pałacu obcęgi, młotek i gwoździe, ale psychiatra, który pomaga mi ogarnąć się w tym trudnym świecie, mówi mi, że nie wypada.

– Ludzi uznają pana za pracoholika. I tak widzą pana ciągle w telewizji, a tu raptem zobaczą pana jako wzór niezależnego instalatora skrzynek pocztowych.

– Lotnych brygad naprawczych – poprawił go prezydent.

– No właśnie – odpowiedział psychiatra. – Dobrze, że pamięć pana nie zawodzi, to może nawiąże pan rozumny kontakt z gawiedzią. Chciałem powiedzieć, ze zwykłymi szarymi ludźmi na ulicy, aby ich zachęcić do uczestnictwa w wyborach poprzez skrzynkę pocztową. 

Prezydent zgodził się. Mężczyźni rozstali się serdecznym, zaocznym uściskiem ręki przez Internet. Dla wszystkich było to głębokie przeżycie. Wirus wydał się jakiś mniejszy, a jego matka Epidemia cieplejsza niż zwykle.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 29 04 2020

0Shares

Osiedle Panorama. Opowiadanie. Całość, 6 odcinków.

Odc. 1

Osiedle Panorama było wyjątkowo usytuowane na wysokim południowym stoku jeziora Taner blisko granicy z Francją. Mieszkańcami osiedla i samego miasteczka Grosswasser byli ludzie różnych narodowości i wyznań. Wszyscy żyli ze sobą zgodnie i spokojnie, ale tylko do czasu, kiedy na osiedlowym placu zabaw dzieci nie zaczęły spadać z huśtawki. Było to na początku lata, a wypadki dotyczyły prawie wyłącznie chłopców. Przyjeżdżało pogotowie ratunkowe „Grosswasser Express” i ich opatrywało, czasem zabierało do szpitala, gdzie zszywano im rany. Powtarzało się to coraz częściej.

Wyjaśnienie przyczyn wypadków nie stanowiło problemu. Okazało się, że chłopcy byli pijani. Było to o tyle dziwne, że osiedle należało do zamożnych, jego mieszkańcami były osoby zajmujące poważne stanowiska w miasteczku i okolicach, architekci, prokurator, dyrektor pogotowia ratunkowego, nauczyciele, ludzie biznesu.

Problem alkoholizmu młodzieży w kraju nie był niczym nowym; w Grosswasser pojawił się w takiej skali po raz pierwszy.

Burmistrz Aleksy Durer uznał za konieczne zwołanie posiedzenia rady miasta, tym bardziej, że pogotowie ratunkowe zgłosiło roszczenia finansowe wobec miasta. Wystąpił z nimi nie kto inny jak dyrektor pogotowia, barczysty mężczyzna o pełnej twarzy okolonej gęstą, czarną brodą, wyglądający jak dobroduszna postać z bajek. Dyrektor miał tubalny głos, mogący wystraszyć nawet odważnego człowieka; nie bez przyczyny nazywano go Ali Babą. O kosztach interwencji pogotowia na osiedlu mówił coraz głośniej, choć czuł się z tym nie najlepiej.

– Kto nam zapłaci za powtarzające się przyjazdy na plac zabaw? Rodzice ich nie pilnują to dzieciaki rozrabiają. To niebezpieczne zabawy dla nich i kosztowne dla pogotowia. Wydajemy na to majątek a środki mamy limitowane.

Dyrektor pogotowia był osobą, po której burmistrz Durer najmniej spodziewał się takiego wystąpienia, ponieważ Grosswasser było głównym właścicielem pogotowia. Postępowanie Ali Baby wyprowadziło burmistrza z równowagi. Sprawę wziął sobie do serca.

– To nie licuje z pozycją społeczną i zawodową człowieka. Skarży się na swój los jak dziecko. Zachowuje się bardziej jak herszt bandy zbójeckiej niż funkcjonariusz miasta. Przestał mi się kojarzyć z bohaterem bajki z Tysiąca i Jednej Nocy.

Burmistrz nie krył oburzenia ustalając ze swoją sekretarką termin i godzinę zebrania rady miasta. Sekretarka nie była pewna czy szef żartuje czy mówi poważnie, ponieważ nikt z rady miasta nie brał na serio żądań firmy wobec jej głównego właściciela.

Do dyskusji włączyli się rodzice poszkodowanych dzieci. Nie podobało im się oskarżanie ich potomstwa o pijaństwo przez dyrektora i pracowników pogotowia oraz niektórych policjantów. Głos zabrał przewodniczący wspólnoty mieszkaniowej osiedla.

– Panorama nie jest jakimkolwiek osiedlem, jednym z dziesięciu tysięcy w kraju. Nie wypadliśmy sroce spod ogona. Osiedle wygrało kilka konkursów piękności, jest wspaniale położone nad jeziorem z widokiem na rzekę w oddali i reprezentuje przekrój społeczeństwa, które dzięki inwencji i pracowitości dorobiło się wysokiej pozycji społecznej, dając przykład, że ludzie różnego koloru skóry, pochodzenia etnicznego i wiary mogą przykładnie żyć ze sobą. Nasze dzieci, nawet jeśli przypadkowo zbłądziły w swojej zabawie, nie mogą zrujnować reputacji osiedla i Grosswasser.

Mówiąc tak, wielu rodziców nie zdawało sobie sprawy, jak dobrze sobie radzi ich potomstwo. Dzieci bardzo szybko nauczyły się wywodzić dorosłych w pole. Zaczęło się od teatrzyku dziecięcego, w którego zajęciach chętnie uczestniczyły. Grając swoje role, wczuwały się w sytuacje pijaków, policjantów, rodziców, nauczycieli, właściciela sklepu spożywczego i alkoholowego, księdza a nawet kobiet złego prowadzenia. Sztuka, w jakiej grały, opowiadała o życiu osiedla. Pomagała im w tym dwójka specjalistów, aktorka i psychiatra, oboje po wyrokach więziennych. Po odsiedzeniu kar nie mogli zdobyć pracy w swoich zawodach. Z zajęć z młodzieżą byli bardzo zadowoleni, choć finansowo nic nie zyskiwali. Oboje żyli z zasiłków dla bezrobotnych, czekając na lepsze czasy.

– Teraz to przynajmniej nie doznajemy frustracji; pracujemy z młodzieżą, robimy coś użytecznego.

W teatrze dzieci nauczyły się różnych praktycznych jak i trochę niebezpiecznych umiejętności: robić niewinne miny, wprowadzać ludzi w błąd swoim zachowaniem, grać niewiniątka, pozorować napady złości i depresji, grozić samobójstwem, a także szantażować groźbą ucieczki z domu.

*****

Sprawa wypadków na placu zabaw i dodatkowych przyjazdów pogotowia została wyciszona. Nie rozwiązało to jednak problemu. Bóg wie, ile czasu mogłyby dzieci raczące się alkoholem, ich upadki z huśtawki i wezwania pomocy, nękać „Grosswasser Express”, gdyby nie zniknięcie huśtawki. Ktoś rozmontował ją po nocy i wywiózł w nieznane miejsce, prawdopodobnie na złomowisko gdzieś w innej miejscowości. Wraz z huśtawką zniknął problem obrażeń i złamanych kończyn, ale tylko na kilka dni. Dzieci przeniosły swoje zainteresowanie na drążek gimnastyczny. Teraz spadały z drążka gimnastycznego. Jak poprzednio przyczyną był alkohol. Znowu przyjeżdżała karetka, wychodzili z niej dwaj sanitariusze i lekarz, poszkodowanych cucili z omdlenia, mocowali uszkodzone kończyny w szynach bądź zabierali chłopca do szpitala. Zdarzyło się nawet, że budzono ofiarę upadku ze śpiączki w szpitalu.

– Budzenie ze śpiączki to czynność skomplikowana. Na szczęście nie mieliśmy jeszcze żadnego cięższego wypadku – pocieszali się pracownicy pogotowia. Były to zdarzenia tak rzadkie, że lekarze i pacjenci zrobili sobie przed wyjściem wspólne zdjęcia na pamiątkę.

Najbardziej interwencje pogotowia przeżywał jej współwłaściciel i dyrektor.

– Kto za te powtarzające się usługi zapłaci pogotowiu? Nieprzerwanie interweniujemy. To straszne koszty. Za każdym wyjazdem karetki na plac zabaw Josef Apfelbaum rwał sobie włosy z głowy.

Jego rozpacz była uzasadniona umową z radą miasta. Jeśli karetka w ciągu roku kalendarzowego przyjeżdżała częściej niż trzy razy w jedno miejsce, pogotowie otrzymywało zmniejszoną stawkę wynagrodzenia za przyjazd. Po kilku miesiącach interwencji na placu zabaw Panoramy, kiedy wieczorem dyrektor patrzył w domu w lustro, miał wrażenie, że ubyło mu włosów na głowie. Sprawa była o tyle skomplikowana, że rodziny poszkodowanych chłopców jak i mieszkańcy osiedla, na którego terenie miały miejsce ekscesy młodzieży, odmawiali pokrycia choćby części kosztów interwencji pogotowia. Ich argumentacja była prosta.

– Pogotowie jest od tego, żeby przyjeżdżało i ratowało życie ofiar nieszczęśliwych wypadków. Górskie pogotowie ratownicze w czasie akcji zimowej w intensywnej śnieżycy ponosi znacznie wyższe koszty, ratując ludzi, i nikt im z tego powodu nie zwraca żadnych kosztów.

*****

Po roku czasu od pierwszego upadku z huśtawki nikt nie spodziewał się, że problem częstych przyjazdów i rosnących kosztów pogotowia zostanie szybko rozwiązany. Mimo to zdarzył się cud. Tak uważał Ali Baba. Nieznany sprawca zdemontował po nocy drążek gimnastyczny. Robotę wykonano fachowo; pionowe słupki drążka gimnastycznego zostały obcięte na wysokości dziesięciu centymetrów od ziemi, krawędzie cięcia wyrównane, a cała konstrukcja wywieziona w nieznane miejsce. Pozostały tylko opiłki, drobne fragmenty farby, zdeptana ziemia oraz dwa sterczące z ziemi kikuty metalowej rury. Na wniosek wspólnoty mieszkaniowej policja przeprowadziła śledztwo, lecz nie na wiele to się zdało. Śladów obuwia nie udało się dopasować do wzorów podeszew zarejestrowanych w archiwach policyjnych nie tylko lokalnych, ale całego kraju.

Odc. 2

Wydawało się, że tym razem sytuacja ustabilizuje się a ludzie się uspokoją. Już następnego dnia po zakończeniu nieudanego śledztwa, dzieci potykały się o sterczące z ziemi resztki słupków drążka gimnastycznego i raniły sobie nogi. W jednym przypadku doszło nawet do złamania. Za każdym razem okazywało się, że poszkodowani byli w stanie zamroczenia alkoholowego albo wręcz pijani. Wypadków było mniej niż w przypadku huśtawki i drążka gimnastycznego, ale jednak były. Pogotowie znowu przyjeżdżało, jednak tylko do czasu, aż usunięto dwa sterczące kawałki rury z ziemi. Policja przeprowadziła nowe śledztwo, tym razem na okoliczność, skąd dzieci brały alkohol. Dochodzenie prawdy utkwiło w miejscu; dzieci po prostu odmawiały udzielenia informacji. Niektóre milczały, inne prosiły, aby wezwać któregoś z rodziców, w obronie jednego chłopca wystąpił psycholog, żądający zaprzestania przesłuchania z uwagi na niestabilny charakter dziecka. Policja w całym tym śledztwie nie miała wiele do powiedzenia. Prowadzący przesłuchanie podoficer zachowywał ostrożność i nie naciskał świadków.

– Wole zachować pracę i zdrowie psychiczne niż dochodzić takiej głupoty, jak źródło pochodzenia alkoholu. Przecież takiemu dwunastoletniemu szczeniakowi wystarczy naparstek wódki, aby się upić. Czy to ma sens dochodzić, skąd on wziął naparstek wódki? – młody policjant skarżył się żonie w domu.

Pochwaliła go za rozsądek.

– Takie dochodzenie to niech sobie prowadzi sam komendant! Mieszka na tym osiedlu i jego dzieciak też tam rozrabiał. Ponadto, co by nie powiedzieć, to tymi chłopcami faktycznie rodzice się nie zajmują. U nas przynajmniej, kiedy ciebie nie ma w domu, to ja zajmuję się dziećmi. Dlatego nie łamią sobie nóg i nikt nie musi ich przesłuchiwać.

Śledztwo znowu stanęło w miejscu. Podejrzewano, że chłopcy korzystali z zapasów domowych, podkradając alkohol rodzicom, dziadkom lub starszemu rodzeństwu. Ujawnienie tej kwestii nie leżało w interesie najbliższej rodziny, sprawa umarła więc naturalną śmiercią. Przy tym, kolejnym już, śledztwie policyjnym dzieci zyskały świadomość, że nic im nie grozi z powodu małoletniości.

Ogrodnik pielęgnujący zieleń osiedlową podsłuchał rozmowę na ten temat.

– Ja się tam o starych nie martwię. Mają wysokie pozycje, zarabiają dobre pieniądze i trzymają sztamę z kim trzeba.

– Oni nie martwią się mną, to i ja nie będę martwić się nimi – odpowiedział drugi chłopiec.

Ogrodnik pamiętał, że obydwu pogotowie ratowało, kiedy spadli z huśtawki. Nic więcej nie umiał powiedzieć.

*****

Nie wiadomo, czy okresowy brak przyjazdów karetki pogotowia wywołał zmianę zachowań, czy zdarzyło się coś innego, fakt pozostaje faktem, że dzieci nadal upijały się. Tym razem znalazły sobie nową rozrywkę: wybijanie szyb w budynkach z oknami wychodzącymi na plac zabaw. Spadające fragmenty szkła a czasem nawet i kamienie odbijające się od budynku, powodowały zranienia. Pogotowie znowu zjawiło się na osiedlu, aby wykonać swoją tradycyjną robotę. Pracownicy podejrzewali, że „mali przestępcy”, jak nazywali ofiary wypadków, robili to świadomie. Takie tłumaczenie nie podobało się oczywiście rodzicom. Znowu zaczęły się interwencje i ciche rozmowy. Dyrektor Josef Apfelbaum nie miał już siły protestować.

– Musimy jeździć, bo to nasz święty obowiązek – tłumaczył cierpliwie pracownikom. – Po to zostaliśmy powołani do tej służby, aby ratować ludzkie życie i zdrowie, nawet jeśli są to durnowate szczeniaki, które upijają się i wyrządzają sobie krzywdę.

Aby ratować się, zachowując czyste sumienie i rozsądek, dyrektor wysyłał od tej pory mniejsze karetki pogotowia i ograniczył ilość personelu do trzech osób: kierowcy, sanitariusza i lekarza. Rolę drugiego sanitariusza przejął na siebie kierowca.

– To mi nawet odpowiada. Dzieci nie są ciężkie a mam jakąś rozrywkę chodząc z noszami zamiast siedzieć w samochodzie – wyjaśniał. Był to młody mężczyzna, pobłażający szaleńcom niewiele młodszym od siebie. Po cichu solidaryzował się z nimi, doceniając ich przedsiębiorczość, pomysłowość i niezależność.

*****

Problem okien rozwiązał się w sposób zupełnie nieoczekiwany, a wraz z nim zniknął kłopot ze spadającymi fragmentami szkła i kamieni odbijających się od muru, balkonów i ram okiennych. Nocą ktoś pozabijał okna deskami. Pierwszej nocy były to okna parteru, w ciągu następnych dwóch nocy pozostałych pięter. Budynki na osiedlu nie były wysokie, miały tylko trzy kondygnacje. Jak to zrobiono nie budząc podejrzeń, nikt nie miał pojęcia. Ogrodnik spekulował, że okna wybijano z dachu lub z poddasza, posługując się sznurkiem i przywiązanym do niego ciężkim i ostrym przedmiotem, ale bał się wychylić z tą informacją. Nic dziwnego, że śledztwo znowu było nieudane. Policja podejrzewała zmowę mieszkańców.

– Oni usilnie bronią dzieci, bo nie chcą ponosić za nie odpowiedzialności – sierżant Klucky tłumaczył komendantowi, kapitanowi Mikke. Obydwaj podejrzewali zmowę, ale nie byli w stanie niczego udowodnić.

Na osiedlu nikt nie spodziewał się innego rozwiązania. Wkrótce zabite okna zawieszono wielką reklamą na całą ścianę. Mieszkańcy byli z tego zadowoleni, ponieważ reklamodawca płacił wspólnocie mieszkaniowej znaczne pieniądze za stałą reklamę ścienną. Przynosiło im to korzyści finansowe w postaci obniżek czynszu mieszkaniowego. Wszyscy byli za takim rozwiązaniem; był to okres, kiedy słońce pozostawało z drugiej strony budynku. Protestowały tylko dzieci, ale nikt na to nie zwracał uwagi.

*****

Na osiedlu Panorama utrzymywał się spokój ku zadowoleniu pogotowia, policji i samych mieszkańców. Spodziewano się, że tak będzie dalej.

Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia i na środku placu zabaw stanęła choinka, przepiękny wysoki świerk. Wywołało to powszechną radość, bo wszyscy czuli, że dzieciom należy się drzewko bożonarodzeniowe a pod nim upominki, tym bardziej, że wielu rodziców nie miało czasu, aby o tym pomyśleć. Nie wszyscy też garnęli się wydawać pieniądze na dzieci nadużywające alkoholu i sprawiające niepotrzebne nikomu kłopoty.

Po dwóch dniach choinka spłonęła. Policja przeprowadziła śledztwo i ustaliła tylko jeden znaczący szczegół: przyczyną podpalenia była niewiara dzieci w prawdziwego i uczciwego Świętego Mikołaja oraz upominki pod choinkę jako nagrodę za dobre zachowanie.

– Wolelibyśmy, aby rodzice poświęcały nam więcej czasu a nie silili się na choinkę wielkości masztu telewizyjnego i gówniane upominki.

Taką informację przekazał policji ogrodnik osiedlowy, zajmujący się sprzątaniem pozostałości po spalonej choince. Bał się więcej powiedzieć, bo już raz oskarżano go o kapusiostwo.

Fakt zniknięcia choinki zdenerwował dzieci. Twierdziły one, że podpalenia dokonał ktoś z dorosłych w akcie zemsty za ich wybryki i głośne dźwięki syreny policji i pogotowia ratunkowego na osiedlu.

Podejrzenia obydwu stron, dzieci przez dorosłych i dorosłych przez dzieci, doprowadziły do poważniejszego śledztwa. Sprawa na krótko trafiła nawet do sądu w sąsiednim mieście. Szybko ją umorzono, kiedy sędzia dowiedział się, że rodzicami dzieci na osiedlu są lekarze, prokurator, nauczyciele, zamożni rolnicy prowadzący gospodarstwa w pobliżu miasteczka, pracownik obserwatorium astronomicznego w Berlinie, a nawet dyrektor pogotowia ratunkowego i komendant policji w Grosswasser. Rodziców było więcej, ale nie wszyscy zdecydowali się ujawnić swoje zawody i miejsca pracy powołując się na przepisy dotyczące poufności danych osobowych.

– Bez nakazu sądowego ani myślę ujawniać, gdzie pracuję. To by mi w niczym nie pomogło w pracy.

Wypowiedzi tego rodzaju nie cieszyły policji, komendant Mikke rozumiał jednak złożoność sytuacji, lub przynajmniej udawał, że rozumie, i nie naciskał dalej. Sam też mieszkał na osiedlu Panorama.

Większość szczegółów ujawniły sami chłopcy, składający zeznania pod opieką psychologa sądowego. Argumenty były proste.

– Rodzice są czynni zawodowo i nie mają dla nas czasu. Nudzi nam się! Tylko ksiądz proboszcz z naszej parafii czasami zajmuje się nami. Oprócz modlitwy i wiedzy o Biblii, uczy nas jak robić nalewki, a potem je nawet poświęca. Wiemy od niego, że taka nalewka to dar boży równie dobry jak każdy inny, a może nawet i lepszy, bo sprawia człowiekowi prawdziwą przyjemność.

Odc. 3

Prowadzący śledztwo policjant udał się do proboszcza Zoltana Bury, aby wyjaśnić naturę jego pomocy młodzieży osiedlowej, ale nie było go na plebanii. Ksiądz został wezwany na przesłuchanie. Odbyło się ono za zamkniętymi drzwiami na prośbę kurii i połowy rodziców wierzących i praktykujących, bo druga połowa wprawdzie wierzyła, ale nie chodziła do kościoła.

Proboszcz potwierdził i uzupełnił zeznania dzieci.

– Tak, pomagam dzieciom na osiedlu Panorama jak tylko mogę. To biedne dzieci z bogatych rodzin. Panowie dobrze wiecie, kim są ich rodzice, porządni ludzie, ale nie mający czasu, za to mający obowiązki. Ktoś dziećmi musiał się zająć. Rozumiałem ich frustrację, te wszystkie ekscesy, alkohol, łamanie norm, szyby i kamienie. Na osiedlu stało się to już normalnością. Nie mogłem na to patrzeć obojętnie. Oprócz tego, że czytałem im Biblię, którą wspólnie interpretowaliśmy, opowiadałem o Stwórcy i uczyłem przykazań, uczyłem ich także robić nalewki, jako najtańszy sposób dostępu do bezpiecznego alkoholu. Dzieci muszą się wyszumieć i dlatego im pomagałem. Niech coś dobrego z nich wyrośnie, a nie tylko elokwentni adwokaci i prokuratorzy, zarobieni po uszy lekarze, bogaci rolnicy i rzemieślnicy, genialni artyści czy odurzone pięknem wizażystki.

*****

Jak można było się spodziewać, wniosek o ukaranie winnych skierowany do sądu przez policję, na prośbę rodziców, kurii i probostwa, został wycofany. Sędzina, też zamieszkała na osiedlu Panorama, miała w zaufaniu powiedzieć córce i zięciowi, że czyny poddane pod ocenę sądu miały niską szkodliwość społeczną i każdy sąd miałby wielkie problemy z inną kwalifikacją. W dziennikarskim śledztwie prowadzonym prze „Grosswasser Tageszeitung” już po wycofaniu sprawy z sądu, okazało się, że nikt nie uważał się za poszkodowanego i że sprawie nadano niepotrzebny rozgłos.

– Była ona nam potrzebna jak psu metalowa buda w upalny dzień – stwierdził dziennikarz gazety, siedząc w lokalnym pubie przy piwie.

Winę za wywołanie zamieszania wokół sprawy mieszkańcy Grosswasser zrzucili na „nieodpowiedzialne media”.

Rzecznik sądu, przewodniczący wspólnoty mieszkaniowej Panoramy oraz proboszcz Bury zgodnie uznali, że sprawa była rzeczywiście niepotrzebnie nagłośniona. Tych, którzy to zrobili, nazwano „nieodpowiedzialnymi” oraz „manipulantami opinii publicznej”. Dzieci z placu zabaw też chciały wyrazić swoją opinię, ale ich rodzice uznali, że z uwagi na niepełnoletniość w ogóle nie powinny zabrać głosu w takich sprawach.

– To rola rodziców. W kwestii wykroczeń niepełnoletniej młodzieży mogą, powinni i muszą wypowiadać się tylko rodzice i opiekunowie. Każdy sąd, policja i prokuratura zinterpretowaliby to tak samo, z tą tylko różnicą, że powołaliby się na stosowny paragraf lub punkt „Kodeksu wykroczeń” lub „Kodeksu Rodzinnego” – podsumowała na zebraniu wspólnoty mieszkaniowej jej wiceprzewodnicząca.

*****

Ubezwłasnowolnienie dzieci przez dorosłych w sprawie oceny zajść na placu zabaw stało się zarzewiem dalszych zdarzeń. Kilka dni później ktoś podpalił sklep monopolowy. Na szczęście pożar bardzo szybko ugaszono. Śledztwo rozpoczęło się z opóźnieniem z powodu zaangażowanie policji w przygotowanie bezpiecznych warunków meczu piłki nożnej z największym rywalem lokalnej drużyny w lidze okręgowej. Komendant podejrzewał, że sprawcami jak zwykle były dzieci działające pod wpływem alkoholu.

W rozmowach z rodzicami, nauczycielami a nawet księdzem, dzieci przedstawiały niezwykłe argumenty.

–  To nie jest demokracja. Powołujecie się na szczytne ideały Rewolucji Francuskiej, mówicie o równości, wolności i braterstwie, a w sklepie alkoholowym nie ma nawet niskoprocentowego alkoholu dla dzieci, choćby piwa, i stale ktoś żąda od nas dowodu osobistego. Jak można wymagać okazania dowodu osobistego, jeśli nie można go uzyskać?

Mieszkańcy osiedla zastanawiali się, kto nastawił młodzież, aby uderzyła w wysokie C praw dziecka. Komendant, mieszkaniec osiedla, usiłował delikatnie wysądować swojego syna, ten jednak zbył go bardzo szybko.

– Przepraszam cię, tato, ale nie jest w nastroju rozmawiać o tych, bo mam na głowie trudne egzaminy w szkole.

*****

Wkrótce pojawiły się pogłoski, że pożar sklepu wywołali pracownicy pogotowia ratunkowego z zemsty za sprzedaż dzieciom alkoholu, powodującego wypadki i przyjazdy pogotowia. Dyrektor Ali Baba zdecydowanie zaprzeczył pogłoskom. 

– To zupełny bezsens. Nikt z nas nie zrobiłby czegoś takiego. W pożarze ktoś mógłby ulec poparzeniu i wtedy musielibyśmy interweniować i ponosić dodatkowe koszty.

Większość ludzi zgodziła się z jego wyjaśnieniem. Nikt nie miał żalu do pogotowia, że nie jest chętne przyjeżdżać często na osiedle. Mieszkańcom osiedla nie podobało się natomiast to, że syrena pogotowia wywołuje potworny hałas. Przewodnicząca wspólnoty osiedlowej rozmawiał o tym z dyrektorem Apfelbaumem.

– Te syreny są okropne. Wielu mieszkańców Panoramy ma małe dzieci, starszych rodziców lub dziadków. Mógłby pan naprawdę zmienić syreny w karetkach pogotowia! One strasznie wyją, po prostu ryczą jak zarzynane zwierzę.

Tłumaczenie przewodniczącego być może było przesadne, tym niemniej prawdziwe i szczere. Ali Baba, na ogół skłonny do kompromisu, a przynajmniej do podjęcia dyskusji, tym razem pozostał nieugięty.

– Nic z tego. Tylko powiększyłbym moje koszty. Jak mi kupicie lepsze syreny, lub zwrócicie choćby część kosztów, to chętnie to zrobię.

Jakby na złość mieszkańcom, kiedy pogotowie przybyło następnym razem na osiedle, syrena była jeszcze głośniejsza. Powodem przyjazdu było podpalenie drzwi sklepu alkoholowego; gasząc je właściciel sklepu uległ poparzeniu. Najpierw interweniowała straż pożarna, potem pogotowie ratunkowe, w końcu przyjechała policja.

Dziwne było to, że ktoś, prawdopodobnie sprawca pożaru, dwa tygodnie wcześniej wykupił właścicielowi sklepu polisę ubezpieczeniową. Ludzie tłumaczyli, że zrobił to sam podpalacz przewidując, że ktoś mógłby być w sklepie w czasie pożaru – był to okres intensywnych inwentaryzacji – i ulec poparzeniu lub nawet zatruć się śmiertelnie dwutlenkiem węgla.

Podejrzenia ponownie padłyby na pogotowie ratunkowe, bo musieliby przyjechać na ratunek poparzonemu, opatrzyć go i być może nawet zawieźć do szpitala, gdyby nie polisa ubezpieczeniowa. Rozwiązywała ona problem kosztów naprawy szkód jak i przyjazdu pogotowia. W sprawie ubezpieczenia sklepu nikt nie prowadził śledztwa; nie doszukano się tu żadnych nieprawidłowości.

– Każdy ma prawo wykupić ubezpieczenie dla dowolnej osoby lub organizacji – wyjaśniła to firma ubezpieczeniowa.

Poza tym, wszystkim było na rękę, że właściciel sklepu nie zgłaszał wobec kogokolwiek żadnych pretensji ani roszczeń.

Zdarzenia miały swoje reperkusje w szkole podstawowej, do której uczęszczała większość dzieci z osiedla. Dyskusja na temat praw dzieci i młodzieży pojawiła się nieoczekiwane na godzinie wychowawczej w klasie IV C, a po przerwie ogarnęła inne klasy. Nauczyciele niechętnie podejmowali temat, starając się nie zajmować stanowiska w drażliwej kwestii, ale też nie negowali pewnej logiki oczekiwań młodzieży. Protestowało tylko kuratorium. Ani rodzice ani grono pedagogiczne, z wyjątkiem dyrektora szkoły, nie wzięli tego poważnie, ponieważ kuratorium wcześniej winiono za brak zainteresowania pijaną młodzieżą na osiedlu Panorama.

Odc. 4 

Późnym wieczorem przyszedł stolarz i zabił deskami wejście do sklepu z alkoholem. Pytany w trakcie wykonywania pracy, na czyje polecenie to robi, wyjaśnił, że otrzymał telefoniczne zlecenie z rady osiedla powołanej przez wspólnotę mieszkaniową.

– Od razu ustaliliśmy termin i koszt wykonania.

– A kto konkretnie dzwonił do pana? – zadano mu pytanie.

– Przewodniczący rady osiedla, mężczyzna o tubalnym głosie.

Okazało się, że przewodniczący zmienił się kilka tygodni wcześniej i radzie przewodniczyła kobieta o raczej piskliwym głosie. To wybiło argumenty z ręki stolarza. Posądzano go o samowolę, jakiś niezrozumiały wybryk. Argument upadł, kiedy stolarz pokazał ilości zgromadzonych w swoim mieszkaniu butelek po piwie, winie i innych alkoholach; zabijanie deskami wejścia do sklepu nie miałoby w jego sytuacji najmniejszego sensu.

Co do jednego ludzie na osiedlu byli zgodni; zabite drzwi sklepu powinny pozostać bez zmian.

– Dosyć picia alkoholu przez młodzież niedopatrzoną przez rodziców dlatego, że ciężko harują zarabiając się po łokcie, aby stworzyć jej jak najlepsze warunki do życia, nauki i zabawy – taka wypowiedź pojawiła się na pierwszej stronie Grosswasser Tageszeitung.

Brak dostępu do alkoholu wywołał protesty ze strony młodzieży. Wobec oporu rodziców dzieci poprosiły właściciela sklepu, aby zerwał deski, do czego miał święte prawo. Kiedy odmówił, ktoś w nocy znowu podpalił drzwi sklepu. Zrobił to tak sprytnie, że kiedy straż pożarna przybyła i ugasiła pożar okazało się, że spłonęły tylko same drzwi, ościeżnica i rama, i zupełnie przypadkiem stojące w pobliżu krzesło. Nic poza tym. Pies policyjny doprowadził policję z progu sklepu na środek placu zabaw, gdzie znajdowały się trzy samotne ławki.

– Każdy mógł chodzić tą drogą, włącznie z dziećmi, podpalaczem, policją i właścicielem sklepu – komentowali mieszkańcy osiedla. – Ta droga dochodzenia prawdy prowadzi do nikąd.

*****

Kwestia zdobywania i nadużywania alkoholu przez młodzież nie została wyjaśniona. Właściciel mówił, że podpalono mu sklep z myślą, aby i on w nim spłonął, ponieważ odmawiał sprzedaży alkoholu nieletnim i nie miał dla nich żadnej innej propozycji. Kilka razy grożono mu listownie i telefonicznie.

Niedostępność alkoholu w osiedlowym sklepie nie zmniejszyła jego konsumpcji przez młodzież. Dzieci przynosiły alkohol z miasteczka, wracając ze szkoły. Chwaliły się nawet, że to fajna rozrywka, bo zmusza ich do wysiłku fizycznego i do noszenia mniejszej ilości książek. 

Po cichu alkoholu dostarczał dzieciom także ojciec pewnej dużej rodziny z osiedla, pijak i awanturnik. One mu dawały pieniądze, a on im kupował i przynosił. W dowód wdzięczności pozwalały mu pić razem z nimi. Był z tego bardzo zadowolony; chwalił się nawet, że jest z dziećmi za pan brat i zna ich wszystkie tajemnice. Ktoś doniósł o tym policji. Kiedy mężczyzna pił razem z dziećmi na placu zabaw, przyjechał po niego nieoznaczony samochód policyjny z dwoma funkcjonariuszami w cywilu, aby nie wzbudzać podejrzeń. Nic z tego nie wyszło, ponieważ mężczyzna zniknął z placu zabaw w ostatniej chwili. Ktoś musiał go ostrzec, albo sam wyczuł pismo nosem. Komendant policji i jego zespół czuli się bezradni.

– Nic nie możemy zrobić, bo dzieci są niepełnoletnie. A ten człowiek, ojciec licznej rodziny, jego nazwiska nie możemy zdradzić, bo toczy się przeciwko niemu śledztwo, tak się ukrył, że nie można go znaleźć.

Wkrótce policja zmieniła zdanie. Za mężczyzną rozesłano listy gończe ze zdjęciem, pojawił się też odpowiedni komunikat w prasie, w mediach społecznych i na stronie internetowej policji w dziale „Poszukiwani”. Nic to nie dało; mężczyzna jakby zapadł się pod ziemię.

– On nawet nie płaci alimentów. To trudny człowiek. Często się ukrywa nawet przede mną. . – skarżyła się żona.

Nic więcej nie chciała powiedzieć; upierała się, że nic więcej nie wie. Policja podejrzewała ją o ukrywanie męża tylko dlatego, że obiecał zapisać się do Towarzystwa Alkoholików Anonimowych, aby wyleczyć się z nałogu.

Policja myślała jeszcze o użyciu specjalnie tresowanych psów, z których korzystała służba celna na granicach do wykrywania przemytu, okazało się to jednak za drogie.

– Nie będziemy ściągać z drugiego krańca kraju tresowanych zwierząt dla głupiej sprawy ścigania moczymordy, który rozpija dzieci na osiedlu. Wiemy o nim dostatecznie dużo, aby prędzej czy później wpadł w nasze ręce – zawyrokował komendant komisariatu miejskiego.

Postępowanie komendanta budziło wątpliwości, ponieważ będąc mieszkańcem osiedla Panorama znał wielu jej mieszkańców i mógł mieć interes w ukrywaniu niektórych spraw. Komendant zaprzeczył jednak, że jest mieszkańcem osiedla. Wywołało to dyskusję. Ludzie twierdzili, że musi mieć mieszkanie na osiedlu, bo bardzo często tam przebywa. Komendant zaprzeczał tym pogłoskom. Dziennikarze skrupulatnie sprawdzili fakty. Mieszkania rzeczywiście nie miał, ale często odwiedzał osiedle i zostawał na noc. Podejrzewano, że ma tam kochankę. On twierdził, że ma tylko przyjaciół i znajomych. Żadna z osób pytanych przez dziennikarzy nie chciała ujawnić szczegółów, z obawy, że może trafić do sądu za naruszenie prywatności komendanta. Skończyło się plotkami, że ma kochankę, kochanka lub mieszkanie zapisane w księgach wieczystych pod innym nazwiskiem. Nic więcej dziennikarzom nie udało się ustalić; mieszkańcy bali się udzielać informacji z uwagi na konsekwencje. Kapitan Mikke był zbyt wpływowym człowiekiem ze znajomościami w prokuraturze i sądach.

Dochodzenie dziennikarskie potwierdziło tylko kolejny raz, że na osiedlu Panorama mieszka śmietanka towarzyska miasteczka.

*****

Burmistrz Aleksy Durer i komendant Mikke mieli obawy, że odcinając młodzieży możliwości zakupu legalnego alkoholu w osiedlowym sklepie z alkoholem, szybko nauczy się ona pędzić bimber. Nie stało się to od razu, ale się stało. Oprócz nalewek nadal produkowanych w oparciu o recepturę księdza proboszcza Zoltana Bury, alkoholu donoszonego przez dzieci z miasta oraz dostarczanego przez pijaka, ojca dużej rodziny, na placu zabaw pojawił się tani alkohol, zwykły etanol. Był to dobrej jakości, bezpieczny dla zdrowia bimber. Policja od razu to sprawdziła. Ktoś go produkował i potajemnie dostarczał na plac zabaw. Operacja była tak dobrze zorganizowana, że ani policja, ani rodzice, ani wynajęty detektyw nie byli w stanie nic wykryć. Oficjalnie, nikt nic nie widział ani nie wiedział. Przypadkowe anonimowe doniesienie sugerowało, że bimbrownia jest na wyspie na jeziorze Taner. Rano przed świtem na wyspę wybrał się komendant Mikke w towarzystwie jednego policjanta. Wyspa była zatopiona we mgle. Funkcjonariusze poczekali, aż trochę opadnie i spenetrowali cały teren. Znaleźli tylko opuszczoną budę, którą kiedyś zajmowali myśliwi polujący na kaczki.

Bimbrowni na wyspie nie odkryto, ani nigdzie indziej. Chyba dlatego, że mieściła się ona w piwnicy domu, gdzie nieco wcześniej kupił drugie mieszkanie komendant policji. Pomysłodawcą, organizatorem i operatorem instalacji produkcji bimbru jak na ironię był jego własny syn. Historię bimbrowni i swojego życia opowiadał kolegom z placu zabaw. Nie wiadomo, czy wszystko było prawdą, bo chłopak lubił ubarwiać. Nie wiadomo też, ile prawdy było w tym, co mówił o swojej rodzinie, przede wszystkim matce i siostrze, bo niekoniecznie były to miłe sprawy. Jeśli naciągał, to chyba tylko po to, aby zdobyć większą popularność. Też należał do rozrabiaków na placu zabaw, zaniedbanych przez co najmniej jednego rodzica.

– Ojca nigdy nie ma w domu. Nie ma nawet pojęcia, co ja robię. Czasem tylko mnie pyta, czy nie chciałbym być policjantem. Kiedy odpowiadam mu „Po co?”, denerwuje się. Jest strasznie zajęty i nie ma czasu interesować się moim losem. Uważa, że sam sobie dobrze radzę. Raz to nawet mnie nie poznał, kiedy przebrałem się za księdza prowadzącego akcję charytatywną. Zrobiłem to, aby mu pokazać, że mimo swojej policyjnej mądrości i doświadczenia nie jest w stanie zauważyć kogoś, kogo dobrze zna, stojącego tuż obok. Podobnie jest z bimbrownią. Nie umie jej odnaleźć, mimo że ma ją pod nosem. Matka chciała odejść z domu, bo także ją ojciec zaniedbywał. Nie zrobiła tego ze względu na mnie i na siostrę, ale się rozpiła. Siostrę też to wnerwia. Mówi, że chce zostać prostytutką, taką ze studiami i znajomością języków obcych, bo to najlepsze zarobki i można poznać interesujących ludzi. Dlatego wszyscy pijemy. Teraz, kiedy w piwnicy produkuję bimber i zaopatruję matkę i siostrę, to przynajmniej piją w domu. Matka jest bardzo zadowolona, uważa, że alkohol jest bardzo dobrej jakości. Najbardziej lubi moją „Śliwówkę”. Podobnie siostra. Pije mało, bo nie potrzebuje więcej. Alkohol działa na nią bardzo dobrze, bo pisze książki dla dzieci. Mówi, że jej własne życie i bimber ją inspirują.

*****

Komendant wziął sobie na kieł trudną młodzież z osiedla. Jej uzależnienie od alkoholu, podpalenia i inne ekscesy, częste wypadki i przyjazdy pogotowia ratunkowego, oraz nieskuteczne dochodzenia, bardzo psuły reputację policji. Swoim podwładnym wydał polecenie: Cierpliwie czekać! Było to prawdziwe wyzwanie, ponieważ uzależnienie młodzieży od alkoholu nie zmniejszało się. Nadal notowano awantury, próby podpaleń, wypadki na urządzeniach zainstalowanych na placu zabaw, pożary i kolejne wezwania pogotowia.

Policja opracowała nowy plan. Kiedy dwaj chłopcy należący do grupy nieoficjalnie określanej jako „pijacy” skończyli siedemnaście lat, policja ujęła ich w stanie zamroczenia alkoholowego i zabrała do izby wytrzeźwień, a potem na przesłuchanie na komisariat. Wezwano rodziców. Odbyła się długa rozmowa. Żadna ze stron nie była chętna ujawnić jej przebiegu ani ustaleń. Komendant wyjaśnił tylko, że wszyscy uczestnicy spotkania, chłopcy, rodzice i policja, zgodzili się na pewien eksperyment społeczny przy udziale psychologa młodzieży. Szczegóły porozumienia zostały ustalone i spisane. Wszyscy się pod nim podpisali.

Chłopcy zostali przywiązani specjalną linką do dwóch metalowych słupków ustawionych na placu zabaw. Ich końcówki wygięto w dół i zespawano tworząc metalowe pętle. Nad słupkami postawiono zasłonę w postaci dachu z brezentu. Następnego dnia zastąpiono ją dużym namiotem, odpowiednio wyposażonym, aby można było w nim wygodnie mieszkać i nocować. Chłopcy byli zwalniani rano w celu udania się do szkoły. Po zakończeniu zajęć mieli dwie godziny wolnego czasu do wykorzystania wedle swego uznania, po czym wracali i byli znowu przywiązywani do słupków.

Odc. 5

Był to eksperyment wychowawczy uzgodniony także ze szkołą i kuratorium. Nikt nie protestował, rozumiejąc potrzebę znalezienia rozwiązania. Sami zainteresowani i ich rodzice zgodzili się na to na piśmie. Rodzice jasno wyjaśnili przyczynę swojej zgody.

– Szczerze mówiąc, nie mamy czasu, aby zajmować się dziećmi, bo musimy zarabiać, aby miały one lepiej niż my. Jesteśmy pod presją otoczenia, szkoły i pracy. Sami nie byliśmy w stanie poradzić sobie z chłopcami. Taka kara może im tylko pomóc. Mamy nadzieję, że wyciągną właściwe wnioski, że z alkoholem należy postępować bardzo ostrożnie. Nie jesteśmy w stanie nic zrobić w sprawie uzależnienia dzieci od alkoholu, bo większość młodzieży już pije. Problem uzależnienia młodzieży od alkoholu jest powszechny. Teraz ważne jest wyrobienie nawyków rozważnej konsumpcji alkoholu.

*****

Mijały dni. Zrobiło się ciepło i bardzo zielono, zbliżało się lato. Chłopcy uwiązani na placu zabaw nie rozrabiali, nie mieli ku temu warunków. Mniej też pili, chyba że na rozgrzewkę, kiedy nadchodził chłodniejszy lub słotny dzień. Ludzie z Panoramy pomagali im jak mogli. Przychodzili zazwyczaj grupkami; rozpalano ogniska, pieczono kiełbaski, szaszłyki, mięso z rusztu. Było to tak smaczne, że kupowali nadwyżki pieczonego mięsa, aby zabrać ze sobą do domu.

Chłopcy szybko wpadli na pomysł, że można z tego zrobić dobry biznes. Obydwaj marzyli o większych pieniądzach i uznaniu. Wkrótce założyli firmę „Szaszłykarnia dla Dorosłych i Nieletnich”. Biznes rozwijał się szybciej i pomyślniej, niż mogli się spodziewać. Pieniądze płynęły coraz większym strumieniem; wyroby były bardzo dobre, regularnie zyskiwały atest jakości „Q”, bo zawartość mięsa w kiełbaskach była nie mniejsza niż dziewięćdziesiąt procent. Wkrótce rada miasta przyznała im nagrodę. Chłopcy radzili sobie coraz lepiej; nie wyzbyli się jednak nawyku picia alkoholu. Robili to tylko z większym umiarem mając na uwadze reputację biznesową oraz możliwość wypadku.

*****

Mimo szybkich postępów w edukacji chłopców jako ludzi odpowiedzialnych, komendant Mikke tracił cierpliwość. Policja zmodyfikował swój plan. Nie ujawniając jej nazwiska, komendant wyznaczył nową pracowniczkę w randze sierżanta do śledzenia sytuacji i podstawiania sugestii lepszych rozwiązań. Sierżant Wolf znała lokalne warunki, ponieważ od dnia rozpoczęcia pracy w komendzie miejskiej wynajmowała mieszkanie na osiedlu Panorama. Policjantka przychodziła regularnie, oczywiście w ubraniu cywilnym, nie ujawniając swojej tożsamości, na przyjęcia przy ognisku, śpiewała pieśni harcerskie i religijne, deklamowała wiersze, słowem uczestniczyła w pełni w życiu placu zabaw,  pilnując równocześnie, aby nic złego się nie wydarzyło. Trwało to co najmniej kilka miesięcy. Sytuacja wydawała się zmierzać w dobrym kierunku, bo obroty Szaszłykarni dla Dorosłych i Nieletnich regularnie rosły. Jej właściciele wydawali się jednak coraz mniej nią zainteresowali. Swoim przyjaciołom mówili, że robią to już bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby serca.

– Rajcują nas pieniądze oczywiście. Ale to nie wszystko.

******

W dniu, kiedy chłopcy osiągnęli pełnoletniość, zwolniono ich odbywania kary. Odbyła się mała uroczystość. Miało być bez alkoholu, stało się jednak inaczej. Chłopcy narozrabiali, przyjechała policja, musiała nawet użyć pałek, aby doprowadzić towarzystwo do porządku i zawieźć je do izby wytrzeźwień. Sprawa trafiła do sądu. Dwóch pełnoletnich już chłopców, właściwie mężczyzn, uznano za inicjatorów rozróby i postawiono im zarzuty. Było ich łącznie cztery, jeden poważniejszy od drugiego. W trakcie rozprawy przypomniano im też wcześniejsze występki. Uzbierało się tego więcej niż można by się spodziewać. Według prasy lokalnej młodzi ludzie byli kryminalistami prawie od dzieciństwa, zdeprawowanymi recydywistami, wręcz potworami.

Zapadł wyrok dwóch lat pozbawienia wolności w zawieszeniu. Oskarżyciel publiczny złożył apelację. Sprawa trafiła do ponownego rozpatrzenia. Powołano nowych świadków. Oskarżonych dodatkowo obciążyły zeznania osób z najbliższych rodzin, matki jednego chłopca i dziadków drugiego. W pierwszym przypadku matka chciała pozbyć się syna z domu, ponieważ po rozwodzie z jego ojcem, syn sprzeciwiał się jej związkowi z innym mężczyzną. W drugim przypadku dziadkowie opowiedzieli w sądzie makabreski, jakie rzekomo kochający wnuk fundował im pod choinkę z okazji Bożego Narodzenia, potem na imieniny, a regularnie z okazji świąt kościelnych.

– Jesteśmy ludźmi pobożnymi, ale nasz wnuk to degenerat. Wierzymy w Boga, chodzimy regularnie do kościoła, podczas gdy on w czasie aresztu nie był ani razu choćby w kaplicy, aby przeprosić Boga za swoje grzechy.

*****

Co było najdziwniejsze, ksiądz proboszcz, najlepiej znający młodzież osiedlową i z reguły zabierający głos w jej obronie, tym razem potwierdził złe prowadzenie się chłopców. Twierdził, że są tak zepsuci, że w więzieniu będą demoralizować starych recydywistów swoją znajomością prawa i przebiegłością, kłamiąc bez mrugnięcia okiem.

Czy tak się stało, nie wiadomo. Faktem było, że trafili do więzienia i szybciej niż ktokolwiek się spodziewał uzyskali obywaj przepustki. Wrócili z nich w terminie i w stanie pełnej trzeźwości. Zdarzyło się to kilka razy z rzędu. Naczelnik więzienia nabrał do nich zaufania. Na przepustkę wychodzili tak często, że inni więźniowie żartowali, że naczelnik dawał im klucze do bramy wejściowej a strażnicy nie sprawdzali nawet zawartości ich plecaków po powrocie z przepustki nie wspominając kieszeni.

Odc. 6

Był w tym ukryty plan. Na początku dwaj mężczyźni wracali z pustymi rękami, lecz za trzecim i każdym kolejnym razem wnosili do więzienia wódkę i papierosy. Nie handlowali tym towarem, tylko dzielili się z innymi. Wkrótce zdobyli sobie szacunek wszystkich współwięźniów. Nikt nie puścił pary z ust na temat ich postępowania, nikt nic nie widział ani nie słyszał. Któregoś razu udało im się przemycić do więzienia małego szczeniaka na wychowanie; natychmiast stał się pupilem więźniów. Sprawa się wydała; wszyscy więźniowie jak jeden mąż zastrajkowali, kiedy strażnicy chcieli usunąć szczeniaka poza teren więzienia.

Sprawa stała się poważna, trafiła na łamy prasy i telewizji. W sukurs więźniom przyszli działacze ochrony zwierząt oraz zwolennicy reedukacji i społecznej rehabilitacji więźniów. Naczelnik więzienia po konsultacji z przełożonymi wyraził w końcu zgodę na pozostawienie psa; zwierzak wychodził na spacery razem z aresztantami. Atmosfera uległa natychmiastowej poprawie.

*****

Nie trwało to długo. Wynikły problemy; więzienie było coraz bardziej przeludnione. Myślano, debatowano nad tym i nic. Kandydat na burmistrza Grosswasser w zbliżających się wyborach obiecał powiększyć więzienie kosztem mniejszej ilości mieszkań budowanych przez miasto na potrzeby najuboższych mieszkańców. Okazało się to tylko hasłem wyborczym, które pomogło mu zdobyć upragnione stanowisko. Problem przeludnienia więzienia pozostał nierozwiązany. Wszyscy oczekiwali kryzysu i buntu więźniów.

*****

Na placu zabaw sytuacja też się nie poprawiła. Młodzież pozostająca na wolności, jak również ci, którzy wychodzili z więzienia, nadal pili i rozrabiali. Przy słupkach przebywali kolejni dorastający chłopcy z osiedla przywiązani w ramach eksperymentu społecznego. Zwalniano ich rano dla umożliwienia nauki w szkole, aby unieruchomić na nowo późnym popołudniem. Każdy mieszkaniec osiedla i ludzie z miasteczka mieli do nich dostęp.

Burmistrz, rada miasta i policja po kilku naradach doszli do wniosku, że mimo wszystko jest to skuteczna metoda walki z przestępczością osiedlową i reedukacji, i ogrodzili część placu zabaw, gdzie stały namioty z dwoma słupkami i przywiązanymi do nich chłopcami. Teraz teren ten został odgrodzony siatką pozostawiając sporo miejsca wewnątrz ogrodzenia. Szaszłykarnię rozbudowano nadając jej nową nazwę „Panorama” oraz stworzono Klub Taneczny „Bezwstydna”, gdzie dziewczyny z osiedla tańczyły kankana. Jak się później okazało, były to pomysły mężczyzn przywiązywanych do słupków.

*****

Zmiany okazały się udane. Zarówno szaszłykarnia jak i klub prowadzone były fachowo, zyskując szybko renomę i uznanie jako udana forma społecznej reedukacji pijących młodych ludzi. Obydwa lokale były coraz częściej odwiedzane także przez gości zza granicy, szukających nietypowych przeżyć. Zdarzali się też turyści ze wschodu, a nawet z innych kontynentów.

Niedługi czas potem wewnątrz ogrodzenia zbudowano scenę i urządzono Teatr Osiedlowy „Marycha”. Cieszył się wielkim wzięciem, zwłaszcza od czasu, kiedy zaczęto wystawiać sztuki o zdeprawowanej młodzieży. Okazały się prawdziwie kultowe. Dochody z szaszłykarni, klubu tanecznego i teatru przeznaczano w części na finansowanie miejskiego więzienia, w części na dofinansowanie pogotowia ratunkowego, którym zarządzał syn poprzedniego dyrektora od czasu, jak ojciec zmarł na serce.

*****

Ze swoimi niekonwencjonalnymi rozwiązaniami osiedle Panorama zyskiwało coraz większą renomę. Pisała o nim prasa lokalna, potem regionalna, w końcu krajowa. Wkrótce tematem zainteresowały się także portale internetowe i telewizja.

Wraz z poprawą sytuacji na osiedlu, poprawiała się sytuacja w więzieniu. Coraz więcej cel było wolnych. Władze więzienne po konsultacji z burmistrzem i radą miasta podjęły decyzję eksperymentalnej hodowli pieczarek. Okazało się, że warunki panujące w więzieniu są wręcz idealne. Cele położone od strony południowej, na obszarze niecki gruntowej, były cieplejsze i wilgotniejsze od pozostałych. Hodowlę pieczarek prowadzili więźniowie pod nadzorem specjalisty zatrudnionego przez miasto. W miarę rozkręcania się biznesu, zyskiwali także mieszkańcy miasteczka zatrudnieni przy hodowli, transporcie, sprzedaży i reklamie.

Pieczarki stały się źródłem poważnych dochodów; dobrze się sprzedawały, szczególnie do Francji. Robiono z nich także specjalistyczne dania mrożone. Ciężarówki odjeżdżały wypełnione po brzegi. Efekt był taki, że odbiorcy francuscy pytali czy więzienie w Grosswasser nie mogłoby zaopatrywać ich także w ślimaki winniczki. Okazało się to możliwe na terenach bezpośrednio przyległych do budynku więzienia.

Po dwóch latach miasto wkroczyło w okres prawdziwej prosperity. Prasa pisała o nim, że tonęło w pieniądzach. Burmistrz przedstawił swoje sukcesy na wspólnym posiedzeniu przygranicznego regionalnego parlamentu francusko-niemieckiego. Wszyscy wzorowali się na jego mieście, organizując konferencje i narady na temat, w jaki sposób rozwiązać problem przestępczości młodocianych zapewniając równocześnie rozwój gospodarczy. Nowy model życia społecznego upowszechnił się w większości miast kraju; Grosswasser okrzyknięto miastem dziesięciolecia.

*****

Problemy pojawiły się z zupełnie innej strony; nikt się ich nie spodziewał. Były to efekty gwałtownego wzrostu dobrobytu mieszkańców osiedla Panorama i miasteczka. W krótkim czasie zanotowano gwałtowny wzrost otyłości, wzrósł poziom rozwodów, rozpanoszyła się cukrzyca i podobne choroby, w końcu upowszechniło się pijaństwo także wśród osób odpowiedzialnych za dobrostan miasta: rady miejskiej, urzędników, nauczycieli, policjantów, strażników miejskich i więziennych. Przewodniczący rady miejskiej popełnił samobójstwo, kiedy opuściły go córka i żona, obydwie, aby poświęcić się tańcu przy rurze w renomowanym już klubie tanecznym „Bezwstydna”. 

Była to prawdziwa kwadratura koła. Wrócił stan sprzed kilku lat, dzieci znowu piły na umór na placu zabaw, aby spadać z wszystkiego, co miało dostateczną wysokość, nawet z obudowy piaskownicy. Łamały się wtedy i rozbijały, dla zapomnienia o bólu znowu piły, znowu łamały się i rozbijały. Pogotowie nie nadążało z płaceniem rachunków za benzynę, groziło mu bankructwo. Nic już nie można było naprawić. Kwadratura koła była faktem: kwadrat stawał się kołem, koło elipsą, elipsa znowu kwadratem.

– Nie tak wyobrażaliśmy sobie raj. – Podsumował burmistrz, kiedy na placu zabaw pojawił się ponownie Rod, syn prokuratora, który pierwszy zaczął pić alkohol na placu zabaw Panoramy dając fatalny przykład innym dzieciom. Na zakończenie swojego wystąpienia burmistrz dodał: – Nasz raj był zmyśleniem. 

Burmistrz miał jeszcze na podorędziu kilka innych mądrych sentencji. Ludzie lubili go i słuchali jego wystąpień, nazywali go Mistrzem, Dobroczyńcą, Mecenasem, czasem także padała nazwa Think Tank. Miasteczko i osiedle Panorama zawdzięczały mu wiele; ostatecznie jednak wszystko poszło nie tak jak trzeba. Nawet burmistrz nie był w stanie temu zapobiec.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 23 04 2020

0Shares

Niepokorny świat Izydora Czyżyka. Opowiadanie fantastyczne.

Odc. 1

Izydor Czyżyk był postacią kontrowersyjną nawet dla siebie samego, włącznie z pogmatwaną historią swego życia. Chyba zdawał sobie sprawę, że jest w nim coś dziwnego, skoro napisał w pamiętniku: „Jestem przedstawicielem szalonego pokolenia szybkich technologii, smartfonu, cukrzyków, rosnącej zamożności a wraz z nią otyłości, depresji i samotności. Mam mało przyjaciół. Niewielu ludzi mnie rozumie. Żyję sam i wymyślam sobie rzeczywistość. Moje rodzeństwo to wyobraźnia, fantazja i urojenia. Wymyśliłem sobie na przykład Święto Chudego Ptaka. Ptaki rzadko bywają chude, a ten jest chudy. Ale wszystkie latają. I tego im zazdroszczę. Też chciałbym latać, być wolną istotą”.

*****

O godzinie siódmej piętnaście rano powietrze było tak przezroczyste, że Izydor widział ze swojego okna stary Mercedes w trzykrotnym powiększeniu. Zawsze stał on w odległości dwudziestu jeden metrów, teraz widoczny był w odległości nie większej niż siedem metrów. Może nawet bliżej. Kiedy Izydor wyciągnął rękę, miał wrażenie, że dotyka klamki.

– Fajne autko – krzyknął do żony zanim sobie przypomniał, że od czasu rozwodu jest znów samotnym, starym kawalerem. Rozwiódł się wtedy, kiedy stracił słuch i głos. To, co wydawało mu się krzykiem, było tylko milczącym otwieraniem ust. Obejrzał siebie kiedyś w lustrze; wyglądał jak karp wyjęty z wody bezradnie chwytający powietrze. Niepełnosprawność nie przeszkadzała mu w życiu, pod warunkiem, że nie pamiętał o niej. Kiedy ją sobie przypominał, zamykał się w sobie, tracił kontakt z otoczeniem. Myślał wtedy, że to dlatego, że jest uparty.

*****

O godzinie ósmej rano radio podało, że miasto we władanie wzięła cisza. Był to wynik rozejmu zawartego o północy między Pasjonatami Ciszy a Producentami Hałasu, którzy za wynagrodzeniem zgodzili się powstrzymywać przez czas nieokreślony od wytwarzania szumu, warkotu, jazgotu i podobnych dźwięków.

Sprawa była poważna. W kraju było coraz więcej osób głuchych, zastraszająco szybko rósł też odsetek ludzi z częściową głuchotą i niedosłuchem. Był im trudno funkcjonować w społeczeństwie. Pasjonaci Ciszy – także w ich imieniu – od wielu już lat darli koty z Producentami Hałasu; konflikt narastał. Obydwie strony gromadziły siły do ostatecznej rozgrywki, przekonani, że spór musi w końcu znaleźć jakieś rozwiązanie.

Izydor ucieszył się wiadomością o rozejmie, ponieważ lubił ciszę, zanim ogłuchł.

– Mam co najmniej siedem dni na powrót słuchu. Tylko w ciszy jest to możliwe. Co do powrotu do mówienia, to powinno być jakieś porozumienie między mówiącymi a niemowami. To ułatwiłoby powrót do zdrowia ludziom takim jak ja. Nie musiałbym kupować słuchawek do uszu ani tuby do nagłaśniania się w miejscach publicznych. Izydor ucieszył się, że wprawdzie jest głuchoniemy, ale potrafi doskonale myśleć.

Umocniwszy się w przekonaniu, że ma szansę wrócić do siebie odzyskując brakujące zmysły, usłyszał na korytarzu za drzwiami ledwo wyczuwalne szczekanie psa. Jego głos był tak cichy jakby zwierzę siedziało opakowane w wacie. Normalnie pies sąsiada, potężny doberman z odnowionym operacyjnie węchem, wydawał z siebie dźwięki masywne jak dudnienie średniego dzwonu na wieży kościelnej budowanej dla umocnienia wiary w pięć zmysłów: wzroku, słuchu, smaku, węchu i dotyku.

Przyglądając się budowie wieży, Izydor wymyślił jeszcze pięć dodatkowych zmysłów: noncepcji czyli odczuwania bólu, zmysł temperatury, zmysł równowagi, propriocepcji czyli ułożenia części ciała względem siebie oraz percepcji czasu. Pomysłów nie zgłaszał do opatentowania tylko dlatego, że mu powiedziano, że musiałby przedstawić modele tych zmysłów oraz wyliczenia matematyczne potwierdzające ich działanie.

Wracając z obserwacji wieży, uważanej za świętą z racji przynależności do kościoła, Izydor poczuł, że odzyskał mowę. Uznał to za cud. Poruszył kilka razy językiem i rzeczywiście, układał on się w ustach zupełnie inaczej niż u niemowy. Idąc zatłoczoną ulicą nie wypadało mu wykonywać testów potwierdzających fakt odzyskania mowy. Jak tylko wrócił do domu, od razu wykonał eksperyment: otworzył szeroko okno i z całych sił krzyknął. Zdumiał się, bo nie usłyszał nawet echa; tylko cisza dzwoniła mu w uchu młoteczkiem Eustachiusza, który uruchomił się automatycznie. Odzyskanie mowy okazało się złudzeniem.

Izydor postanowił wykonać jeszcze jeden eksperyment. Wyjął młotek z walizki z narzędziami, otworzył okno i z wysokości trzeciego piętra, gdzie mieszkał, zrzucił go na bruk. Po chwili usłyszał dźwięk przypominający piórko opadające na korkową podłogę, czyli praktycznie nic. To go dodatkowo zdezorientowało, ponieważ nie wiedział czy brak odgłosu uderzenia młotka o bruk było efektem jego własnej głuchoty, czy też dziwnym efektem głębokiej ciszy panującej od tygodnia.

Istnienie niekończącej się ciszy szokowało ludzi; dostrzegali to i odczuwali, nie mogąc wyjść z podziwu, co się dzieje. Izydor ze względu na swoją głuchotę nie zawsze był pewny, czy to co czuje i słyszy wokoło, to rzeczywiście świat ciszy, czy tez jego wyobrażenie ciszy puste jak orzech wygryziony przez robaki.

*****

Zamierzając wyjść z domu, Izydor spojrzał w lustro. Wydał się sobie młodszy co najmniej o sześć lat. Ustalił to ponad wszelką wątpliwość, przypominając sobie czuprynę jaką miał na głowie sześć lat wcześniej. Dla pewności odszukał zdjęcie wykonane w tamtym czasie i porównał z wizerunkiem w lustrze. Wszystko się zgadzało. Oglądanie zdjęć i czupryny zajęło mu trochę czasu. Spojrzał na zegarek i zdziwił się: wskazówka godzinna poruszał się wolniej niż zawsze. Takie miał wrażenie. Znowu skojarzył to sobie z ciszą.

*****

Następnego dnia, siedząc przy śniadaniu z rodziną, zastanawiał się, co oznaczają zmiany. Najmłodsza latorośl, dorobek córki Izydora oraz jej rudego adoratora, chłopczyk skąpy w mowie i tak wolny w myśleniu, że drzwi odmawiały mu otwarcia się, bo stojąc przed nimi nie był w stanie zdecydować się, czy w ogóle wyjdzie, zauważył rezolutnie:

– Te wszystkie zmiany są super.

Krótkie logiczne zdanie i wyraźny głos dziecka były dla rodziny objawieniem. Wszyscy popatrzyli na niego w zdumieniu.

– Sam to wymyśliłem. Nie ma co się dziwić, ta cisza też mnie zmieniła. Rezygnuję ze ssania palca, już mi się to znudziło.

Kiedy zauważył, że nikt mu nie wierzy, podszedł do drzwi balkonowych, otworzył je i udawał, że wyrzuca palec za okno. Chwilę czekał na odgłos upadku, ale nic takiego nie nastąpiło. Na zewnątrz panowała głucha cisza. Matka wytłumaczyła mu, że palec jest zbyt mały i miękki, aby wywołać jakikolwiek dźwięk.

Odc. 2

Popołudniowe wydanie „Gazety Wieczornej” ukazało się z trzygodzinnym opóźnieniem. Nikogo to nie zdziwiło bo czas był niezwykły. Gazeta przedstawiła kilka teorii wyjaśniających istnienie niezwykłej ciszy. Ksiądz kanonik – mówiono o nim, że kilka razy słyszał głos z nieba – argumentował z przekonaniem, że Bóg przypomniał sobie, że ma pod opieką całą ludzkość i zwierzęta i powrócił na ziemię dewastowaną przez zarazę hałasu.

– Mieszka teraz u mnie na plebanii. Na początku myślałem, że to mój kolega ze szkoły podstawowej. Poznałem go po rudej czuprynie. Ale jak mi pokazał legitymację, wiedziałem już na bank, że to Najwyższy. Polubiliśmy się od pierwszego wejrzenia. – Bóg powiedział mi też, co sądzi o hałasie. Był szczery aż do bólu.

– Jeszcze wczoraj gotów byłbym dokopać ludzkości za brak dbałości o porządek na ziemi, zanieczyszczenie lądów i oceanów plastikiem, jedzenie wyrzucane na śmietnik, hałas sprzeczny z zasadami przyrody, i inne świństwa, ale już tego nie zrobię. Wyłączyłem się i jestem szczęśliwy. Alleluja!

– To „Alleluja” mnie przekonało – kontynuował ksiądz kanonik. – Potem znowu popadłem w zwątpienie, kiedy mi powiedział:

– Daj mi wreszcie coś zjeść, bo jestem głodny jak wilk.

– Jego język mnie zdezorientował – zauważył kanonik. – Sam rzadko posługuję się takimi określeniami. Kiedy mu powiedziałem o porozumieniu Pasjonatów Ciszy i Producentów Hałasu, ucieszył się.

– Wreszcie poszliście po rozum do głowy. Potrzeba było wam na to kilka tysięcy lat cywilizacji, głuchoty i przytępionego słuchu milionów ludzi.

*****

W nocy Czyżykowi śnił się ogród. Udał się tam razem z wnuczkiem. Przeżyli tam przygodę. W ogrodzie panowała cisza, ale można było wyczuć niepokój. Po prostu wisiał w powietrzu. Źródłem niepokoju był symboliczny Hałas, dotknięty porozumieniem między Pasjonatami Ciszy i Producentami Hałasu.

– To tylko cisza przed burzą, którą wam zgotuję, jak tylko przestanie obowiązywać ta beznadziejna umowa między Producentami Hałasu i Pasjonatami Ciszy – Hałas zacisnął wielkie łapska, służące mu do ściskania brzucha w celu wydobycia z siebie dźwięków.

*****

W mieście nie było dobrze. Kolejarze mieli poważne problemy. Mimo, że obowiązywała powszechna cisza, pociągi jak dawniej łomotały na złączach szyn, zwłaszcza kiedy przejeżdżały po żelaznym moście. Obsługa pociągu osobowego numer 18 odjeżdżającego ze stacji Tajna na wschód postanowiła zmienić to raz na zawsze. Ustawili się na peronie w rzędzie i kolejno podchodzili do pociągu, aby smarować koła towotem. Co godzinę testowano, czy pociąg jeździ już cicho. Do połowy dnia nie zanotowano żadnych efektów.

Kolejarze nie załamywali się. Dodawali smaru do oliwiarek i kontynuowali pracę, zdecydowani zmiękczyć koła w ich żelaznym uporze. Po ośmiu godzinach wysiłku udało im się osiągnąć postęp. Koła zmiękły do tego stopnia, że nawet przy większej szybkości pociągu słychać było tylko szum wiatru.

Była to informacja jaka ukazała się następnego dnia, oczywiście nieprawdziwa. Kilka dni później wyszło na jaw, że na koła nałożono obręcze wykonane z materiału używanego do produkcji poszycia statków kosmicznych, odpornego na uderzanie, ścieranie i wysokie temperatury. Dostawę sfinansowała firma Cosmic Materials Inc., kiedy zorientowała się, że na świecie jest taka liczba pociągów, że na dostawach dla kolei zarobi tysiąc razy więcej niż zaopatrując kilka wielkich firm budujących statki kosmiczne. Potrzebę stosowania nowych rozwiązań dyktowały oczywiście warunki umowy zawartej między Pasjonatami Ciszy a Producentami Hałasu.

Problemem pozostał żelazny most. Kiedy koła nie wydawały już z siebie nieprzyjemnych dźwięków, on nadal huczał i to niezależnie od tego, co nim przejeżdżało: pociąg pancerny, lokomotywa i wagon z pieluchami dla niemowlaków, drezyna na drewnianych kołach wypełniona aseptycznymi maseczkami, czy też rowerzystka na specjalnym trójkołowcu z dwoma koszami grzybów z pobliskiego lasu.

– To wszystko jest bez sensu – pomyślał Izydor Czyżyk i udał się do kuchni, aby zrobić sobie drugą kawę. Tym razem wsypał do kawiarki sześć łyżeczek kawy. Jeszcze przed zapadnięciem ciszy ustalił drogą eksperymentów, że kawa wprawdzie nie poprawi mu słuchu ani mowy, ale nastraja go optymistycznie. Bardzo tego potrzebował, zwłaszcza kiedy świat jawił się mu niezrozumiały i okrutny. Złe myśli sprowadzały go wtedy na manowce, czarne i cuchnące grzechem bagna rozważań o zboczeniach, morderstwach i podpaleniach. W chwilach rozpaczy myślał nawet, czy by nie zostać idiotą, aby zachować stoicki spokój wobec niepokojących spraw tego świata, zwłaszcza zabójczego wirusa.

– Psychiczny upadek na głowę uchroniłby mnie przed myśleniem o samobójstwie.

Przez chwilę Izydor koncentrował uwagę na czworokącie „mocna kawa – okrutny świat – błogosławiony idiotyzm – niepotrzebne samobójstwo”, po czym wyszedł na balkon, aby sprawdzić, czy nie pojawiło się nowego.

Zdziwił się. Obok balkonu, na wyciągnięcie ręki, unosił się w powietrzu ptak. Trzepotał skrzydełkami jak koliber i w ogóle nie bał się człowieka. Był niebieskiego koloru jak electric sparrow w Australii. Tylko w ogonku miał kilka kolorowych dłuższych piórek, wyglądały jak doczepiona kitka. Izydor przyjrzał mu się i zauważył, że ptak macha skrzydełkami mechanicznie tylko w jedną stronę, jak helikopter śmigłem. Przyjrzał mu się jeszcze dokładniej. Była to zabawka, idealnie wykonana, pozorująca żywego ptaka, kolorowego i błyszczącego. Kiedy zastanawiał się, skąd tam się wzięła, na boczny balkon wyszedł sąsiad Izydora. Na imię miał Zdzisław, na nazwisko Hrabąszcz, przez samo H. Uważał, nie bez powodu, że to czyni go wyjątkowym. Okazało się, że koliber był podarunkiem od niego.

– Od dawna pragnąłem, Izydorze, zrobić panu przyjemność, czymś zaimponować, oderwać od smutnej rzeczywistości, która nas wszystkich gnębi. Miała to być niespodzianka i chyba mi się udało. Nabytku dokonałem na jarmarku w Radnicy, miejscowości, gdzie jest źródło uzdrawiającej świętej wody oraz dom wariatów przez nielicznych nazywany Zakładem Opieki Psychiatrycznej.

Mężczyźni wdali się w dyskusję.

– Nie wiem dlaczego ludzie nie wybierają prostszych nazw, bardziej przystających do rzeczywistości – stwierdził sąsiad. – Prawdopodobnie chodzi o tak zwaną polityczną poprawność. Nie rozumiem tego, ponieważ nie udało mi się dostrzec u żadnego zdrowego psychicznie człowieka zainteresowania polityką. O samym zawodzie polityka, posła i wysokich urzędników państwowych, osób politycznych z natury, nie wypowiadam się, ale wydają mi się podejrzani. Czy wie pan, drogi Izydorze, że jeden z nich chodzi regularnie na cmentarz. Mówi, że tam nachodzą go najciekawsze i najwartościowsze myśli. Wiem, jest to fakt niezbity, gotów jestem określić to dosadniej, a nawet pójść o zakład, że niektórzy politycy byli leczeni, będą leczeni lub po prostu wymagają leczenia w Radnicy. Zwiedzałem to miejsce. Mnie osobiście tam się nie podoba. Ściany Domu Pogodnego Nastroju są zjadliwie żółte, ten kolor źle mi się kojarzy, bo z żółtaczką. Nigdy nie kupiłbym kanarka w tym kolorze.

Dwie godziny później sprzed balkonu odleciał ptak. Wtedy zjawił się motyl. Było to dla Izydora zrozumiałe. Ptak był zagrożeniem dla motyla, choć ten był wielki jak piłka futbolowa. Izydor wyjaśnił to sąsiadowi, czując się zobowiązany odpłacić mu miłym zachowaniem za oryginalny upominek.

– Może przesadziłem z tym porównaniem motyla do piłki, bo dawno nie grałem w piłkę nożną, ale owad jest naprawdę duży i okrągły, kiedy porusza skrzydłami. Chodzi mi o krągłość dynamiczną, obejmującą tułów, łebek, ogon oraz kolorowe skrzydełka dodające powabu istocie żyjącej z ruchu na otwartej przestrzeni, gdzie panuje wolność i jest dużo tlenu.

*****

Wieczorem Izydor przed udaniem się spać przyjął lekarstwa. Coś musiał niedopatrzeć lub przyjąć za dużo, albo też wziąć nie te leki co trzeba, gdyż obudził się z potwornym bólem głowy dopiero trzy dni później. W ciągu tego krótkiego czasu kraj zmienił się nie do poznania. Cisza jeszcze bardziej się pogłębiła. Jeśli gdziekolwiek pojawił się hałas, natychmiast eliminowano jego źródło. Osoby wywołujące dźwięki surowo karano mandatami, przy większych przewinieniach więzieniem.

Cisza stała się najwyższą wartością, naczelnym dobrem kraju, imperatywem. Na kolorowym osiedlu zamieszkałym przez imigrantów z Ameryki Południowej, na budynkach wypisane były hasło: Silencio o Muerte, Cisza albo Śmierć. Oczywiście nikogo nie karano śmiercią, to było tylko wezwanie do śmiertelnie poważnego traktowania ciszy.

*****

Izydor zbadał sprawę. I co się okazało? W kraju nastąpił przewrót. Władzę objął generał artylerii Roto Tandem, który natychmiast sformował rząd autorytarny, przyznając sobie stanowisko premiera. Stanowiska prezydenta nie obsadzono. Nowy szef rządu był zaprzysiężonym wrogiem hałasu i miłośnikiem ciszy. Sam miał problemy zdrowotne, ale nie wierzył lekarzom. Nie miał do nich zaufania. Uważał, że jego armia doznała z ich strony wielu upokorzeń na polach bitewnych.

– Oni nie potrafili uratować nawet rannych żołnierzy mających organizmy ze stali, młode i potwornie silne. 

Kiedy lekarz wojskowy po kilku badaniach oświadczył generałowi, że stracił on słuch wskutek przewlekłych chorób ucha, chorób zakaźnych, chorób wysokogorączkowych, antybiotyków, urazów chemicznych, mechanicznych oraz psychicznych, pacjent z miejsca odrzucił diagnozę i więcej na ten temat z lekarzem nie rozmawiał. Swoimi poglądami podzielił się z członkami rządu stanowiącymi równocześnie sztab generalny sił zbrojnych kraju:

– Jestem głuchy bo popękały mi bębenki w bitwie pod Sukumi. Cóż ten pierdolony konował może wiedzieć o kanonadzie armatniej, kiedy nie tylko bębenki i trąbki Eustachiusza ale i głowy pękają od huku?!

Odc. 3

Po obiedzie Izydor wyszedł przejść się po Osiedlu Bezkresna. Nigdzie nie słyszał rodzimej mowy.

– Have you seen, by any chance, my mobile phone? – zapytał go szczupły rudzielec. Izydor znał go z widzenia; był to rozwoziciel pizzy latem w wolnych chwilach pomagający uciszać żaby na stawie osiedlowym. Zapytany o pracę, rudzielec wyjaśnił Izydorowi, że nie pracuje już przy uciszaniu żab, ponieważ po wejściu w życie porozumienia o ciszy wytępiono je całkowicie ze względu na uporczywe i głośne kumkanie.

Prawie wszyscy mówili już po angielsku. Nie wiadomo kiedy ten język zdominował kraj. Aby używać inne języki trzeba było wykupić pozwolenie zwane „permitem”. Miało ono postać karty magnetycznej, określającej dopuszczalną ilość przekazów w danym języku i czas jej ważności. Ilość przekazów obliczał specjalny chip umieszczony w karcie.

Rodzimym językiem mało kto chciał mówić. Uważano, że jest mniej precyzyjny i zbyt głośny, ponieważ zawiera zbyt wiele zgłosek warczących i syczących. Było to sprzeczne z przepisami o powszechnej ciszy. Język rodzimy stał się także niemodny. Jeśli ktoś wspomniał autora czy autorkę powieści, opowiadania, eseju czy poezji, od razu traktowano go jak erudytę. Erudyci zdarzali się jeszcze w środowiskach czytających literaturę piękną i rozumiejących jej treść. Na ogół ludzie komunikowali się ze sobą przez telefon. Nawet jak stali w odległości kilkunastu kroków, to zamiast zbliżyć się do siebie i porozmawiać patrząc sobie w oczy, rozmawiali przez telefon komórkowy.

– Dlaczego oni to robią? – Izydor zapytał mieszkańca osiedla, wzbudzającego zaufanie pełną twarzą, siwizną z zakolami łysiny oraz barczystą sylwetką. – Czuję się zagubiony w świecie tak dziwnej komunikacji.

– Tak jest łatwiej. Ja sam przystosowałem się bardzo szybko. Bez smartfonu nie wyobrażam sobie życia teraz. Nowe telefony pozwalają mówić bezgłośnie; czujnik przylegający do szyi wychwytuje głos wychodzący z krtani i przekształca go na bezgłośne fale odbierane przez drugą osobę już w formie słów trafiających bezpośrednio do ucha. Nawet w domu rozmawiam z rodziną przez telefon komórkowy. Korzyść jest taka, że kiedy odwrócę się plecami do rozmówcy, albo on do mnie, to nikt z nas tego nie widzi i nie nazywamy się nawzajem impertynentami. Przyzwyczaiłem się już do tego. Myślę, w przyszłości każdy będzie mieć miniaturowy telefon wszczepiony w ramię lub umieszczony w głowie w postaci chipu.

Powszechnie stosowano też skróty słowne i myślowe. Każda większa grupa zawodowa miała własny slang. Jego celem było oszczędne używanie słów, wydawanie z siebie jak najmniejszej ilości dźwięków. Na każdym kroku Izydor widział przypomnienia i dowody, że cisza jest dobrem narodowym, powszechnym priorytetem a nawet warunkiem zamieszkania w kraju.

*****

Wieczorem nad balkon Izydora nadleciało stadko dronów. Były tak małe, że dzieci nazywały je dronikami. Stado było liczne, w powietrzu zrobiło się gęsto. Drony były napędzane silnikami elektrycznymi najnowszej generacji, nie emitującymi dźwięków. Izydorowi przypominały wyglądem i zachowaniem miniaturowy cyrk. Porównał je do mimów i klownów. Niektóre z nich były kolorowe, niektóre kropkowane i wygrywały melodyjki. Izydor łatwo rozeznał, które były japońskie, a które południowokoreańskie. Te pierwsze miały w pyszczkach kwitnące gałązki wiśni, te drugie mikroskopijną flagę swojego kraju. Innych dronów było bardzo mało. Wszystkie okazy błyskały małymi oczkami na nanotechnicznych szypułkach.

– Same miniaturki. – Pomyślał Izydor. Wychylił się za poręcz balkonu i usiłował schwytać jednego za nóżkę, ale dronik uszczypnął go boleśnie w palec. Izydor poczuł to jak zastrzyk elektryczności. Szczypnięcie wywołało reakcję w tej część mózgu, gdzie znajduje się motywacja, wola i pragnienie. Odeszła go chęć łapania czegokolwiek.

Zrobiło się ciemno. Izydor wrócił do pokoju, zaciągnął story w oknach i zajął się porządkowaniem rzeczy na biurku. Kiedy się z tym uporał, podniósł zasłonę w oknie i popatrzył na zewnątrz. Świata już nie było. Po prostu znikł, wyniósł się, jakby zdenerwował się na ciszę, dzwoniącą o tej porze w uszach silniej niż w ciągu dnia. Izydor domyślił się, że świat wróci dopiero o brzasku, którego początek był regulowany globalnie podobnie jak pogoda. Zrozumiał, że dopiero wtedy świat pojawi się w pełni chwały oświetlony promieniami słońca dobiegającymi zza lasku brzozowego, prymitywnej monokultury przyrodniczej, położonej od wschodniej strony Osiedla Bezkresna.

Była to zapowiedź kolejnego dnia ciszy. Izydor lubił ciszę, idealnie współgrała z jego głuchotą. Męczyło go tylko jedno: brak przekonującej definicji ciszy. Powoli stawało się to jego obsesją, psującą radość płynącą z powszechnego milczenia ludzi i wytworów ich cywilizacji.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 18 04 2020

0Shares

Wirus i sukcesja. Opowiadanie. Odc. 1 – 19.

Wydarzenia ostatnich miesięcy skłoniły mnie do pisania opowiadania odzwierciedlającego rzeczywistość, a przy okazji pokazania fikcji, jaka rozgrywa się równolegle do faktów. Po głowie chodzą mi scenariusze, w jakim kierunku zmierza rzeczywistość. Myślę o pisaniu tego opowiadania jako ciągu kolejnych odcinków.

Odc. 1

Wirus YZ przewrócił ludziom w głowie, pozmieniał myśli i zdeformował wyobrażenia. Nie od razu oczywiście. Pierwsze dni minęły bez większych sensacji, odpływając w przeszłość spokojnie niczym oliwa z przechylonej butelki. Mało kto je zapamiętał. Zaplątani w sieci codziennego życia ludzie żyli obowiązkami: dom, dzieci, samochód lub autobus, praca, zakupy, gotowanie, sprzątanie, wyprowadzanie psa, łóżko. Czasem przeżywali jakąś drobną pieszczotę lub przekleństwo w zależności od tego, jak im się ułożyło.

Minister zdrowia ogłosił w telewizji pierwszy przypadek zakażenia wirusem YZ. Oczekiwano, że to nastąpi prędzej czy później, nie wiadomo było tylko kiedy, dokładnie gdzie i ile osób będzie dotkniętych tym nieszczęściem. Telewidzowie odetchnęli z ulgą; zakażonymi okazali się ludzie obcy. Nikt o nich wcześniej nie słyszał. Przeżywanie  nieszczęścia człowieka, którego się nie zna, mniej boli albo nie boli w ogóle. 

– Choroba wirusowa w rodzinie to co innego. – Mówili z przekonaniem. Wielu im potakiwało. 

Po pięciu dniach – trochę mniej, trochę więcej, jaka to różnica – pojawiła się w społeczeństwie niepewność. Przyczyną była niepomyślna informacja. Ktoś rozpuścił w Internecie i ludzie zaczęli to powtarzać, że wirus najpierw atakuje głowę.

– Ludzie głupieją. Nie wszyscy oczywiście. I nie w jednakowym stopniu – pocieszano się. Faktem było, że od czasu zwrócenia uwagi na to zjawisko, dało się dostrzec coraz więcej dziwnych zachowań. Ludzi zaczęli przyglądać się sobie nawzajem. 

Alfero Cantora, „Nieszczęsny Włoch”, jak nazywał sam siebie, też nie wiedział, co o tym sądzić. Inni myśleli podobnie. 

– Czy ten wirus to coś poważnego? – Zadawano pytania, rozglądając się na boki, jakby niebezpieczeństwo czaiło się gdzieś w kącie. Bardziej rzutcy obywatele wysyłali petycje o więcej informacji, najbardziej agresywni ostrzegali władze: – Lepiej nas nie straszcie!

Zanim rząd zdążył udzielić odpowiedzi, zjawiła się śmierć. Był to początek nowego etapu w historii wirusa, społeczeństwa i rządu. Zmarła kobieta i mężczyzna, małżeństwo w wieku wyższym niż średni.

– Zarazili się od siebie tylko dlatego, że trzymali się za ręce, kiedy jeździli na nartach. Żadnych bliższych kontaktów – wyjaśniali sąsiedzi, którzy ich dobrze znali. – To było straszne. Patrzyliśmy na nich z bliska. Na początku nieznaczna gorączka, uczucie duszności, potem wymioty, drgawki i koniec.

W ciągu kilku dni statystyki zgonów znacznie wzrosły. Najpierw było to kilkanaście, wkrótce potem kilkadziesiąt osób. Rząd, dotychczas niedostrzegający lub bagatelizujący, co działo się w innych krajach, nagle się obudził.

– Ten wirus to znacznie poważniejsza sprawa niż sobie myślałem – zagaił premier Chudy otwierając posiedzenie gabinetu poświęcone sytuacji w kraju. Musimy wziąć to sobie do serca, bo inaczej może być z nami źle. Mam nadzieję, że wiecie, o co mi chodzi.

Nie musiał więcej wyjaśniać, bo wszyscy ministrowie wiedzieli, co szef rządu miał na myśli. Popatrzyli po sobie i odpowiedzieli jednym głosem:

– Chodzi o naszą przyszłość, naszą władzę, nasz dobrobyt.

Na posiedzeniu podjęto pierwsze kroki przeciwdziałania wirusowi. Przede wszystkim ustalono, że członkowie rządu będą przybierać poważniejszy wyrazy twarzy w trakcie wystąpień publicznych.

Najgorzej było z ministrem spraw wewnętrznych; na pierwszym wystąpieniu publicznym razem z premierem i ministrem zdrowia wyglądał smutniej niż grabarz w dniu potrójnego pogrzebu.

Premier zapytał go przyczynę i upomniał.

– Nie możesz siać defetyzmu swoją twarzą. Ludziom może ona paść na umysł, a my musimy dobrze się kojarzyć. Nadchodzą ważne wybory i musimy ich do tego przygotować, wirus nie wirus. Nie może on być powodem, abyśmy cały czas byli smutni. Sprzedajemy dobre pomysły na życie, a nie trumny.

Monit premiera zapadł ministrowi w serce. Myślał, jakby się zmienić.

Rząd zdopingował się i częściej organizował odprawy w telewizji na temat wirusa YZ. Premier i ministrowie podawali i pokazywali liczby, mówili i przekonywali, ostrzegali i pocieszali.

– Przede wszystkim musimy myć ręce. Będziemy wam o tym przypominać. Jak na razie, to stoimy nieźle w rodzinie europejskiej. Jesteśmy nawet lepsi od innych – mówiąc to premier wypiął pierś do przodu. Guzik odpadł mu na wysokości serca. Nie przejął się tym, strzepnął tylko nitkę, aby spokojnie kontynuować.

– Nigdy nie był atletą, ale to dzielny człowiek – chwalili go zwolennicy rządu.

Minister zdrowia pokazał statystyki. Okazało się, że najstarsi obywatele mrą jak komary w upale pustynnym. Porównanie podobało się, statystyka nie. Prezentacje rządowe robiły coraz większe wrażenie. Obywatele zaczęli odczuwać strach; coraz mniej rozumieli z tego, dokąd to zmierza.

– Nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ wielu z nas umie tylko mówić przez telefon, mało czyta, a nawet jak czyta, to mało rozumie. – wyjaśnił w telewizji socjolog. Nazywał się Jan Humana i rozumiał więcej niż inni, co się dzieje na świecie.

Ludzie mało czytający okazali się najszczęśliwsi. Przynajmniej na początku, Spotykali się, klepali po plecach, całowali. To wśród nich pojawiły się kolejne ofiary.

– Los, ślepy los, który podobno nie umie pisać ani czytać, mści się na swoich – Myślał ze współczuciem Alfero Cantora.

Rząd nie mógł sobie pozwolić na dalszą zwłokę. Ogłosił alarm antywirusowy. Odbyło się to głośno, wszyscy usłyszeli fanfary. Od tego dnia premier Chudy i najbliżsi ministrowie, uroczyście ubrani w ciemne garnitury, spotykali się codziennie z narodem przed kamerami telewizji, aby informować, co, ile, gdzie, kto i kiedy. Ponowiono zalecenia. Myć ręce. Kilka razy dziennie.

– Jak myć? – pytano, skoro w sklepach i aptekach nie ma środków do dezynfekcji, mycia, kąpieli, a czasem nawet płynu do płukania zębów.

– Wiemy o tym, zapewniał premier, i czuwamy nad tym. Szukamy dostawców, wyznaczyliśmy dwóch producentów. Jeden z nich to wielka firma państwowa. Mamy tam swoich ludzi. To daje nam pewność, że wszystko pójdzie dobrze, bo to ludzie dobrze opłacani.

Mało kto go słuchał i zastanawiał się, dlaczego powierzono produkcję środków antyseptycznych i czyszczących tylko dwom firmom, a nie tysiącu. Ludzi interesowały inne ważne sprawy.

– Jak się witać? – pytano. – A co z tymi, którzy mają protezę zamiast ręki.

Sprawa była poważna. Obywatele coraz tłumniej zbierający przed telewizorami czekali na odpowiedź. Tego dnia wszyscy patrzyli na minister kultury, dużą, postawną, powolną w ruchach kobietę z lekkim wąsem pod solidnym nosem. Minister zastanowiła się, zanim udzieliła odpowiedzi.

– Łokciami – wyjaśniła. – Ale nie obydwoma, tylko jednym.

– Podejdź do mnie – mrugnęła do ministra spraw wewnętrznych. Jak zwykle miał smutną twarz. Miał powody. Ktoś na Twitterze użył wobec niego określenia, że został obłaskawiony przez prezydenta, aby uzyskać spokój ducha. Nieco zdezorientowany podszedł do minister. Ta trąciła go łokciem w łokieć.

– Tak należy się witać – powiedziała do kamery z zachęcającym uśmiechem.

Ludziom się to podobało. Próbowali przed telewizorami. Minister kultury dłuższą chwilę myślała – jak to miała we zwyczaju, aby nie chlapnąć czegoś niepotrzebnego – po czym zapowiedziała:

– Opracujemy nowy protokół antywirusowego savoir-vivre. Jak się witać, jak żegnać, jak porozumiewać się bez słów i jak oddychać, aby nie wchłonąć wirusa. Nasz rząd dba o obywatela. Nie zapominajcie o tym – zachęciła na zakończenie. 

Odc. 2

Sprawę zagrożenia wirusem YZ ktoś musiał niepotrzebnie rozdmuchać, bo w sklepach zabrakło wszystkiego, co niezbędne do życia. Przede wszystkim artykułów spożywczych.

– Jest źle, będzie jeszcze gorzej – przekazywano sobie komunikat z ust do ust.

Panika ruszyła ulicami. Po południu tłum pchał się drzwiami i oknami do sklepów i magazynów. W nocy nastąpiły pierwsze włamania. Brano, co kto mógł. Domy pęczniały, sklepy pustoszały, tylko Wirus YZ pozostał niewzruszony.

– Jaka może być przyczyna tak szybkiego upowszechniania się go? I dlaczego atakuje on w przede wszystkim głowę? – pytali obywatele.

Dyskusje toczyły się wszędzie, w domach, w telewizji, na ulicy. Każdy wysilał umysł, aby swoim tłumaczeniem przyczynić się do poprawy wiedzy o wirusie. Najprostsze wyjaśnienie oferowały starsze kobiety na rynku. 

– Winni są obcokrajowcy, te diabły wcielone. To oni przywlekli go z Afryki. Ten potwór jest zupełnie niepodobny do innych wirusów i bakterii. Jest kompletnie dziki. Zjada ciało zanim zauważysz, że je w ogóle miałaś.

Blady strach, jaki już wcześniej padł na naród, stał się wyraźniejszy. Sytuacja ulegała pogorszeniu. W sklepach półki straszyły pustką. Ekspedientki chowały się za ladą z obawy przed klientami, gotowymi wyładować na nich gniew na brak towaru, panoszenie się wirusa, złe samopoczucie czy nawet problemy rodzinne. Wirus stał się okazją, aby brać odwet za wszystko. Także na rządzie za to, który nie potrafił spowolnić jego przenikania do kraju.

Korzystniejsza była tylko sytuacja prezydenta. Przerwał kampanię wyborczą, aby dwojąc się i trojąc, na wiecach, spotkaniach i konferencjach, dawać ludziom dobre rady, namawiać do wstrzemięźliwości towarzyskiej. Na spotkania prezydent Lambrekin przyjeżdżał w polowym mundurze generalskim, wyglądał i przemawiał bardzo oficjalnie i przekonywująco.

– Myjcie ręce – nawoływał. To było jego stałe zawołanie.

Na spotkania z nim tłumnie stawiali się strażacy, gospodynie wiejskie, rolnicy i zespoły ludowe, ludzie spragnieni symboli władzy. Widzieli w nim majestat.

– Za mundurem panny sznurem – wzdychały starsze niewiasty patrząc z uwielbieniem na rumianą twarz prezydenta.

Jego przeciwnicy twierdzili, że wzywa ludzi do pozostawania w domu, ale sam gromadzi tłumy, narażając je na ryzyko zarażenia się wirusem. Mówili także o stałej obecności przy nim kolumny sanitarnej z lekarzami dyżurnymi, oraz o rezerwacji łóżek w szpitalu zakaźnym w pobliżu miejsc jego spotkań.

Słysząc takie oskarżenia prezydent wydymał usta i dumnie odpowiadał.

– Bylem, jestem i będę patriotą. Gotów jestem poświęcić życie dla mojej ojczyzny. Tam, gdzie chodzi o miłość do ojczyzny, koszt nie gra roli.

Nastał piątek. Dzień jak dzień, o tyle odmienny od poprzednich dni tygodnia, że zapowiedziano mróz nocą. Alfero Cantora, mężczyzna z poczuciem nieszczęścia osobistego, jak siebie nazywał, przeklinając dzień swoich urodzin i księdza, który nadal mu imię,  poszukiwał spirytusu do odkażania. W piątek odwiedził wszystkie sklepy alkoholowe i inne, gdziekolwiek w oknie wystawowym widać było obraz butelki, kapsla, nakrętki lub napis „Alkohol”. Nigdzie nie było spirytusu. W ostatnim sklepie alkoholowym, wielkim jak hala fabryczna, zapytał sprzedawcę:

– Kiedy będzie najbliższa dostawa spirytusu?

– Nie mam pojęcia. Nic nam nie mówią. Są braki w hurtowniach. To artykuł pierwszej potrzeby – wyjaśnienia sprzedawcy brzmiały jak reklama.

Po odwiedzeniu dwóch sklepów z alkoholem, Cantora udał się do piekarni przy ulicy Łowieckiej. Była godzina dwunasta w południe. Mimo nieudanych prób zakupu spirytusu, był nastawiony pozytywnie, że przynajmniej kupi coś rodzinie na pocieszenie.

W sklepie panowały pustki, nie licząc osamotnionych czterdziestu pszennych bułeczek dowiezionych kilka minut wcześniej. W bród było tylko ciastek i ciast, pierniczków, faworków i podobnych wyrobów.

Alfero patrzył na półki z wyrobami cukierniczymi. Przed oczami stanął mu napis „Cukrzyca”, zaraz potem wyświetlił mu się w głowie obraz gangreny i operacja amputacji nogi. Dwie ekspedientki patrzyły na niego z niepewnością na twarzy. Wzrokiem uciekały w bok w kierunku bocznych drzwi.

Mężczyzna otworzył usta, aby wylać z siebie uczucia niedowierzania, niepewności i zawodu.

– To wy za to odpowiadacie. Tu nie ma niczego oprócz ciastek, czyli cukru, mąki i niezdrowego oleju palmowego. Powiem szczerze. Jestem spokojnym człowiekiem, ale wrócę jutro i jeśli nadal nie będzie chleba na półkach, to wyciągnę was zza lady i …  nie wiem, co zrobię.

Po wyjściu ze sklepu zatrzymał się, rozpiął kurtkę pod szyją, aby przewiał go chłodny wiatr. Musiał ochłonąć. Zastanawiał się, co się z nim dzieje.

– Jestem chyba nienormalny! Ten amok jest naprawdę zaraźliwy.

Obiecał sobie kontrolować swoje zachowanie, nie dać się sprowokować brakiem towaru do sklepie. Po wyjściu ze sklepu piekarniczego skierował się do sklepu mięsnego. Miał kupić kawałek świeżego mięsa. Przed wejściem przypomniał sobie polecenie:

– Indyk, wołowina, wieprzowina … Cokolwiek, byle nie wędlina czy kurczak.

W sklepie przy ulicy Łowieckiej półki były puste, tylko pod szkłem szerokiej lady chłodniczej widać było kilka wędlin w kolorze filetowym. Pod ścianą stały bezczynnie trzy czarno ubrane ekspedientki.

– Dlaczego panie są ubrane na czarno? Nie obchodzimy przecież dnia żałoby czy klęski narodowej – Cantora odezwał się pojednawczo.

– Czarno widzimy przyszłość. I nie jest żart. Po trzech dniach szturmu na sklep padamy z nóg ze zmęczenia. Ludzie oszaleli i kupują wszystko, co tylko mamy. Widzi pan sam, że nie mamy już prawie nic do zaoferowania.

– A co będzie jutro?

– Otwieramy sklep o godzinie siódmej trzydzieści. Jeśli przyjdzie pan o tej godzinie i będzie mieć pan szczęście, to może uda się panu coś kupić, bo będzie kolejka.

Ekspedientka nachyliła się w kierunku klienta i dodała poufnie:

– Klienci zachowują się jak szarańcza! Widzi pan tych ludzi. Niby tacy normalni a kupują wszystko na pniu, bez zastanowienia. Niektórzy to nawet zaczynają jeść wędlinę w sklepie, jakby bali się, że ktoś im ją odbierze w drodze do domu. Ten cholerny wirus wszystkim pomieszał zmysły!

Odc. 3

Alfero wstał o świcie, aby udać się na zakupy. Na dworze panowała cisza. Każdego dnia jest coraz głębsza – pomyślał. Poprzedniego dnia pojawiła się pogłoska jakoby służby oczyszczania miasta wysyłały swoje śmieciarki po to, aby robiły hałas i utrzymywały ludzi w przekonaniu, że cisza jest złudna bo wszystko jest w porządku. W drodze po zakupy Alfero wyobraził sobie sceny głodu, same wyskakiwały mu przed oczy.

W nocy spadł śnieg, na chodniku i na ulicy leżała warstwa około trzech milimetrów.

– Utrzymuje się, bo zimno. Temperatura przy ziemi jest poniżej zera – pomyślał Alfero.

Z osiedla „Rześkie Powietrze” wyjechał traktor z pługiem śnieżnym. Alfero odnotował ten fakt w pamięci.

– Będzie chyba zbierać śnieg na pamiątkę. Każdemu mieszkańcowi osiedla po garści śniegu. Niech pamiętają, że była zima.

W sklepie mięsnym przy ulicy Łowieckiej, gdzie pracują kobiety w czerni, Alfero kupił udziec indyka. Przypomniał sobie, że żona coś mu mówiła o piersiach indyczych. Kupił więc drugi kawałek mięsa.

W drodze powrotnej sprawdził, gdzie można kupić spirytus. Nigdzie. W osiedlowym sklepie alkoholowym zapytał, dlaczego nie ma spirytusu.

– Tak chciałbym się napić – wyjaśnił. Świadomie mówił teraz częściej jakby lekceważąco, dla rozładowania narastającego napięcia.

Ekspedientka, młoda ciemnooka kobieta z kokardą we włosach i dojrzałym uśmiechu na twarzy, odpowiedziała.

– Podobno ziemniaki wymarły.

– A zboże? – pyta Alfero.

– Myszy zjadły. A to, co zostało, zatruły własnym wirusem. Żeby ludzie nie mieli. Podobnie jak my one kierują się przysłowiem „Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie”. Myszy też mają własny rozum, chociaż malutki.

– Malutkie rozumy to nie tylko myszy mają – z przekonaniem wyjaśnił Alfero. – To jest coś, co łączy nasz gatunek z niżej stojącymi gatunkami zwierząt. Na przykład, i my i one, znaczy się zwierzęta, jesteśmy atakowani przez wirusy.

Oboje zaśmiali się ostrożnie, bo nie wiadomo, do czego to wszystko zmierza, włącznie z poczuciem humoru.

Następnym etapem porannej wędrówki Alfero była apteka. Przed apteką stały cztery osoby. Dwie z nich, mężczyzna i kobieta, trzymały się za ręce.

– Wyraz solidarności w obliczu nieszczęścia – pomyślał Alfero. Postanawia nie myśleć o wirusie. 

Czekał na wejście do apteki. To jego ulubiona apteka. Zna wszystkie farmaceutki, a one znają jego. Ma to praktyczne znaczenie. Teraz, kiedy lekarka rodzinna wystawia receptę z dużą ilością leków, dla niego lub dla żony, bierze tylko część leków i zostawia receptę w aptece. Jest to konieczne także dlatego, że najczęściej apteka musi zamówić leki w hurtowni.  Na stanie ma zazwyczaj nie więcej niż kilka opakowań. Czekając na swoją kolejkę, przypomniał sobie, co jest ważne: zapisać sobie numer recepty oraz dzień, kiedy ją realizuje. To ważne, w razie potrzeby aptekarka może szybko odszukać receptę. Sam numer czy nazwisko nie wystarczą. 

W aptece widać zmiany i ograniczenia. Wzdłuż lady w odległości jednego metra biegnie szeroka niebieska linia. Aptekarki mają na sobie maseczki. Wyglądają jak laborantki.

– Czy są już środki antyseptyczne, płyn do mycia rąk, chusteczki i maseczki ochronne na twarz – Alfero zadaje to pytanie od ponad tygodnia.

– Nie ma.

– A kiedy będą. Tak z grubsza, w przybliżeniu.

– Nie wiemy. Premier Chudy mówił w telewizji, że jest dobre zaopatrzenie aptek, ale nie mówił o naszej.

Alfero nie lubi premiera bo nie zawsze mówił prawdę. Kiedy ją mówił, to zdarzało mu się niedopowiedzieć czegoś albo odpowiedzieć na okrągło. Na pytanie na ile dni wystarczy oddziałom zakaźnym sprzętu antyseptycznego, kombinezonów, maseczek, okularów i obuwia, premier odpowiedział: 

– Rządowe Biuro Rezerw Materiałowych intensywnie gromadzi to wszystko, aby niczego nie zabrakło. 

Odc. 4

Kiedy podejmował pieniądze w bankomacie koło supermarketu „Coccinella”, tuż obok, przed sklepem mięsnym, stała już kolejka. Nigdy nie była taka długa. Z ciekawości Alfero policzył czekających; dwadzieścia pięć osób. Wszyscy stali i gapili się bezmyślnie w przestrzeń z wyjątkiem trzech osób patrzących w smartfon. Nikt nie miał książki w ręku.

– Bo i po co? – Pytały ich niewidzące oczy i nieme twarze. Czy my czytać nie umiemy? – literacko wyobraził sobie scenę Alfero.

Kiedy sam musiał gdzieś czekać, był na to przygotowany, zawsze miał książkę ze sobą, w plecaku lub w torbie na zakupy. Dla niego czas czekania nigdy nie był stracony ani bezwartościowy. Kiedykolwiek myślał o tym, ile jest cudownych książek do przeczytania, włos mu się jeżył z rozpaczy, że nie zdąży tego zrobić. W kolejkach nadrabiał zaległości lektury. Czas oczekiwania wzbogacał jego życie. Sens życia widział w znaczącym jego przeżywaniu; czytanie czegoś wartościowego było znaczące, bezmyślne oczekiwanie – nie. Był apodyktyczny w tym względzie.

Życie kraju skupiło się wokół jednego punktu. Nic nie dyktowało rytmu życia jednostki i społeczeństwa bardziej niż Wirus YZ. Wszyscy o nim myśleli i mówili. Jego nieustępliwa ekspansja wywoływała masę informacji w mediach publicznych. Ujawniały one rozmiar ludzkich możliwości intelektualnych, od mądrości i rozwagi do głupoty i bezmyślności, od spraw ważnych do banalnych. Informacje nie płynęły równymi, dającymi się wyodrębnić strumieniami, lecz wpadały na siebie, kołowały, pędziły i zawracały, mieszając się ze sobą. Przekazy były tak skonstruowane, że często nie było wiadome, co jest prawdą a co zmyśleniem, półprawdą, ćwierćprawdą czy też prawdą niekompletną jak człowiek bez nogi, ręki lub ucha.

– Nie sposób połapać się w tym galimatiasie. Świat kołowacieje, goni jak pies za swoim ogonem – Alfero myślał o narastającym gubieniu się człowieka w wytworach własnej cywilizacji. To tylko umacniało jego determinację utrzymania się na powierzchni. 

Wieczorem w telewizji gruby rolnik z oczami wygłodniałego lisa i policzkami przekarmionego wieprzka z przejęciem opowiadał, wyobrażając sobie przyszłość, jak to pod wpływem mutującego Wirusa YZ z farm hodowlanych i gospodarstw rolnych masowo uciekają indyki, bażanty, kury, kaczki i inne ptactwo.

– Za nimi pędzi grubsza zwierzyna, krowy, świnie, konie i owce. Na miejscu pozostają tylko kozy; są odporne na wszystko. W okresach powszechnego głodu koza przeżyje karmiąc się suchą trawą, kolczastymi badylami a nawet papierem. 

– Pędzimy do lasu. Nie chcemy iść na przerób przez człowieka lub wirusa – takie komunikaty wysyłają uciekające zwierzęta – zakończył grubas.

Czy jest to prawdą, co mówi wiejski tłuścioch odnośnie przyszłości, nie jest pewne. Chyba raczej nie, choć nikt nie wie, co rzeczywiście przyniesie przyszłość. Ze zwierzętami jednak też jest coś nie w porządku. Nikt nie jest pewny, czy nie jest to wpływ Wirusa YZ – podsumował Alfero.

Przechodząc koło przystanku autobusowego Alfero zatrzymał się, aby popatrzeć na rozkład jazdy. Uczynił to odruchowo, z ciekawości, czy w czasie kryzysu jeździ znacznie mniej autobusów. Kilka kroków dalej, w bezpiecznej odległości od niego, stały dwie młode kobiety i rozmawiały. Zaczął je słuchać, ich rozmowa wydała mu się ciekawa.

– Dzisiaj psy też się leczą, proszę pani. Ja ze swoim Reksem chodziłam kiedyś do weterynarza, bo pies nie miał siły biegać, był apatyczny, nie chciał jeść. Okazało się, że miał depresję. Poszłam z nim wtedy do psychologa zwierząt i ten stwierdził, że pies musi zmienić swoje nawyki spania, jedzenia, ruchu, spacerów. Skierował mnie do behawiorysty zwierzęcego. Była to kobieta, bardzo miła zresztą. Siedziałam sobie w poczekalni, kiedy usłyszałam hałas. Jak się okazało mój Rex dostał szału. Behawiorystka nie miała pojęcia dlaczego. Mówiła tylko, że sama źle się czuje i może to udzieliło się psu. Teraz Reks chodzi już ze mną do innej behawiorystki. Dużo z nim rozmawia. Ja mogę stać obok i nic z tego nie rozumiem. Kiedy Rex wychodzi z jej gabinetu, jest bardzo zadowolony. Merda ogonem, chce mnie lizać, jakby w podziękowaniu za to, co dla niego robię. Tak sobie myślę, że dzisiaj jest łatwiej o porozumienie zwierzęcia z człowiekiem, niż człowieka z człowiekiem.

Wieczorem Alfero rozmawiał telefonicznie z przyjacielem. Spotkali się po wielu latach zagubienia w dżungli życia, która tylko wydaje się być miłą równiną pokrytą domkami, ogródkami, ulicami oraz kolorowymi fragmentami pól i lasów zdobnych wstążkami rzek i kotylionami jezior. Poruszali sprawy bieżące związane z nieszczęściem, jakie spadło na świat i kraj: malejące zatrudnienie, lawinowo rosnące problemy gospodarcze, nakazy i zakazy, co robić a czego nie robić, aby ochronić się przed wirusem.

W telewizji dominował zwarty front władzy. Premier Chudy, MinZdro, którego nazwiska nikt nie pamiętał, tak silnie kojarzyło się ze szpitalem, oraz prezydent Lambrekin, zgodnie głosili, że trzeba myć ręce i nie gromadzić się.

– To podstawa wszystkiego – przekonywali. Bez tego jesteśmy jak śnięta ryba na pustyni; leży sobie wygodnie w ciepłym piachu ale nie ma czym zaspokoić pragnienia.

Rząd wprowadził zakaz organizowania zgromadzeń, stanowiących niezdrowy choć naturalny odruch stadny u ludzi, wyższej ewolucyjnej formy rozwoju zwierząt. Z polecenia rządu zamykano wszystko, co ma drzwi i zamek lub kłódkę.

Prezydent Lambrekin – nie była to jego jedyna identyfikacja, bo różnie go nazywano, także Adadu – też to mówił, z tym, że wbrew własnym słowom sam organizował spotkania z ludźmi, aby ich przekonywać, że bez niego padną z głodu i pragnienia. Robiono mu z tego tytułu zarzuty. Nawet jego własne otoczenie zwracało mu na to uwagę.

– Wiem, że tłumaczę obywatelom, aby się nie gromadzili się w jednym miejscu, ale ja tak bardzo lubię przemawiać. Podnieca mnie to, co mówię i jak mówię. Usta mi się wtedy układają jak do pocałunku i czuję, jak się unoszę w górę. Ludzie mnie oklaskują, cokolwiek nie powiem. Kiedyś mówiłem o żarówce, coś mnie wtedy strzeliło, chyba było ciemno, i to się bardzo podobało ludziom. W dobrym stylu jest być krytycznym, wytykać błędy innym, wyzywać oponentów od łajdaków, zachęcać i gromić. Ja to robię właśnie na spotkaniach i słupki mi rosną. Czy chcielibyście, abym odszedł i abyście wy stracili pracę i przywileje? – zwrócił się go otaczających go ludzi. 

– Ależ nigdy, panie prezydencie! – krzyczeli. – Pan jest najlepszy. Nikt tak nie przewodzi narodowi jak pan! Jest pan wzorem dla nas wszystkich! Reprezentuje pan cały naród, a nie tylko partię rządzącą. Pan tu o wszystkim decyduje!

Po ostatnim zdaniu prezydent Lambrekin przerwał strumień zachwytów. Uznał, że ludzie przesadzają.

– To było niesmaczne – poskarżył się żonie po zakończonym spotkaniu.

Odc. 5

Zgodnie z oficjalnymi rozporządzeniami dotyczącymi Wirusa YZ Alfero pozostał w domu. Serce w nim skowyczało z żalu, ale postanowił trzymać je na wodzy. Znając swoje niezdyscyplinowanie założył sobie munsztuk i cugle. Obejrzał się w lustrze. Nie wyglądało to najlepiej, postanowił jednak nie załamywać się.

– Najważniejsze to skutecznie kierować sobą – zanucił starą jak świat pieśń, do której słowa napisał podobno filozof Seneka. Przerwał, jak tylko przypomniał sobie, że głos ma marniejszy od pijanej orki.

Nie mając nic lepszego do roboty, rozpoczął pisanie pamiętnika. Pisze na luzie, tak jak czuje się większość ludzi w schronach domowych, w poczuciu bezpieczeństwa czterech ścian, kuchni i ubikacji. Samotność i izolacja wpływają pozytywnie również na jego psychikę. Nie czuje się podminowany. Po pokonaniu pierwszych wątpliwości, jest czy nie jest więźniem, nie męczy go niemożność wyjścia na zewnątrz i rzucania kamieniami w psy i koty. Brak ruchu fizycznego nadrabia obserwując, co dzieje się w kraju i na świecie. Notuje swoje obserwacje.

Wniosek pierwszy: sytuacja jest dynamiczna jak na froncie, znaczy się wybuchowa. Ludzi coraz mocniej ogarnia amok, pojawiła się aberracja, życie staje się abstrakcją. Jest w nim coraz więcej sztuki, wręcz artyzmu. Rzecz w tym, że wirus wkręcił się w tryby wszystkiego, czym zajmowała się dotąd cywilizacja ludzka. W psychice, najbardziej zaniedbanej z dziedzin ludzkich zainteresowań, wirus naprawia wszystko co można, czyni to tym intensywniej, im bardziej była ona zwichrowana wcześniej.

Jest masa faktów do przeanalizowania.

Alfero analizy przeprowadza sam, czasem konsultuje ze specjalistami. Jednego odkrył niedawno. To kolega ze studiów nad istotą młodzieńczego życia z akademikiem i tanią stołówką. Teraz jest mistrzem obserwacji, specjalistą od interpretacji historii. Trzeźwość jego spojrzenia jest imponująca, przebija z łatwością mury wątpliwości, odsłania żywą prawdę.

Z historii przyjaciel ma czarny pas. Wisi na ścianie w salonie.

– Używam go tylko wtedy, kiedy mi spodnie spadają – mówi.

Oczywiście żartuje, co trzeba wyjaśnić, aby nie było wątpliwości w czasach, kiedy żart staniał. Właściwie to nikt nie chce go kupować a nawet brać bezpłatnie. Trzeba go wciskać ludziom siłą, tacy stali się poważni.

Alfero też stara się żartować, ale idzie mu nie najlepiej. Zauważył, że ludzie stracili poczucie humoru. Dobitnym przykładem jest przedwcześnie posiwiały staruszek ukazujący się w telewizji z okazji świąt narodowych i podobnych okazji, czasem bez przyczyny. To osoba czcigodna i natchniona, prowadzi wykłady na temat „W jakim kierunku należy rozwijać władzę”.

W żartach najlepszy jest prezydent Lambrekin zwany też Ubu. Różnie go nazywają. Przeważnie krótkie, czteroliterowe wyrazy, poręczne i łatwe do zapamiętania. Jego najlepszy żart jest o ludożercach, którzy zjedli pasażerów z rozbitego samolotu. Wysoko postawiony uczony, któremu Lambrekin opowiedział żart publicznie, dostał zawału serca, kiedy dowiedział się, że tylko jego ludożercy oszczędzili. To straszne – powiedział. – Wszystkich zjedli, tylko mnie oszczędzili, i to tylko dlatego, że razem z naczelnikiem plemienia uczęszczałem cztery lata na ten sam kurs polowania na lisy.

W żartach prezydent Lambrekin wyróżnia się również dlatego, że po opowiedzeniu kawału śmieje się pierwszy. Wyjaśnił dlaczego.

– Śmieję się bardzo wyraziście. Ćwiczę to w domu, znaczy się, w pałacu. Wyrazisty śmiech, szczery aż do bólu, to sygnał i zachęta do tego, aby ludzie zaczęli się śmiać. Bo czasem się nie śmieją i to mnie boli. O, tu! – pokazał na serce.

Wedle źródeł zbliżonych do sfer wyższych prezydent Lambrekin jest wybitnym przejawem wirusowych czasów – zapisał w pamiętniku Alfero.

Życie w kraju coraz bardziej staje się abstrakcją. Są jeszcze miejsca, gdzie pozostało skostniałe jak dawniej, ale to wyjątki.

– Abstrakcyjność dzisiejszego życia to pewnik – twierdzą logicy. Abstrakcja to czysty byt. Coś, co istnieje a zarazem nie istnieje. Identycznie jak atom w teorii kwantowej. Istnieje, ale nie w sposób tak konkretny i wyrazisty jak kawał mięcha, które możesz odgryźć i zjeść. Logicy i ich duchowe dzieci są niestety na wymarciu, bo świat kieruje się coraz bardziej uczuciami, a nie rozumem.

– Ależ tu chodzi o to, aby kierować się mieszanką uczuć i rozumu, a nie wyłącznie jednym lub drugim – bronią się logicy.

Nikt im nie wierzy, bo uczucia są najważniejsze. W rozum i w prawdę wierzą już tylko zboczeńcy.

– A co jest prawdą? – wołają ludzie pustynnej aberracji.

Prawdą jest fakt. Fakt to konkret, filar, znak drogowy dla wędrowcy spragnionego wody życia.

– Jaki fakt? – uparcie drążą ludzie pustynnej aberracji. I chwała im za to – myśli Alfero.

– Zwykły, ale może być też żelazny – odpowiadają logicy.

Nic nie jest w stanie zbić ich z tropu. Może tylko siwy dziadunio w telewizji, symbol władzy bezimiennej i absolutnej.

Na zachodzie bez zmian. W Wielkiej Brytanii zrobiło się ciepło. Ludzie zwani obywatelami wylegli masowo na ulice, ruszyli na place, miejsca zabaw, do galerii handlowych, aby odetchnąć świeżym powietrzem, pojeździć na wrotkach i pospadać z betonowych ramp, gdzie ćwiczą.

– Takie uderzenie o beton dobrze mi robi. Potrzeba mi wstrząsu mózgu od czasu do czasu bo inaczej życie jest nudne – wyjaśnił w telewizji młodzieniec, pseudonim Lumbago, celebryta mimo młodego wieku. Jest mistrzem w jeździe na wrotkach.

– Jeżdżę na wrotkach tylko po twardej powierzchni, poręczach, schodach i kamieniach. Mnie nawet wirus nie dogoni. Taki jestem szybki – przechwala się. Wiele osób mu wierzy, młodzież w szczególności.

Coraz więcej ludzi zachowuje się naturalnie. To są ci idący z prądem czasu.

– Idziemy tam, dokąd zmierza wirus. Wirus wychodzi na ulice, my wychodzimy razem z nim, pojawia się w parku, my razem z nim, pojawia się w centrum handlowym, tam też mu towarzyszymy. Nic nas nie wystraszy. Nikt nie będzie nam mówić, co robić a czego nie robić, ostrzegać, zakazywać.

W parku nad Tamizą wielki tłum zamienił się w chór. Dyryguje się sam, spontanicznie. Śpiewa pieśni rewolucyjne, religijne i buntownicze. Zaczyna od „Boże, chroń króla albo królową, w zależności od tego, kto jest na tronie”, następnie międzynarodową pieśń o wielkiej pożodze „My ze spalonych miast, my z głodujących wsi, my zbuntowani”. Pieśń znajduje odzwierciedlenie w podziale chóru na trzy grupy: miasto, wieś i reszta, czyli zbuntowani. 

Brytyjczycy zawsze dawali przykład inicjatywy i przedsiębiorczości.

– Kiedyś mieliśmy Imperium, wczoraj mieliśmy Brexit, dzisiaj mamy wolność konfrontacji z Wirusem YZ na wolnym powietrzu – słychać na ulicach.

Na Zachodzie bez zmian. Jest to film uwspółcześniony, pokazujący to, co żywe i znaczące. Idzie wszędzie, choć kina są pozamykane. Nie przeszkadza to niczemu, bo można go wyświetlać na murach, ścianach domów, plandekach zwisających z wielkich ciężarówek, nawet prześcieradłach. Potrzebna jest tylko taśma z nagraniem i silna latarka z przełącznikami: start, muzyka, komentarz, stop.

W Niemczech mężczyzna o wyraźnym podbródku lizał biletomat w tramwaju. Uznano go za oryginała. Podbródek miał świadczyć o jego silnej woli. Ludzie oklaskiwali go, choć sami nie zdecydowali się lizać. Pytano go, dlaczego to robi.

– Chcę upowszechnić wirusa. Kocham go. Kiedyś kochałem kobiety, potem mężczyzn, potem – co tu będę oszukiwać – sam sobie sprawiałem przyjemność. Dzisiaj kocham Wirusa YZ – powtórzył i chlasnął językiem po biletomacie, potem zrobił to samo kilkakrotnie z uchwytami do trzymania się w czasie jazdy. Mężczyzna rozglądał się, szukając wzrokiem metalowych przedmiotów w pobliżu. Nie było niczego, oprócz panelu kierowniczego, ale ten był zamknięty na kłódkę.

– Dajcie mi więcej metalu. Lubię jego chłód. Wirus trzyma się go najdłużej – wołał, ale nikt mu nie pomógł. Ludzie stali się nieczuli.

Po incydencie samotnego artysty zaczęto zastanawiać się, czy nie stworzyć listy miłośników Wirusa YZ zapisując na niej, włącznie z adresami i numerami telefonów, osoby wyróżniające się sposobem myślenia i zachowania w stosunku do wirusa. Reakcja społeczeństwa była pozytywna. Pojawiło się wezwanie, aby rząd stworzył fundusz poparcia dla kulturalnych inicjatyw społecznych wyłaniających się w okresie wielkich epidemii. W Internecie zbierane są podpisy.

Odc. 6

W kraju rodzi się nowa fala aktywności społecznej pod hasłem „Naprzód mimo wirusa”. Rzecz jest poważna. Okazuje się, że wirus jest bez znaczenia w sprawach najważniejszych. W telewizji publicznej znowu ukazał się siwy człowiek. Może nawet był to jego duch, bo wyglądał raczej smutno. Różnie go nazywają: Namiestnik, Dobroczyńca, Kurdu. On sam nie wypowiada się, czy te ksywy mu się podobają czy nie, więc ludzie się tylko domyślają. Jedni mówią, że tak, inni że nie, Inni zadają pytanie: Czy to takie ważne?

Na ekranie telewizora Namiestnik miał przylizane włosy. Na świeżym powietrzu widziano go z bardziej rozwichrzonymi. Ręce trzymał splecione ze sobą, aby nie rozbiegły się po stole. Prawą dłoń unosił od czasu do czasu do góry, powolutku, prawdopodobnie po to, aby nią walnąć w razie potrzeby i zaskoczyć wszystkich. Obywatele lubią  mocne gesty. Mówił powoli. Stwarzał wrażenie, że nie jest mu łatwo myśleć, ale jeszcze ciężej jest nie myśleć. Mówił o wybieraniu i to już niedługo bo w maju. Alfero domyśla się, że prawdopodobnie chodziło mu o wybór dobra nad złem. Nie był jednak tego pewny. Tak czy inaczej starszy pan zachęcał do udziału w jakichś wyborach. W końcu przemówienia rzucił hasło. Było mocne, choć wypowiedziane nieco słabowitym głosem. Był chyba głodny; w każdym razie nie wyglądał na przejedzonego.

– Idźcie na wybory. Macie szansę wybrać najlepszego kandydata dla kraju a równocześnie koronawirusa dla siebie i dla rodziny. To niezwykła okazja. Ja sam nie pójdę głosować, bo urnę wyborczą na jeden głos przywiozą mi do domu. Mam skromne wymagania, a chodzić specjalnie nie lubię. W życiu już dosyć się nachodziłem. Mam swoje lata i nie przesadzam, zwłaszcza że obecnie nie wolno wychodzić z domu.

Ludzie bardzo go podziwiają za jego pomysły i inicjatywy. Klika lat wcześniej zaczął wskrzeszać postępową organizację społeczną „Folwark Zwierzęcy im. George’a Orwella”. Podobno idzie mu nieźle.

W czasie wystąpienia telewizyjnego Namiestnik zachęcał do odważnych działań powołując się na prawa wyższego rzędu. 

– Postępujcie zgodnie z rozrządzeniami rządu, podkreślił, bo prawo jest najważniejsze. Sam te rozporządzenia redagowałem, więc wiem najlepiej, co dobre, a co złe. Jestem osobą głęboko wierzącą. Możecie mi więc wierzyć. W końcu chodzi o wybór najlepszego kandydata. Jest ich wielu, ale tylko jeden jest najlepszy. Sami musicie się domyślić, który to jest i jak wygląda. Ja też nie wiem, domyślam się tylko, że to może być ten rumiany na twarzy i rozważnie żonaty. Rumieńce na policzkach i piękna żona to dzisiaj majątek. Rzucam więc hasło „ Idźcie i wybierzcie”. Taka jest logika czasu, że musimy głosować mimo zakazu gromadzenia się, a nawet wychodzenia z domu. Nie musicie się martwić, że popełniacie grzech. Znam pewnego bardzo wpływowego księdza, to za niewielką opłatą zwolni was od winy. Może nawet zrobi to za darmo, jak z nim pogadam. To mój kolega z seminarium duchownego. Znaczy się, ja tam nie studiowałem, ale byłem raz na korytarzu i tam go poznałem. Siedział samotnie przy stoliku pod palmą i pił kawę, więc się przysiadłem, aby nie było mu smutno. 

Namiestnik długo jeszcze przemawiał. Wydobywał z siebie ciepły usypiający głos. Zrobiło się późno, ludzi poczuli się szczęśliwi, bo ich usypiał. Chyba to dostrzegł, bo zdecydował się zakończyć wystąpienie. Złożył obietnicę.

– Będę występować w telewizji w programie wieczornym, aby was uspokajać, że w dobie panoszącego się wirusa wszystko jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej. Będę też zachęcać was do chodzenia do kościoła i głosowania, ale tylko w słusznej sprawie. Nie gromadźcie się w żadnym miejscu w liczbie większej niż jeden, bo to niebezpieczne, oczywiście z wyjątkiem urn wyborczych. Wyraz „urna” brzmi dobrze i dobrze się kojarzy. 

Po pokrzepieniu się kilkoma łykami wody, namiestnik przyśpieszył.

– Czuję w sobie misjonarskiego ducha. To rodzinne. To nawoływanie do czynienia dobra. Mój dziadek był taki, moja babka była taka, cała moja rodzina była taka. W przyszłości, oprócz przekazywania treści patriotycznych i religijnych, będę też mówić o zasadach, jak dobrze i mądrze żyć. Najlepiej za państwowe pieniądze, bo wiadomo, że jest to pieniądz czysty, a nie z pralni brudnych pieniędzy. Ludzie lubią mnie słuchać, bo mówię o sprawach ważnych, o kraju mlekiem i miodem płynącym. Nie to, co mój poprzednik, ten burak, złodziej i cham. Wybaczcie mi, że się uniosłem, ale to w słusznej sprawie.

Odc. 7

W telewizji trwały debaty. Stała się ona centrum wymiany poglądów w czasach wielkiej zarazy i samotności. Uwaga społeczeństwa zawisła na ustach analityków, doradców i ekspertów, od których oczekiwano odpowiedzi na trudne pytania: – Co dalej? Jak rozumieć to, co się dzieje? Dokąd zmierzamy?

W budynkach stacji telewizyjnych co chwila pojawiali się eksperci od spraw wirusa, zdrowia, gospodarki, religii, filozofii, a nawet sztucznego mózgu zdolnego do gry w pokera za małe pieniądze. Korytarzami przewalały się tłumy wchodzących i wychodzących ekspertów, wśród których zdarzali się nawet prorocy i zbawiciele. Zapraszano tylko największe autorytety.

– Magister u nas nic już nie znaczy. Zapraszamy od doktora nauk wzwyż– wyjaśniała przed kamerą reporterka telewizyjna.

W pomieszczeniach stacji telewizyjnych panowały prawdziwe upały mimo chłodu na zewnątrz. Na początku podejrzewano o sabotaż palaczy kotłowni, którzy czuli się pokrzywdzeni, ponieważ mówiąc o wirusie nikt nie wspomniał o nich nawet marnym słowem.

– A przecież mamy swoją godność – argumentowali, myśląc o pracy z szuflą i węglem.

Dochodzenie wykazało, że przyczyną wysokiej temperatury były kamery telewizyjne grzejące się od ciągłej pracy.

– U nas wirus nie ma najmniejszej szansy, w tym upale zdechłby jak marny robak – żartował operator kamery telewizyjnej, stojący na stanowisku pracy trzeci dzień z kolei z powodu choroby zmiennika. Były to tylko pozory łagodności; w jego otwartych ustach ukazały się kły wściekłości.

Alfero oglądał telewizję w ograniczonym zakresie. Szybko przesuwające się obrazy, reklamy, dwa rzędy pasków informacyjnych, słowa osób biorących udział w dyskusjach na temat wirusa, cały ten szum medialny tak działał mu na nerwy, że drżały mu nogi i rwały się, aby komuś dokopać.

Były też inne przyczyny. Zdenerwowało go pokazanie w telewizji filozofa, historyka idei, i pytanie go o sprawy gospodarcze, o wpływ wirusa na gospodarkę i społeczeństwo. Profesorowi, żyjącemu od lat na odludziu w lesie razem z trzema psami i dwoma kotami, dano do rozwiązania węzeł gordyjski tematów zjadliwych jak kłębowisko żmij.

– Przydałby mi się Aleksander Wielki, aby rozciął ten węzeł – nerwowo myślał profesor zanim podjął wyjaśnienia, jakie przyszły mu przypadkiem do głowy. Wiedział, że nikogo nimi nie przekona, musiał jednak ratować honor własny, profesury i osób żyjących na uboczu. Nic nie powiedzieć albo przyznać się, że niewiele wie na obcy mu temat uznał za niedopuszczalne.

– Nie tędy droga – wołali zdegustowani widzowie i słuchacze.

Alfero słyszał ich głosy i postanowił zrobić coś w tej sprawie. Czuł, że ma wiele do zaoferowania ze swojej wiedzy i przemyśleń.

W rozmowie telefonicznej z Erazmem, szczęśliwie odnalezionym kolegą z okresu studiów nad człowieczeństwem wspieranym tanią stołówką studencką i akademikiem, Alfero poruszył sprawę wiedzy i charakteru. Mówił z przekonaniem, stwarzając wrażenie człowieka porażonego pasją dobroczynnego dokształcania społeczeństwa.

– Nocą miałem sen. To wtedy przyszło do mnie natchnienie. Śniło mi się, że stoję na wysokim słupie, tym samym, z którego w starożytności przemawiał Szymon Słupnik Starszy. Ten słup mnie zmotywował. Przychodzili pod niego pielgrzymi z Arabii, Persji i Rzymu, aby słuchać kazań Szymona i prosić go o nauki, rady i modlitwę wstawienniczą. Z wysokości tego wspaniałego obiektu dojrzałem sekwencję spraw  najważniejszych w dobie wielkich zagrożeń. Nazwałem ją świętą trójcą współczesnego człowieka. Są to: Wirus YZ, wisząca nad nami recesja gospodarcza oraz sukcesja władzy.

– Wirus i jego zabójcza siła to wielka tragedia – kontynuował Alfero – ale przeminie ona dosyć szybko. To kwestia tygodni, może miesiąca lub dwóch. A nawet jeśli nie przeminie całkowicie, to osłabi się znacząco. Wtedy, nawet wcześniej, pojawi się coś straszniejszego i długofalowego, co nie zniknie po kilku tygodniach. Będzie to recesja gospodarcza na niespotykaną skalę, bankructwo tysięcy firm, utrata dochodów przez miliony ludzi. W odróżnieniu od wirusa, kiedy śmierć jednego człowieka nie pociąga za sobą śmierci innego człowieka, w recesji gospodarczej upadek jednej firmy pociąga za sobą fatalne konsekwencje dla wielu podmiotów: pracowników, którzy wylądują na bruku, dostawców, którym bankrut nie zapłaci długów, skarbu państw, do którego nie trafią podatki, banki – którym upadła firma nie zwróci pożyczonych pieniędzy. To jeden wielki strumień wzajemnie powiązanych nieszczęść.

Wypowiedź wyczerpała Alfero; nie miał już chęci rozwodzić się nad trzecim wyzwaniem – sukcesją władzy; jaka będzie następna władza.

– Recesja gospodarcza oznaczać będzie wielki kryzys społeczny. Także polityczny. Co stanie się z obecnie rządzącymi partiami i ludźmi, to wielki temat.

Alfero czuł w sobie ogień niegłębionych pragnień ulepszenia świata. Pomyślał, że jest to ten sam żywioł, jaki trawi Namiestnika.

– Mamy chyba podobne paleniska i korzystamy w podobnego paliwa. Nie mogę jednak porównywać się z tym niezwykłym człowiekiem. On działa na nieporównywalnie większa skalę, pociągając sznurki sterujące ludźmi władzy. Ja tylko myślę, piszę i wygłaszam poglądy. Jeśli chodzi o sznurki, to mogę jedynie pociągać w pamięci za linkę w do spuszczania wody w zdezelowanej kolejowej toalecie.

Prymitywna toaleta przypomniała Alfero jego młodość w latach sojuszu robotniczo-chłopskiego i partii stanowiącej przewodnią siłę narodu. Były to zjawiska równie naturalne jak krzyżówka dwugarbnego wielbłąda z odporną na mrozy jabłonką wielkiego Iwana Miczurina.

Odc. 8

W okresie nasilającej się epidemii wirusa Alfero chętnie przedstawiał swoje poglądy na ten temat. Jego przemówienia miały charakter wizji.

– Przewiduję, drodzy obywatele, kobiety, mężczyźni i wy, trzecia kategorio osób nieokreślonych, rozproszonych i zagubionych, że staniemy przed kolejnymi wielkimi wyzwaniami. Każde z nich będzie miało kształt drzewka, na którym będzie można zawieszać owoce lub robaki, które będą je żarły. Drzewkami opiekować się będą fenomeni.

Nie było łatwo domyśleć się, co miał na myśli. Podejrzewano, że wysłał go rząd dla zmylenia przeciwnika politycznego. Coś w tym jednak było, ponieważ rzeczywiście pojawili się fenomeni. Pierwszym okazał się Namiestnik Kurdu. Jego zwolennicy okrzyknęli go jasnowidzem. On jeden bezbłędnie typował, co się stanie, kto wygra, a kto przegra, kto zostanie aresztowany, a kto wyróżniony kosmiczną pensją lub astronomiczną odprawą już po czterech miesiącach pracy. To robiło mu renomę i przyciągało do niego rzesze ludzi ambitnych pragnących realizować przyśpieszoną karierę zawodową i zasłużyć się dla kraju.

Namiestnik śnił się ludziom po nocach. Widziano go, siwego, dojrzałego męża,  idącego równym krokiem przez pola, łąki i lasy do celu, który tylko jemu był znany. Nazywano go Feniksem wyrosłym z popiołów oraz pomnikiem jeszcze nie zbudowanym a już widocznym na horyzoncie. Pisano na jego cześć poezje, wygłaszano hymny pochwalne, organizowano festyny. Kluby wioślarzy chwaliły go za to, że umie płynąć pod prąd, a krajowe zrzeszenie grabarzy, że zmierza do celu po trupach.

– Nie widzimy w tym nic specjalnego – twierdzili spokojnie, kiedy zwykli ludzie oburzali się na deptanie świętości. – Nieboszczyk nie przedstawia wartości materialnej ani finansowej, co najwyżej wartość uczuciową.

Psychiatrzy i psychologowie z kolei dostrzegli w Namiestniku autentyczny talent wyzwalania ludzi od bólu, niepokoju i gniewu. Cytowano jego słowa:

– Nie powodzi ci się dobrze, nie dorobiłeś się domu czy dużego samochodu, jesteś alkoholikiem, to może to tylko znaczyć, że ktoś jest za to odpowiedzialny i ja pomogę ci go znaleźć.

Przenosząc niezadowolenie za swoją sytuację na innych ludzi Namiestnik uwalniał obywateli z bólu i niepokoju. Całowano go za to po rękach, szczególnie ludzie prości i wierzący w cuda. W małych miejscowościach i na wsiach mieszkańcy chłonęli słowa Namiestnika jak pożywienie.

–  Jego święte słowa to nasz pokarm, odżywiamy się nimi. Im więcej mówi, tym lepiej, bo mniej wydajemy w sklepie. Zawsze to taniej. No i wygodniej w czasach tego cholernego wirusa.

– A co pan sądzi o poglądach Namiestnika? – zapytano kiedyś zwolennika Namiestnika.

– Czy ja muszę coś sądzić w ogóle? Wystarczy, że go słucham. To nasz guru, prorok i źródło mądrości. Wystarczy, że on myśli za nas. Ktoś to musi robić.

W telewizji wystąpił premier Chudy i też chwalił Namiestnika. Ktoś podpatrzył, że nosił jego medalion na piersiach i całował w wolnych chwilach. Zapytany o to, odpowiedział z przekonaniem.

– Inni czytaj książki, a ja całuję medalion. Namiestnik to także mój dobroczyńca.

Pytany o ilość testów przeprowadzanych na Wirusa YZ i ich wpływ na statystyki, wyjaśniał.

– Sprawa testów i statystyk zachorowań jest złożona, piekielnie złożona. Nie każdy prosty umysł to pojmie. Na szczęście mnie i mojemu rządowi nie brakuje intelektualnego potencjału i zdolności mówienia prawdy – premier wypiął pierś z dumą, widać było jak napinają się guziki na piersi, po czym kontynuował.

Nie możemy robić za dużo testów, ponieważ testowanie po prostu osłabia i dezorientuje obywateli. Im więcej ludzi dowiaduje się, że są zarażeni wirusem, tym gorzej dla nich. Mogliby żyć sobie w niewiedzy i spokoju, a tu masz babo pasztet! To dlatego nie robimy więcej testów, choć moglibyśmy. To dla dobra społeczeństwa.

Odc. 9

W końcu marca spadł śnieg. Zrobiło się jeszcze ciszej. Premier nie spał całą noc. Ciążyło mu poczucie obowiązków wobec partii i społeczeństwa w związku z bezczelnie panoszącym się Wirusem YZ. Nie mógł zasnąć, obmyślał plany. Rano obudził się z podkrążonymi oczami, bledszy niż Dziewica Orleańska na obrazie pijanego malarza El Cardulo. Ostry nos premiera rzucał jeszcze ostrzejszy cień. Mężczyzna był w wisielczym humorze.

– Chyba mógłby służyć za wskazówkę zegara słonecznego – mruknął do kota. Zwierzę popatrzyło na niego spode łba. Na niego też działała atmosfera niepewności i strachu. 

– Mówią, że mój nos jest wyostrzony od kłamstwa. A to po prostu zmartwienia – pocieszył się premier.

Kłamstwa mu nie ciążyły, bo musiał tak postępować. Takie reguły obwiązywały w organizacji. Regularnie spowiadał się, dawał też w kościele na ofiarę i wznosił oczy do nieba. To go ratowało przed utratą poczucia własnej wartości.

Sytuacja była trudna, stawała się coraz trudniejsza a dnia na dzień. Ilość zachorowań i ofiar śmiertelnych rosła lawinowo mimo drastycznych środków podejmowanych przez rząd, różne organizacje i obywateli. Wirus YZ szalał niby pijany wiatr po ulicach dopadając tych, którzy nierozważnie znaleźli mu się na drodze. Dopadał w domach, w podróży, choć mało kto podróżował, na służbie, w nielicznych środkach lokomocji. Drwił sobie z ludzkiej ostrożności. 

Narada w gabinecie premiera rozpoczęła się o godzinie dziesiątej rano. Wnętrze oddawało atmosferę panującą w kraju. Sekretarka ustawiła czarne kwiaty w dwóch wazonach i włączyła cichą muzykę. Grano marsz żałobny, wykonanie stłumione oddechami ludzi uciekających przed nieszczęściem. Premier wyraźnie je słyszał. Mimo to marsz podobał mu się. Niektórzy ministrowie wybijali takt nogami, inni palcami ręki. Stali już w szeregu na baczność, kiedy wszedł premier. Witał się z każdym serdecznym uściskiem dłoni. Zbliżając się do swego miejsca wyjaśnił.

– Obowiązuje powszechny zakaz zgromadzeń, ale nas to nie dotyczy. Jesteśmy awangardą narodu. Jesteśmy chronieni bardziej niż ktokolwiek inny, bo jesteśmy ważni. Mamy oczywiście problem. Jest to zagadka z trzema niewiadomymi: Jak zachowa się wirus? Jak zachowa się społeczeństwo? jak zachowa się świat? Czwarta niewiadoma to my sami. Też nie wiemy, jak się zachowamy. Co jest dla nas największym zagrożeniem? – Liczył na twórcze wypowiedzi.

Wszyscy patrzyli na niego. MinSpra obserwował wyzywająco członków gabinetu. Nie znali odpowiedzi, on ją znał. Był pewny swego. Trwało milczenie. Zastanowił się dlaczego. Dopiero po chwili zorientował się, że czekają na niego. Odczuł satysfakcję, że tym razem to on jest najważniejszy. Nie MinZdro, nie MinFin, nawet nie sam premier, tylko on, minister sprawiedliwości. Włączył się ze swoim wytłumaczeniem.

– Zabić nas może tylko szpitalnictwo; zbyt mała ilość miejsc w szpitalach, zbyt mało sprzętu. Lekarze czują się zagrożeni, uważają, że mają za mało masek, gogli, kombinezonów ochronnych, wszystkiego. Jeśli w szpitalach będzie nawet dwadzieścia tysięcy miejsc, a ilość osób zarażonych tym cholernym wirusem czterdzieści tysięcy, to co wtedy? Wtedy zechcą nas ukrzyżować jak Chrystusa.

– Módlmy się bracia i siostry, aby do tego nie doszło – pomyślał premier Chudy. Zadrżał wewnętrznie. Wiedział, że poszedłby pod sąd, gdyby sprawy potoczyły się niepomyślnie. Nie tylko za wirusa i szpitale, ale za inne sprawy. Za afery, jakie rządowi udało się ukryć, nie dopuszczając do prokuratury czy sądu. Nawet do dyskusji w parlamencie, nie mówiąc o otwartej dyskusji publicznej.

Premier poczuł się niepewnie. W gardle mu zaschło. Myślał intensywnie.

– Wtedy władza przeszłaby w ręce opozycji, a my stalibyśmy się ofiarami. Zobaczył siebie na wygnaniu, w dziurze zabitej dechami, w jurcie na pograniczu Pustyni Gobi, z kawałkiem suszonej koniny w lewej ręce i szklanką kumysu w prawej. Wstrząsnęło nim.

– Dosyć – powiedział głośno. Nie poznał swego głosu. Brzmiał jakoś chrapliwie. Dosyć myślenia. Wypowiadajcie się, co należy zrobić. Scenariusz numer sześć, ten ostatni, nie jest niezmienny. Mówcie, jakie macie pomysły. Wszyscy jedziemy na jednym wozie i wolałbym, aby opozycja lub ktoś inny nie włożył nam kija w szprychy.

Dyskusja trwała do wieczora. Premier zamówił pizzę. Nikt nie usiłował wymówić się, aby wyjść wcześniej. W pewnym momencie padło pytanie, czy można uśmiercić wirusa. Pojawiły się złe skojarzenia. Rozmowa zeszła na historię upadku monarchii, gilotyny i stryczka na szyi. W sali powiało chłodem. MinSpra rozejrzał się. Miał dobry dzień. Podszedł do okna i zamknął je z trzaskiem. Zrobił to celowo, aby wystraszyć ludzi. Okazał brutalność.

– To chłód od przeciągu. – Wyjaśnił. – Nie martwcie się. Poradzimy sobie. Zawsze radziliśmy sobie. Członkowie gabinetu premiera poczuli się raźniej. Premier upewnił się w przekonaniu, że ma rywala. Przestał o tym myśleć, bo miał na głowie przemówienie wczesnym popołudniem.

Odc. 10

Premier przemawiał na Placu Ostatniego Ratunku. Sam wybrał to miejsce, uważał, że jest symboliczne, że w dobie wielkiej epidemii Bóg go tutaj wysłucha i szybko zakończy epidemię. Miejsce było bezpieczne. Ludzi przed nim nie było. Przemawiał publicznie na otwartej przestrzeni tylko po to, aby nadać powagi swoim słowom. Specjaliści od mediów dodadzą tło. Nie był to jego pomysł, polecenie przyszło z góry. Nie mógł przecież sprzeciwić się.

Czuł, że mimo wysiłków, jakie podejmuje jego rząd społeczeństwo oceni go negatywnie. Opozycja stale mu coś zarzucała. Przede wszytkom skąpienia pieniędzy na ochronę służby zdrowia w czasie epidemii, na niekorzystanie ze środków Unii Kontynentalnej. Sytuacja z Unią była skomplikowana; raz mówił o niej źle, innym razem pozytywnie. Sam już się w tym gubił, czy są dobroczyńcami czy też wrogami krępującymi jego kraj. Namiestnik ciągnął Unię w dół, jemu nie pozostawało nic innego jak iść w jego ślady.

Bał się, że nie podoła wszystkim oczekiwaniom Namiestnika. To była ręka, która go karmiła. Nie mógł jej uszczypnąć nawet drobną uwagą, że ma inny pogląd.

– Wszyscy kłamiemy, to i ja muszę. – Powtarzał to sobie, stale wracając do tego samego punktu wyjścia.

W trakcie przemówienia używał słów człowieka wykształconego, aby zaimponować swoją wiedzą. Uważał, że i tak niewiele osób rozumie sprawy budżetowe i jak pracuje rząd. Nie miał pewności, jak przyjmą jego przemówienie. Mówił powoli i wyraźnie: Wyciągnęliśmy przesłanki. Będziemy uważnie obserwować. Zrobimy wszystko. Zagadnienia o charterze fiskalnym. Globalny kryzys. W sumie jest sześć rodzajów kryzysu. Wymienił je po kolei.

Ludzie słuchali go z uwagą, bo mówił o pomocy dla firm, przedsiębiorców i pracowników. Był z siebie zadowolony, mówił tak, aby powiedzieć jak najmniej i aby można to było w razie potrzeby odwołać lub inaczej zinterpretować To był styl jego formacji politycznej. W okresie napięcia takiego jak epidemia była to ważna taktyka: mówić tak, aby nie powiedzieć za dużo i aby zrobić ludziom wodę z mózgu. Nie za wiele oczywiście, tylko tyle, aby myśleli o wirusie, a nie o skuteczności pracy rządu i środkach jakie podejmuje. W końcu powiedział: otulina gospodarcza, stawiamy na scenariusz, przyjmujemy założenie.

Miał przekonanie, że z jego słów wieje otucha, a nawet powiew odległego zwycięstwa. Wzmocnił się w swojej determinacji walki z wirusem i walki o utrzymanie władzy. Był pewien, że kiedy kryzys zdrowotny będzie ustępować, rozpacznie się bezwzględna walka o władzę w jego własnym obozie.

Wyjął telefon i wybrał numer. Kiedy usłyszał męski głos, wyprostował się, mimo woli przybierając postawę na baczność. Słuchał uważnie każdego słowa. Odpowiadał, pilnując się, aby nie zaprzeczyć. Dopiero pod koniec rozmowy, wtórując rozmówcy, potwierdził:

– Tak, rozumiem. To pierwsza i najważniejsza sprawa. Nie dopuścić opozycji do głosu. Niech mówią, krytykują i przedstawiają poprawki do naszych propozycji. Będziemy ich ignorować. Obiecuję.

Odc. 11 

Pierwszego dnia kwietnia wszystko układało się Namiestnikowi nie tak, jak trzeba. Wydawało mu się, że martwe przedmioty nabrały własnego życia i przeciwstawiały mu się.

– Stają dęba jak ten pajacowaty … – Nie dokończył myśli nie chcąc pognębiać się jeszcze bardziej myślą o człowieku, któremu zapewnił awans życiowy, o jakim by nawet nie marzył. Nie znosił oporu z jego strony, tych nieoczekiwanych głupich zagrań jakby dla demonstracji, że może się uniezależnić.

Jedzenie kleiło się Namiestnikowi do łyżki, a potem do podniebienia. Herbata wypełniająca kubek do połowy, ni z tego ni z owego rozlewała się na obrus. Kiedy gospodyni mu powiedziała, że rozsypał w kuchni cukier na podłodze, uwierzył jej bez chwili wahania. Tylko częściowo zaakceptował kaprysy losu, kiedy mu przypominała, że to prima aprilis. Czuł, że się starzeje i nie jest już taki sprawny i bystry jak niegdyś. To go coraz bardziej gnębiło.

Zły na siebie i na świat, postanowił odegrać się na kimś lub na czymś. Musiał gdzieś rozładować złe przeżycia. Postanowił zwołać naradę. Zastanawiał się nad godziną, w końcu ustalił godzinę trzynastą. Miał w planie to spotkanie, ale wcześniej nie określił dnia. Zrobił to teraz.

Zasadniczo narad w swoim domu nie urządzał. Ta była pierwsza, od kiedy pojawił się wirus i zrobiło się groźnie. Wirus szalał prawie bez zahamowań. Namiestnik czuł się o tyle bezpiecznie, że ludzie którzy mieli do niego przyjechać regularnie poddawani byli testom, czy nie są zakażeni wirusem. Nawet gdyby stało się nieszczęście, to i tak mieli zapewnioną natychmiastową opiekę szpitalną. Rząd dysponował własną pulą łóżek i niezbędnego wyposażenia.

– Ostatecznie jesteśmy grupą ludzi decydujących o wszystkim. „Ja to państwo” oraz „rząd się zawsze wyżywi” – Namiestnik przypomniał sobie stare powiedzenia. W jego wypadku były prawdziwe. Był jedynowładcą, dysponując wszystkim, czym dysponowało państwo.

Spojrzał przez okno. Pogoda nie była specjalna, ale też i nie najgorsza.

– Jakie to zresztą ma znaczenie ? – niepotrzebnie zadał sobie to pytanie.

Wiedział, że wszyscy przyjadą bez względu na porę dnia i okoliczności, czy był to dzień czy noc. W nocy starał się nie urządzać spotkań. Współpracujących z nim ludzi urobił sobie i podporządkował. O to mu chodziło – społeczeństwo podległe jego woli. Nie dopuszczał do władzy osób, które wykazywały zbyt wielką samodzielność i zdolność niezależnego myślenia, a już nie daj Boże byli skłonni przeciwstawić mu się. Poczuł się panem życia i śmierci.

– Kiedyś do tego dojdzie – mruknął do siebie pod nosem,

Patrząc w lustro przy goleniu zobaczył potwierdzenie wszystkiego, o czym myślał w swoich oczach. Były zimne i zdecydowane. W łazience zachowywał się swobodnie. Nikt go nie widział i nie słyszał, mógł być całkowicie sobą. W głowie poczuł charakterystyczną blokadę, coś jak twardy kłąb waty, niejasne przeżycia i wspomnienia z przeszłości. Znał to uczucie. To coś budziło w nim bezwzględność i nieoglądanie się na innych.

Godzinę przed naradą usiadł w fotelu i zaczął myśleć, czy nie powinien zwiększyć swego bezpieczeństwa. Wyobrażał sobie, co i jak można by poprawić. Nowoczesne technologie. Wszystko było możliwe. Myślał o Chinach. Byli najbardziej zorganizowani, władza praktycznie w jednym ręku. Tylko gigantycznie większe środki materialne i finansowe. Chiny to potęga.

Myślał, co mógłby zmienić w samym domu. Zamienić go w twierdzę nie do pokonania. Wszystko szyfrowane: zamki drzwi, nawet płyty chodnikowe przesyłające sygnały, kiedy ktoś idzie po nich. Miał obsesję bezpieczeństwa. Wiedzil o tym ale był z tego zadowlony. Nadzwyczajne środki ostrożności były konieczne i nieuniknione. Jestem namiestnikiem dużego kraju, jestem zbyt cenny, aby cokolwiek mi się stało, a zło nie śpi.

Znowu popatrzył przez okno. Wyobraził sobie, jak osoba wysiadająca z podjeżdżającego samochodu wchodzi bezpośrednio do rękawa, takiego samego jak na lotniskach, przez który pasażerowie przechodzą z samolotu do hali lotniska.

– Myśleliśmy o budowie podkopu – powiedział mu kiedyś specjalista od bezpieczeństwa. Namiestnik nie potraktował tego poważnie. – Samochód zatrzymuje się przed pańskim domem, pod samochodem jest właz do tunelu, pasażer schodzi do włazu i przechodzi podziemnym tunelem do pańskiego domu.

Kurdu oderwał się od tego pomysłu. Był zbyt prymitywny w dobie sztucznej inteligencji, masowej inwigilacji i służb specjalnych dysponujących odpowiednimi środkami technologicznymi, pieniędzmi i ludźmi.

Odc 12

W przewidywaniu, że fala epidemii w końcu przewali się przez kraj, rząd sporządził rejestr strat i zysków. Była to praktyka wprowadzona przez Namiestnika.

– Nie ma takiej sytuacji, nawet najgorszej, kiedy oprócz strat nie doliczymy się zysków. Ludzie niech sobie patrzą na straty, to jest normalne, my patrzmy także, jakie mamy lub możemy mieć z tego zyski. Niektórzy mogą powiedzieć, że to cynizm. Nie zgadzam się z tak pesymistycznym poglądem. Dla mnie to czysta matematyka, a ta jak wiadomo jest obiektywna czyli neutralna, ani dobra ani zła. Ważne są statystyki, abyśmy wiedzieli na czym stoimy. Wszyscy wiemy, że musimy stać na gruncie twardszym niż beton, bo tylko my jedyni jesteśmy ostoją demokracji i dobrobytu. Dlatego musimy porozmawiać też o zbliżających się wyborach, które dają nam wielką szansę na lepsze jutro.

Na naradzie premier i MinZdro przedstawiali statystyki na tablicach: zakażeni, ilu zmarło, nowe zakażenia, ilość osób w szpitalach, na kwarantannie i objętych nadzorem. Zaczął MinZdro, blady, zmęczony, ale pełen pozytywnej determinacji.

– Nie podajemy tylko liczby osób, które wyzdrowiały z wirusa. Są one tak liczne, że aż mnie to oszałamia. Nie podajemy tych statystyk, aby nie stwarzać wrażenia, że więcej osób zdrowieje niż choruje, bo taki właśnie wyłania się obraz. Jestem pełen ostrożnego optymizmu.

– A jakie zyski? – zwrócił się do premiera MinWew, odpowiedzialny za rozpędzanie zgromadzeń przekraczających dwadzieścia osób.

– Wyjaśnię to za chwilę, bo teraz muszę pilnie pozdrowić naszych ukochanych obywateli, naszego suwerena, aby Bóg miał go w niezmiennie w swojej opiece – premier odwrócił się do czekającej na niego kamery i podziękował wylewnie widzom za uwagę. Wyraził nadzieję, że wszystko ułoży się szczęśliwie, dziękował za zrozumienie i obywatelską postawę.

– Muszę szczerze powiedzieć, że nikt tak serdecznie nie zajmował się wami, siłą przewodnią narodu, jak nasz rząd. My wszyscy tutaj pracujemy dla was, obywateli naszego ukochanego kraju, osób starych i młodych, samotnych i niesamotnych matek, wiernych widzów nasze stacji telewizyjne, osób wierzących i niewierzących. Nie zapominamy o nikim, nawet o tak drobnych grupach jak wodzireje, bywalcy kin czy radiowcy i gołębiarze.

Na pytanie, ile konkretnie kombinezonów, masek, obuwia ochronnego i podobnego sprzętu zamówiono dla lekarzy i pozostałego personelu medycznego w szpitalach, premier uśmiechnął się, że pytają go o tak proste i oczywiste sprawy. Mówił z pamięci i to imponowało. Sam nawet krótko podziwiał siebie, że wykazuje tyle energii, pamięci i entuzjazmu poświęcając się sprawie ratowania obywateli przed wirusem.

– Zadbaliśmy o wszystko. MinReze, minister rezerw, wszystko skrupulatnie liczy, ewidencjonuje, rozdziela, dystrybuuje, zamawia a nawet antycypuje. Aprowizacja to jest to słowo. W aprowizacji szpitali jesteśmy dużo lepsi niż inne kraje, nawet te najbogatsze. Uczestniczyłam dzisiaj w telekonferencji z siedmioma innymi premierami. Rozmawiamy bardzo serdecznie i szczerze wymieniamy się poglądami. My, jako kraj, wypadamy najlepiej w Europie. Przodujemy, mamy najlepsze metody, inni biorą nas za przykład. Tak się cieszę! Tak się cieszę! – krzyknął i schwycił za ręce swoich najbliższych dwóch współpracowników.

– Jemu chyba też padło na rozum – komentowali widzowie w telewizji. Jak tak można ściskać się publicznie, kiedy wirus czyha nawet w rękawie niewinnej sieroty.

– Co ty robisz? – zaniepokoił się MinSpra. Przecież nie wolno dotykać się rękami.

– Daj spokój. To nas największy zysk. Kiedy mówmy, zapewniamy, zachęcamy, dziękujemy i solidaryzujemy się publicznie, nikt nas nie pyta o to, jak rządzimy. Ten wirus to nasze wybawienie, O ile tylko nie osiągniemy poziomu,  kiedy w szpitalach zakaźnych zabraknie leków, lekarzy i łóżek. To byłaby nasza klęska.

Natchnieni duchem jedności Namiestnika Kurdu wszyscy obecni zgodzili się z tym poglądem. Premier podsumował.

– Na razie nie martwmy się o to. Mamy inne zmartwienia. Ludziom wirus pada na rozum, zaczynają się gubić, gonią w piętkę. Starzy ludzie chodzą do sklepu nawet trzy razy dzienne po małe zakupy. Te sytuacje są tak częste jak krótkie nogawki spodni celebrytów czy brudne nogi bezdomnych.

Premier zrozumiał swój nietakt i spojrzał w kamerę. — Proszę mi wybaczyć, ale wszyscy używają takich określeń. Wszyscy widzą, że sprawy idą nie tak jak trzeba. Temat, w jaki sposób wirus wpływa na ludzką umysłowość i psychikę staje się coraz poważniejszy. Będziemy musieli poświęcać mu w przyszłości więcej czasu. Teraz lepiej, abyśmy koncentrowali się na myciu rąk i unikaniu zgromadzeń. To jest ten komunikat, który chciałbym utrwalić w społeczeństwie. Sam też czuję się jakoś nieswojo. – Mówiąc to, premier wyjął z kieszeni chusteczkę i kichnął. Stojący obok ministrowie, mężczyzna i kobieta, odsunęli się od niego.

Odc. 13

Rząd przeżywał problemy. Premier Chudy wrócił z narady z Namiestnikiem i wybuchł gniewem już na progu gabinetu:

– Do groma! Mamy problemy, a wy mi nic nie mówicie. Dowiaduję się wszystkiego od Namiestnika. Dlaczego?

Ministrowie patrzyli po sobie zdezorientowani. O jakie problemy chodzi? – szeptali miedzy sobą?

– Służba medyczna nam wymiera. Już dwadzieścia pięć procent jest zarażonych Wirusem YZ. Ludzi mówią, ze w pobliżu szpitali słychać wołania o pomoc. Nie pytam dlaczego, bo już wiem od Namiestnika. Bo nie robimy im regularnych testów na wirusa i nie zapewniamy dostatecznej ochrony przeciwko wirusowi.

Premier wyciągnął kartkę z bocznej kieszeni, rozprostował ja i czytał: maseczki, hełmy, fartuchy, odczynniki, obuwie antyseptyczne, odczynniki. Do Namiestnika docierają skargi, ze mają zaopatrzenie tylko na jeden dzień lub dwa. A czas płynie. Musimy coś z trym począć. Nie robi to nam dobrej reklamy.

Porozmawiaj o tym z ministrem zdrowia. Pamiętaj tylko, ze to nie on powinien mieć ostatnie sławo. On będzie myśleć o zwalczaniu wirusa i zdrowiu, ty musisz myśleć o kontynuacji naszych rządów. Liczę na ciebie i wierzę w ciebie. Nie zawiedź mego zaufania.

Dwie godziny później premier wezwał do siebie członków gabinetu, aby wspólnie dokonać oceny rozwój epidemii i jej skutków zdrowotnych, społecznych i gospodarczych. MinZdro przedstawił dane na tablicach i wykresach: liczba zakażonych zakażeni, ilu zmarło, nowe zakażenia, ilość osób w szpitalach, ilość osób na kwarantannie oraz objętych nadzorem sanitarnym. Minister, blady i zmęczony, był pełen pozytywnej determinacji.

– Nie podajemy tylko liczby osób, które wyzdrowiały z zakażenia wirusem. Są one tak liczne, że aż mnie to oszołamia. Nie podajemy tych statystyk, ponieważ więcej osób zdrowieje niż choruje; taki wyłania się obraz. Nie wiem jeszcze z czego się to bierze. Szpitale są pod presją, lecz dyrektorzy pokazują optymistyczne statystyki. Rozumieją, że tego od nich oczekujemy. Po co komu obraz pogarszającej się sytuacji? Każdy woli wesele niż pogrzeb. Nie ukrywając pogrzebów, musimy dać społeczeństwu trochę wesela. 

– A jakie daje nam to zyski? – zwrócił się do premiera MinWew, odpowiedzialny za rozpędzanie zgromadzeń przekraczających dwadzieścia osób.

– Wyjaśnię to za chwilę, bo teraz muszę pilnie pozdrowić naszych ukochanych obywateli, naszego suwerena, aby Bóg miał go w niezmiennie w swojej opiece.

Premier odwrócił się do czekającej na niego kamery i podziękował wylewnie widzom za uwagę. Wyraził nadzieję, że wszystko ułoży się szczęśliwie, dziękował za zrozumienie i obywatelską postawę.

– Muszę szczerze powiedzieć, że nikt tak serdecznie nigdy nie zajmował się wami, suwerenem, jak nasz rząd. My wszyscy tutaj pracujemy dla was, obywateli naszego ukochanego kraju, osób starych i młodych, samotnych i zamężnych matek, widzów naszej  telewizji osób wierzących i niewierzących. Nie zapominamy o nikim, nawet o tak drobnych grupach jak wodzireje, bywalcy kin czy radiowcy i gołębiarze.

Na pytanie, ile konkretnie kombinezonów, masek, obuwia ochronnego i podobnego sprzętu zamówiono dla lekarzy i pozostałego personelu medycznego w szpitalach, premier uśmiechnął się dając wyraz pobłażliwości, że pytają go o tak proste i oczywiste sprawy. Udzielił odpowiedzi, mówiąc z pamięci. To imponowało. Sam nawet krótko podziwiał siebie, że wykazuje tyle energii i entuzjazmu poświęcając się sprawie ratowania obywateli przed wirusem.

– Zadbaliśmy o wszystko. MinReze, minister rezerw materiałowych, wszystko skrupulatnie liczy, ewidencjonuje, rozdziela i kupuje, Aprowizacja to jest to słowo. Jesteśmy dużo lepsi niż kraje sąsiednie i i nie tylko. Uczestniczyłam dzisiaj w telekonferencji z siedmioma innymi premierami. Rozmawialiśmy bardzo serdecznie i szczerze wymienialiśmy się poglądami. Wypadamy najlepiej w Europie. Przodujemy, mamy najlepsze metody. Inni biorą nas za przykład. Tak się cieszę! Tak się cieszę! – krzyknął i schwycił za ręce swoich najbliższych dwóch współpracowników.

– Jemu chyba też padło na rozum – komentowali widzowie w telewizji. Tego wieczoru nikt nic innego nie mówił jak tylko o skutecznej walce rządu z wirusem.

– Co ty robisz? – zaniepokoił się MinSpra. Przecież nie wolno dotykać się rękami.

– Daj spokój. Tu chodzi o nasz rząd. Kiedy mówmy, zapewniamy, zachęcamy, dziękujemy i solidaryzujemy się, nikt nie zastanawia się nad tym, jak skutecznie rządzimy. Ten wirus to nasze wybawienie, o ile tylko nie osiągniemy poziomu, kiedy w szpitalach zakaźnych zabraknie leków, lekarzy, respiratorów lub łóżek. To byłaby nasza klęska.

Ministrowie bez wahania zgodzili się z tym poglądem. Premier podsumował.

– Na razie nie martwmy się o to. Mamy inne zmartwienia. Wirus zmienia ludzi także psychicznie i mentalnie. Jest coraz większym obciążeniem. Ludzie fiksują, stają się agresywni, zachowują irracjonalnie, zaczynają się gubić. Sam czasami gonię w piętkę. Nawet sposób, w jaki opisujemy te zdarzenia, jest nienormalny. Nasza walka w wirusem przypomina mi krótkie nogawki spodni celebrytów lub brudne nogi bezdomnych.

Premier poczuł się niezręcznie.

Odc. 14

W parlamencie toczyła się walka o teraźniejszość i przyszłość kraju równocześnie na dwóch frontach: walki z wirusem YZ i walki o sukcesję władzy. Jedno pole walki wiązało się z drugim. Stratedzy wojskowi nazywali to teatrem wojennym. Nie było to określenie negatywne.

Do każdego kolejnego posiedzenia parlamentu starannie przygotowywały się partia rządząca jak i opozycja. Każda ze stron miała dwóch wrogów: wirusa YZ oraz przeciwników politycznych po drugiej stronie sali parlamentarnej. Chodziło o najwyższą stawkę: kto będzie sprawować władzę w kolejnej kadencji. Namiestnik i jego sojusznicy walczyli o sukcesję, o zachowanie władzy. Starali się jak tylko mogli, stosując wybiegi i podstępy polityczne znane z historii jak i własne, świeżo opracowane. Walczyli bohatersko, nie szczędząc sił ani zarwanych nocy.

W parlamencie spiker partii rządzącej przekazał partiom opozycyjnym tylko niektóre punkty porządku dnia. Poprzedniego dnia premier Chudy uspokoił swoich ministrów na odprawie zwołanej w celu omówienia zasad postępowania z opozycją.

– Zafundujemy im jak zwykle zimny prysznic. Mogą nam naskoczyć, powołując się na regulamin parlamentu, bo i tak mamy większość. Nasz kierunek działania to utrudnianie im zabierania głosu, skracanie czasu wypowiedzi, odrzucanie przedstawionych przez nią poprawek oraz oskarżanie o brak współpracy. Nasi spikerzy mają doświadczenie w takim postępowaniu, otrzymali też instrukcje od Namiestnika. My nie musimy więc się wysilać. Mamy być tylko obecni i głosować jak Bóg i partia przykazują.

Obydwie strony podejrzewały, że niektórzy posłowie mogą mieć ze sobą ostre narzędzia i inne środki ataku lub obrony osobistej. Typowano przede wszystkim tych znanych z używania siły w relacjach domowych, nadużywania alkoholu, krewkości oraz zaburzeń psychicznych.

– Na zachowanie parlamentarzystów może też wpływać wirus YZ. Jego działania dobrze jeszcze nie znamy, wiemy jednak, że wywołuje stan podwyższonego napięcia. Jeśli wcześniej przebywałeś dużo na świeżym powietrzu i uprawiałeś sport, to obecne siedzenie w domu źle na ciebie wpływa. Sam odczuwam czasem chęć przywalenia komuś słownie a nawet fizycznie. Niektórzy ludzie mnie wkurzają. Dlatego musimy się pilnować – ostrzegał premier swoich kolegów partyjnych.

*****

Na posiedzenie parlamentu wszyscy przyszli osłonięci maseczkami na twarzy i w rękawiczkach ochronnych. Maseczki były najwyższej klasy; tylko nieliczni lekarze dysponowali takimi. To ich zbulwersowało; publicznie uznali parlament za grupę ludzi uprzywilejowanych. Mówili otwarcie:

– Rząd nie boi się ani wirusa ani Boga.

Opozycję zbulwersowała wiadomość, że Ministerstwo Rezerw sprzedało wielką partię maseczek ochronnych twarzy w czasie, kiedy było już wiadome, że światem owładnął wirus YZ. Pojawiły się głosy lekarzy, że jeśli zostaną zakażeni z powodu braku środków ochronnych, to będą odmawiać leczenia przedstawicieli rządu i władz lokalnych, które im nie pomagają. Wśród lekarzy zawiązał się tajny związek, rodzaj spisku, o nazwie OLW; nikt nie wiedział, kto do niego konkretnie należy ani jakie ma cele. Była to organizacja ekstremistyczna. Wedle doniesień prasy brukowej jej hasłem było „Oko za oko, ząb za ząb” z kodeksu Hammurabiego.

– Wobec władz musimy zapomnieć o przysiędze Hipokratesa, kiedy rzucają nam w twarz wirusa. Hammurabi jest dzisiaj bardziej stosowny – motywowali się nawzajem członkowie OLW.

*****

W przyszłym posiedzeniu parlamentu ma uczestniczyć również prezydent Palankin. To jeden z jego licznych pseudonimów używanych dla dezorientacji przeciwników i zapewnienia mu bezpieczeństwa. Niechętni mu ludzie zamiast najwyższym urzędnikiem nazywają go urzędasem. Prezydent wie o tym i mówi, że mu to nie przeszkadza.

– Wszyscy coś udają – stwierdził Alfero w rozmowie z Czarną Łanią ze sklepu mięsnego. Tak nazywał ekspedientki ubierające się na czarno. Mówiły mu, że im to odpowiada.

– Siedzimy w sklepie od rana do wieczora. Nie dziw, że twarze nam wyblakły stając się białe jak opłatki. Czerń nadaje im blasku. Dlatego ubieramy się na czarno. Jest to również wyraz naszego protestu przeciwko wirusowi szalejącemu bardziej niż roznamiętniony do czerwoności seksoholik.

– Każdy lubi seks, ale nie w takich rozmiarach. Znaczy się wirusowaty – dodała stojąca obok Alfero klientka.

W trudnych czasach, kiedy wirus mógł pojawić się nawet na wędlinie wyjętej prosto z wędzarni, ekspedientek w czerni nie opuszczał wisielczy humor. Ten styl postępowania, filozofia konfrontacji z przeciwnościami piętrzącymi się jak ściana, podobał się Alfero. Miał swoje skojarzenia. Dobrze pamiętał wisielca-samobójcę dyndającego na wietrze w lesie, kiedy razem z przyjaciółmi zbierał grzyby w latach chłopięcych, jak i pogryzionego przez szczury samotnego mężczyznę, o którym głośno było w okolicy, gdzie mieszkał. Nie były to obrazy wydumane ale rzeczywistość.

– Wisielczość jest częścią naszego życia, zwłaszcza w czasach klęsk żywiołowych i zarazy. Wirus YZ tylko to przypomniał – podsumował w duchu Alfero.

Odc. 15

Prezydent Palankin wsiadł do windy w podziemnym garażu parlamentu, aby udać się na drugie piętro, gdzie miało odbyć się uroczyste przyjęcie. Po zamknięciu się drzwi zauważył, że jest sam w windzie. Zdziwił się, że nikt mu nie towarzyszy. Nie był do tego przyzwyczajony, zawsze miał wokół siebie ochroniarzy. Tak ich polubił, że czasem nawet myślał, że są mu bliżsi niż żona.

– Nigdy mnie nie krytykują. Nie znoszę tego.

Przejechał tylko dwa piętra, kiedy drzwi otworzyły się nagle i przed prezydentem ukazało się trzech mężczyzn w zamszowych kurtkach. Byli masywnie zbudowani, ich twarze ukryte były za maseczkami antyseptycznymi. Nic nie mówili tylko chwycili go za ramiona. Opierał się zdecydowanie, siłą wyciągnęli go z windy. Szli korytarzem. Trzeci mężczyzna, przypominający czołg, postępował z przodu torując drogę.

– To na pewno jakaś organizacja terrorystyczna – pomyślał Palankin pełen najgorszych obaw. Po chwili zmienił zdanie, uznając że porwanie mogło być dokonane dla uzyskania okupu.

Zapytał porywaczy, o co im chodzi, lecz pytanie uwięzło w ciszy. Żaden z agresorów nawet nie mruknął. Wlekli go korytarzem przez całe piętro. Prezydent był przekonany, że chcą go zamordować. Strach żywym ogniem palił jego świadomość, z przerażenia oczy zaszły mu mgłą. Pocieszał się, że każdy zareagowałby podobnie w takiej sytuacji. Był bezsilny, pocił się, serce waliło mu młotem, brakowało mu oddechu.

W końcu korytarza prześladowcy wepchnęli go do okrągłej sali, której ściany zdobiły portrety elegancko ubranych mężczyzn i kobiet z medalami i orderami na piersiach. Większość mężczyzn miała na sobie wyjściowe mundury wojskowe, kobiety ubrane były w suknie wieczorne. W obszernym i jasnym pomieszczeniu panował spokój. Widząc się w otoczeniu uroczyście wyglądających postaci, prezydent Palankin nabrał na moment otuchy. Trwało to bardzo krótko, gdyż pojawiła się przed nim – jakby wyrosła spod ziemi – męska postać. Nie poznał jej od razu. Był to Namiestnik Kurdu, dziwnie jeśli nie dziwacznie ubrany. Z prawej strony wyglądał jak fanfaron, bohater filmowy, z lewej przypominał nobliwą postać sędziego w todze z łańcuchem na piersi. Prezydent usiłował zgadnąć, na czym polega symbolika jego ubioru.

Namiestnik podszedł do prezydenta, podał mu rękę i po ojcowsku pocałował go w czoło.

– Nie dziw się, drogi Palankinie, tej maskaradzie począwszy od pozorowanego porwania cię z windy a skończywszy na moim stroju. Przyznam, że czuję się w nim trochę niezręcznie. Uznałem jednak, że ten teatr był konieczny, aby poszerzyć twoją wyobraźnię, zanim złożę ci propozycję nie do odrzucenia, wymagającą dużej elastyczności umysłu oraz powagi. Zajmując się na co dzień praktyczną polityką, realpolitik, tracimy z oczu często teatralną stronę życia. Mówię to tobie i sobie dla przypomnienia.

– Teraz powiem ci o co chodzi. Ten moment to koniec twojej osobistej wolności. Przestajesz być mężem, ojcem, kolegą. To dlatego, że przedstawiam ciebie jako naszego kandydata na prezydenta na kolejną kadencję. Wkrótce mamy wybory. Nie są one konieczne, ale to część naszej tradycji, więc je organizujemy. Organizujemy je specjalnie dla ciebie, aby cię wybrano. Będziesz prezydentem już do końca życia. Musisz w związku z tym wyrzec się swoich praw i wolności. Będziesz mieć tylko obowiązki, ale nie za duże, bo to ja będę pociągać za sznurki. To ogromnie ułatwi ci życie, nie będziesz musiał główkować, jak pokonywać przeszkody ani podejmować ryzyka. Ja będę to wszystko robić w imieniu własnym, partii i twoim.

Prezydent wyobraził sobie, że Namiestnik wyciągnął do niego rękę zakończoną hakiem z pazurami, aby wyszarpać z niego przyrzeczenie posłuszeństwa. Przetarł oczy i hak z pazurami zniknął. Prezydent uspokoił się, ale tylko trochę, ponieważ nie wszystko było dla niego jasne w tym, co usłyszał.

Namiestnik kontynuował.

– Będziesz mieć wszystkiego w bród. Niczego ci nie zabraknie. Chcesz jeździć na mecze ping ponga, twego ulubionego sportu, będziesz jeździć do woli. Także kobiet będziesz mieć do woli. Jakie tylko zechcesz: Kreolki, Metyski, proste i garbate. Nie mów tylko o tym nikomu. Rób z nimi, co tylko przyjdzie ci do głowy. Solidaryzuję się z tobą. Każdy musi mieć jakieś przyjemności w życiu. Ja mam władzę, tym masz sławę i popularność. Wiem, że czułość wobec kobiet to twoja słabość. Widziałem zdjęcie tej piegowatej góraleczki z Tybetu; to mnie umocniło w przekonaniu, że i kobiety cię lubią. Żarcia będziesz mieć też do woli. Wódy również, ale z umiarem. Będziemy cię sprawdzać. Ponadto, dla twojego dobra, jak i dobra wszystkich obywateli kraju, których będziesz godnie reprezentować, będziesz regularnie badany, czy nie zaraziłeś się koronawirusem lub chorobą weneryczną. W razie potrzeby otrzymasz bezpłatne leczenie. Do dyspozycji będziesz mieć najlepszych specjalistów, to sami profesorowie. Co do choroby wenerycznej, oby do tego nigdy nie doszło, to leczenie nie jest bolesne, ale szczypie. Nie powiem w co, sam tego możesz doświadczyć, jeśli będziesz nieostrożny. Pamiętaj tylko, że nie masz prawa złamać przyrzeczenia wierności, jakie mi złożysz. Jeśli je złamiesz, będziemy łamać cię kołem. Sam to zrobię. Wiesz, że dotrzymuję słowa.

– Przynieść koło! – krzyknął Namiestnik. – Minutę później przed prezydentem Palankinem stało koło z uchwytami i kolcami.

– Tu jest instrukcja, jak odbywa się łamanie. Poczytaj sobie, to ci dobrze zrobi. To stara ale bardzo bolesna tortura. Oczywiście nie dla torturującego, ale dla łamanego. To koło jest pewne jak amen w pacierzu do utrzymania każdego w ryzach porządku prawnopartyjnego. Stosowano je w czasie wielkiej inkwizycji. Łamany nie od razu umiera. Może to potrwać dwa tygodnie, a nawet dłużej. To zależy, jak będziesz się zachowywać, czy twoje przewinienie będzie małe czy duże i jak będziesz się odżywiać. Im lepiej będziesz się odżywiać, tym będziesz zdrowszy, tym dłużej będziesz cierpieć. Nie znaczy to, że sugeruję ci, abyś słabo się odżywiał, w przypadku gdybyś chciał bryknąć i nie wykonał czegoś, co ci poleciłem. Nie rób tego. Ostrzegam cię! – krzyknął namiestnik.

Krzyk przebudził prezydenta z koszmarnego snu. Był cały spocony, nie mógł uspokoić się, czuł, że coś się w nim zmieniło. Rozbolał go żołądek, musiał biec do ubikacji. Dziwił się temu, bo żołądek miał zawsze jak struś. Kiedyś połknął kawałek metalu ukryty w chlebie, innym razem wypił przez omyłkę denaturat, myśląc, że to sok. I nic. A teraz brał środki zapobiegawcze i nic mu nie pomagały. Prezydent bardzo źle przeżywał niezwykły sen.

Odc. 16

O godzinie piątej trzydzieści rano prezydent był już na nogach. Obudził się kilkanaście minut wcześniej i nie mógł już zasnąć. Czuł na sobie ciężar odpowiedzialności za kraj. Chodził po sypialni i wykonywał ćwiczenia dla rozluźnienia napiętych mięśni, niewiele to jednak pomogło. Spróbował wtedy poćwiczyć zginanie tułowia w dół, aby sprawdzić, czy dotknie końcami palców podłogi. Był to test sprawności. Nie zdał go.

– Brzuch mi przeszkadza. Od czasu jak zostałem prezydentem dużo jem, ciągle są jakieś okazje, przyjęcia, rauty, bankiety, spotkania i dyskusje. Wszędzie jest jedzenie. I to jakie.

W głowie tłoczyły mu się myśli. Kiedy poczuł ucisk na szczycie głowy,  miał wrażenie, że to korona. Miał takie marzenia. Wyobraził sobie, że go koronowano. Nie na króla oczywiście, było to niemożliwe, ale na Żelaznego Prezydenta. To tytuł, który przyszedł mu do głowy.

Postanowił zapisać te myśli. Od pewnego czasu prowadził notatnik dla upamiętnienia ciekawych i ważnych zdarzeń oraz cennych myśli. Wyciągnął podręczny laptop, uruchomił, odnalazł plik „Notatki własne” i pod bieżącą datą zanotował tytuł „Żelazny Prezydent”. Pisał nie zważając na błędy, aby nie stracić wątku.

– Ludzie podziwiają mnie za odporność na koronawirusa. Prowadzę kampanie wyborczą, jeżdżę po kraju, spotykam się z dużymi grupami ludzi i nic. Jestem zdrów jak ryba. Wirus YZ, ten najsłynniejszy, odbija się ode mnie jak owad od niewidocznej metalowej tarczy. To coś nadzwyczajnego. Wczoraj zorganizowałem u siebie garden party. To już tradycja. Zaprosiłem sto osób, wyłącznie ludzie pozytywni, myślący podobnie jak ja. Przyszli ubrani we fraki, maseczki anytwirusowe i jedwabne rękawiczki. Było wspaniale. Zgodnie z zasadami staliśmy w odległości dwóch metrów od siebie. Kazałem w tym celu poznaczyć kółka na ziemi z imionami i nazwiskami, aby było jasne, gdzie kto ma stać. Wszyscy trzymali nad głową lampiony, kelnerzy w maseczkach i rękawiczkach roznosili sampana. Po dziesięciu minutach rozpoczęły się fajerwerki.

Z budki ustawionej na końcu ogrodu wirusolodzy obserwowali zgromadzonych. Od wczoraj pałac prezydencki dysponuje chińskim wirusometrem pozwalającym ustalić, czy w powietrzu nie ma wirusa YZ. Oczywiście nie jednego ale pewnego ich stężenia. Pokazano mi wirusy w postaci chmurki połyskliwych kropeczek. To powiększenie ponad dziesięć tysięcy razy.

– Tak powiększyć to dla nas tyle, co dla pana splunąć na przeciwnika, panie prezydencie. Pana też widzieliśmy w powiększeniu. Jest pan gigantem. I to jakim! Kiedy patrzyliśmy na pana, nie było wokół pana nie jednego wirusa. Ma pan w sobie nadzwyczajną siłę odpychania epidemii. Ludzie znajdujący się w pana otoczeniu są również bezpieczni. To nadzwyczajne, panie prezydencie! Może pan organizować tyle masowych spotkań, ile pan sobie zamarzy! – wykrzyknął profesor wirusologii, obsługujący urządzenie.

Na słowa uznania odpowiedziałem uśmiechem, tym najlepszym, numer 3. To mój ulubiony. Dobrze z nim wypadam. Są też nieudane, Krytycy nazywają je pociesznymi, czasem żałosnymi. Nie podoba mi się to, ale co mam zrobić. Zresztą nie potrwa to długo, bo Namiestnik zamierza przykręcić śrubę społeczeństwu, przede wszystkim wrogom państwa. Musimy się bronić. Podobno ja mam w tym bardzo poważną rolę do odegrania. Zawsze dowiaduję się ostatni, bo Namiestnik nigdy nie ma dla mnie czasu. Jutro w parlamencie ma odbyć się ważna uroczystość. Jestem na nią zaproszony, nie wiem jednak co tam będzie się działo.

– To niespodzianka – poinformował mnie  minister z kancelarii premiera Chudego, dostarczając mi zaproszenie. – Ja sam nic nie wiem – dodał uprzedzając moje pytanie. Wiem tylko, że to pan, panie prezydencie, ma być główną postacią uroczystości.

Mam niedobre przeczucia – zakończył prezydent.

Odc. 17

W dniu uroczystości prezydentowi związano oczy, wprowadzono go do sali bankietowej i ustawiono na cokole. Potem poprawiono mu wargi szminką odblaskową, podrasowano usta, przypudrowano policzki i uczesano. Prezydent występował w telewizji setki razy i był do takich zabiegów przyzwyczajony. Znał te czynność i lubił je. Czuł się wtedy dopieszczony. W końcu zasłonięto go jak postać na pomniku. Zapadła cisza. Na salę wchodzili parlamentarzyści. Prezydent nie widział ich, ani oni jego, nawet nie domyślali się jego obecności. W końcu nadszedł sam Namiestnik i podszedł do cokołu. Mówił uroczystym głosem.

– Teraz przedstawię państwu naszego kandydata na najbliższe wybory. Oto on, przyszły prezydent Bubu Lambrekin!

Prezydent osłupiał z oburzenia, zwinął się z bólu i zaczął strasznie krzyczeć.

– Nigdy! Po moim trupie. Możesz mnie połamać kołem już teraz, ty oprawco! Zeskoczył z piedestału i tupał nogami krzycząc nieprzerwanie. Nigdy! Nie zostanę prezydentem tylko dlatego, że ty sobie tego życzysz! Nie jestem taki głupi. Nie zrobisz ze mnie manekina. Od tego twojego szarparnia sznurkami już nóg i rąk nie czuję!

W domu prezydent przedstawił swoje przeżycia żonie. Cenił ją, ponieważ umiała milczeć. Nawet kiedy jej zadawano pytania, nie otwierała ust. Przez długi czas ludzie myśleli, że w ogóle ich nie ma. Lekarze jednak wyjaśnili, że nie jest to możliwe, ponieważ usta służą także do odżywiania się, a żona prezydenta nie wygląda na niedożywioną. Wywołało to debatę, czy jednak żona prezydenta nie powinna od czasu do czasu coś powiedzieć, choćby nawet zaśmiać się szyderczo, kiedy pytają ją o coś śmiesznego. Ona jednak milczała.

– Taka już jestem od urodzenia i tego nie zmienię – miała kiedyś ujawnić tę bolesną prawdę swej najlepszej przyjaciółce. Przyjaciółka jednak tego nie potwierdziła. 

Prezydent był szczery aż do bólu, niczego przed żoną nie ukrywał.

– To było niesprawiedliwe, co mi zaproponował. Dawał mi gwarancję, że wygram, że nie muszę podejmować żadnego wysiłku. Nie zniosłem tego, bo to byłoby niedemokratyczne, kłóciło się z moją moralnością, etyką, konstytucją, Bóg wie jeszcze z czym. To nie ja krzyczałem tylko moje sumienie. Dzięki Bogu, że dał mi sumienie. Poczekam, aż się uspokoi, wtedy zadecyduję, co zrobię.

– Powinnaś widzieć i słyszeć tego starucha. Jest okropny. Niby jest mi przyjazny, szepcze mi do ucha słodkie słówka, składa obietnice, w istocie zaś eksploatuje mnie jak chciwy kapitalista starą kopalnię węgla, Chce wyciągnąć ze mnie wszystko, wycisnąć mnie jak cytrynę. A jak on do mnie mówił!

– Słuchaj Bubu. Mówię do ciebie po imieniu, aby sprawić Ci przyjemność. Masz wspaniały charakter pisma. Nikt nie napisze wstępu do objawień mojej woli tak zgrabnie jak ty.  Jesteś też mańkutem, a ja bez twojej lewej ręki czuję się jak bez mojej prawej. Ty jesteś naszą tarczą, przedmurzem chrześcijaństwa, jesteś wszystkim. Zgódź się zostać kandydatem! Pomogę ci we wszystkim. Mam już psychoterapeutę, popracuję z tobą nad twoją mimiką i kawałami, jakie opowiadasz. Trzeba je dopracować. Można w nich wiele poprawić.

– Absolutnie nie! Odmawiam – prezydent Lambrekin był zdecydowany. Czuł w sobie wielką odpowiedzialność za naród.

Wobec nieoczekiwanej odmowy prezydenta przyjęcia nominacji na kandydata, twarz Namiestnika zbielała. Nic nie powiedział, tylko zachwiał się na nogach. Odwieziono go do domu. Dla bezpieczeństwa przed, z boku i za jego samochodem biegło dwudziestu agentów ochrony, po pięciu z każdej strony. Ludzie na ulicach pytali ich, kogo eskortują, że jest ich aż tylu, na co oni zgodnie odpowiadali, że skarb narodowy.

Następnego dnia pojawiły się spekulacje. Podejrzewano, że odmowa prezydenta Lambrekina została sprokurowana, aby uśmiercić Namiestnika wywołując zawał serca, że na śniadanie zamiast płatków owsianych dodano mu do mleka środki odurzające, wskutek czego miał halucynacje i mówił nie to, czego naprawdę pragnął.

*****

Namiestnik Kurdu nie odzywał się w ogóle w czasie drogi do domu. Patrzył tylko smutno na mijane budynki, ludzi i drzewa i szeptał:

– Taka niewdzięczność. Nazwać mnie oprawcą!

W domu czekał na niego osobisty lekarz, bardzo opiekuńczy. Był to profesor nauk medycznych, co mu kiedyś przywoził leki do domu. Popatrzył na pacjenta i powiedział:

– Wygląda pan bardzo blado, panie Namiestniku. Muszę pana zbadać.

Namiestnik odmówił. Rano przyszedł do niego sekretarz osobisty i go nie poznał. Nocą namiestnik osiwiał. Twarz miał skurczoną bólem, pod lewym okiem drgał mu nerw policzkowy. Nie odzywał się. Wyglądało to tak źle, że sekretarz pomyślał, już Namiestnik nigdy się już nie odezwie.

Sprawę stanu zdrowia Namiestnika przedstawił parlamentowi premier już następnego dnia. Opisał sprawę bardzo jasno. Nie był tylko pewien, czy namiestnik osiwiał całkowicie czy tylko częściowo. On sam prawie rozchorował się ze zmartwienia. Dla upamiętnienia tragicznego zdarzenia Premier zaproponował uznać ten dzień za święto państwowe nazywając je Dniem Wielkiego Milczenia.

Następnego dnia jak zwykle pojawiły się spekulacje. Mówiono, że nie wszystko, co myślał i mówił premier było prawdą. Premier ani nie potwierdzał, ani nie zaprzeczał tym wiadomościom.

– Takie są zasady protokołu dyplomatycznego – wyjaśnił rzecznik prasowy premiera.

W duchu premier myślał, że jeśli zdrowie Namiestnika pogorszy się, to dla niego pojawi się szansa przejęcia po Namiestniku schedy. W czasie przemówienia premier obrzucił MinSpra wymownym spojrzeniem, aby dać mu znać, że zna jego chore ambicje udziału w schedzie.

Dwa dni później sprawa wyjaśniła się. Namiestnik zaprosił prezydenta do siebie, aby porozmawiać w cztery oczy. Odmowa prezydenta okazała się najzwyklejszym nieporozumieniem. Nieprawdą też okazałą się informacja, że Namiestnik osiwiał. Okazało się, że wręcz przeciwnie, włosy mu pociemniały. Jego sekretarz wyjaśnił, że był to efekt użycia nowego szamponu z dodatkiem czarnej porzeczki. Prezydent uznał argument Namiestnika, że najważniejsze jest, aby prezydent jak najszybciej stanął na cokole wyborczym, aby pokazać, że naród i tradycja są silniejsze od coraz bardziej szalejącego wirusa.

– Złamiemy go naszą nieustępliwością – zgodnie oświadczyli dwaj mężowie stanu.

Odc. 18

Premier Chudy przedstawił ministrom wyniki spotkania z Namiestnikiem.

– Namiestnik wyglądał bardzo dobrze. Widziałem na własne oczy, jest silny jak tur. Zwrócił się do mnie od razu, kiedy byłem jeszcze w progu.

– Słuchaj, chłopie. Nie jest dobrze. Musimy cos zrobić w sprawie tego wirusa. Zaczyna mnie przytłaczać. Czuję jakby przyklejał się do skóry. On ma podobno jakieś czułki. Nocą słyszę szum i mam wrażenie, że czas płynie szybciej niż zawsze. Albo że napadła na nas szarańcza. Sam, już nie wiem, co myśleć.

Tak mi powiedział, a potem dodał:

– Tym lekarzom i pielęgniarkom to ja nie wierzę. Zawsze robili szum wokół siebie. Ale zrób coś, chłopie, aby te negatywne informacje nie docierały do społeczeństwa. Nie możemy dopuść do pogorszenia się opinii o naszej partii, bo to podmyje piedestał, na którym stoi prezydent Lambrekin. A on jest dla nas wszystkim. Wiesz, że mam wizje i widzenia. Widziałem go w nocy jak na dłoni. Był taki malutki, kiedy patrzył na mnie. Kiedy się odwrócił, od razu urósł. Może on jest nadmuchiwany? Ale co tam jego wygląd! W tych trudnych czasach, kiedy ten wirus gryzie ludzi w rękę a niektórych nawet w szyję, jedynym naszym obrońcą jest Lambrekin. To nasz Anioł Stróż, Archanioł Michał, ten od smoka, i Archanioł Gabriel, ten od dobrej nowiny. Prezydent pomaga nam obydwiema rękami.

– Namiestnik roznamiętnił się opowiadaniem o prezydencie. Sam się dziwiłem, że tak go szanuje. To nadzwyczajne – zachwycił się Premier.

W tym zachwycie, kiedy tak stał na środku gabinetu i mówił, członkom gabinetu wydał się jeszcze szczuplejszy, jeszcze wymowniejszy.

Namiestnik powiedział mi więcej.

– Prezydent to człowiek uniwersalny, dwuręczny. Wyobraź sobie, że on je, sznuruje buty i wykonuje wszystkie inne czynności prawą ręką, ale pisze tylko lewą. To nadzwyczajne! Trzeba by to spopularyzować, aby wygrał wybory. Może byście wrzucali każdemu obywatelowi jego zdjęcie z autografem do skrzynki pocztowej razem kartami do głosowania? Niech sobie przypomną. Jest przystojny i ma fajną żonę, to prawdziwy majątek, jeszcze bardziej go polubią. Trzeba robić, co się da. Na przykład MinKult myśli o założeniu Fundacji Upowszechnia Wiedzy o Prezydencie Lambrekinie. Ma w domu na ten cel miliard złotych, odłożył je na czarną godzinę. Ja myślę bardziej o pomniku Prezydenta. Mam nawet w głowie pomysł. „Bubu Lambrekin” wypisane złotymi literami. Czy ty wiesz chłopie, co to by było, gdyby prezydent przegrał wybory?

– To znaczy, że stracilibyśmy nóż do krojenia chleba. – odpowiedziałem.

– No właśnie! – wykrzyknął Namiestnik. – Co nam z chleba, jak nie będziemy mieli noża! Bez noża też jak bez ręki. W takich warunkach to nawet straszenie wirusem i zakazy chodzenia dwójkami i trójkami nie pomogą.

Twarz Namiestnika zszarzała. Wiedziałem, że mu to przejdzie, bo chłop trzyma się mocno przy ziemi. Trochę ostatnio przytył, więc jest mu łatwiej, działa siła grawitacji. Już miałem mu to powiedzieć, kiedy Namiestnik powiedział:

– Wydaj temu swojemu ministrowi od epidemii nakaz, aby ukrócił skargi personelu szpitalnego na braki i zmęczenie. Daję ci na to dwie godziny. Skargi muszą się skończyć. Jak chcą coś mówić, niech zachęcają do wyboru prezydenta Lambrekina na prezydenta.

– Co miałem zrobić?! Trzasnąłem kopytami i odkrzyknąłem:

– Służba nie drużba, panie Naczelniku. Zrobię, co trzeba. Musimy ukrócić skargi personelu medycznego i wygrać wybory. Prezydent musi być nasz. Bez niego jesteśmy jak bez ręki i bez noża, może nawet chleba. Nie daj, Boże, bo bez jedzenia nie da się żyć.

Premier zasmucił się. 

Odc. 19

W niedzielę telefony do stołecznego centrum kryzysowego i policji nie przestawały dzwonić. Donoszono, że na cmentarzu centralnym pojawiła się duża grupa czarno ubranych osób i udała się w głąb cmentarza, mimo że obwiązuje zakaz wchodzenia. Domyślano się, że mogą to być ludzie zamierzający dokonać aktów wandalizmu. Jak weszli na cmentarz, nie wiadomo. Wszędzie stały patrole i zapory. Podejrzewano, że mogli wejśc przez dziurę w ogrodzeniu.

Wieczorem okazało się, że był to Naczelnik z grupą osób; udali się oni na cmentarz, aby złożyć kwiaty na grobie Znanego Bohatera. Telewizja transmitowała wywiad z Naczelnikiem. Ubrany był na czarno, od stóp do głów, na twarzy miał białą maseczkę ochronną a na rękach białe rękawiczki. Opowiedział wszystko w szczegółach.

– Byłem w domu sam jak palec. Pogoda była piękna. Pomyślałem sobie, z wyjdę na spacer. Nie widziałem, gdzie pójść. Wszędzie byli ludzie, w parkach, na ulicach, na bulwarze nadrzecznym, tam, gdzie był tylko kawałek wolnej powierzchni i niebieskiego nieba. Do głowy przyszedł mi cmentarz. Tam zawsze jest spokojnie, pomyślałem sobie. Jak tylko wyszedłem z domu, spotkałem na ulicy kilku znajomych z Klubu Kultury „Patriota”, którego jestem przewodniczącym. Jak tylko dowiedzieli się, dokąd idę, od razu wyrazili chęć przyłączenia się do mnie. Poszliśmy więc w czwórkę. W miarę jak zbliżaliśmy się do celu, przyłączało się do nas coraz więcej osób. Przed bramą cmentarną wytłumaczyłem im, że wejście jest związane z ryzykiem, jest niebezpieczne.

– W mieście, w kraju i na świecie grasuje wirus, bardzo agresywny i zaborczy. Im większa grupa ludzi, tym większe niebezpieczeństwo. Właściwe to zakazane jest nawet grupowe spotykanie się – powiedziałem, aby ich nastraszyć. Nie uwierzyli mi. Ostrzegałem ich, że ryzykują zakażenie wirusem, że mogą stracić płuca, i w ogóle. Uparli się jednak, że im to nie przeszkadza.

– Pobyt na świeżym powietrzu może tylko nas wzmocnić. Ponadto samotne siedzenie w domu przez dłuższy czas jest niezdrowe, wręcz zabójcze. Stajemy się agresywni.

– Ja na przykład wywołałem już kilka awantur i kłótni, uderzyłem brata w twarz, skląłem siostrę i żonę, i kopnąłem psa, To straszne! Dlatego muszę tam iść, aby się wyciszyć.

– Dla mnie to kwestia być albo nie być. – Powiedział jeden z członków grupy.

Nawet nie zauważyłem, kto to był, bo schował się za plecami innych osób. To były mocne argumenty, nie mogłem się nie zgodzić. Kiedy tam znaleźliśmy się, ułożyliśmy wiązankę na gronie Znanego Bohatera. Pogoda była piękna, staliśmy i modliliśmy się. Nagle jak spod ziemi wyrósł przed nami fotografii i zapytał czy nie chcielibyśmy zrobić sobie wspólnego zdjęcia. Dawno już nie robiłem sobie zdjęcia, właściwie to już nawet zapomniałem jak wyglądam na fotografii.

– Czemu nie? – zapytałem i od razu ustaliłem z fotografem cenę i sposób dostarczenia odbitek. Ustawiliśmy się do wspólnej fotografii. Nie poszło z tym łatwo. Niektórzy kryli się za plecami, inni z kolei rwali się do przodu. Jedna moja znajoma, drobna kobiecina – chyba kieruje jakąś ważną instytucją, bo często widzę ją w telewizji – nie wiedziała, co z sobą zrobić, kazałem więc jej stanąć po mojej prawej stronie.

– Rzecz w tym, panie Namiestniku, że nie mieliście prawa wstępu na cmentarz. Co więcej, nie mieliście maseczek na twarzy ani nie zachowaliście odległości co najmniej dwóch metrów od siebie.

– To mnie pan zaskoczył. W ogóle mi to nie przyszło do głowy. Żeby ktoś wydawał zakaz wstępu na cmentarz! Dobrze, że mi pan to powiedział. Co do odległości, to trudno jest, kiedy człowiek jest rozleniwiony słońcem, oceniać, czy ktoś nie podchodzi zbyt blisko do mnie, albo czy ja nie zbliżam się za bardzo do kogoś.

– A maseczki?

– Muszę zaprotestować. Maseczki mieliśmy na twarzy wszyscy bez wyjątku, tylko nie był tego widać, bo były przezroczyste. Tak właśnie było. 

0Shares

Polowanie. Opowiadanie kryminalne.

Zima zaczęła się znacznie wcześniej, prawie w połowie jesieni i była znacznie dłuższa niż kiedykolwiek, mroczna i mroźna. Temperatura utrzymywała się poniżej wieloletnich notowań. Światło słoneczne prawie znikło, ludzie wyjeżdżali do pracy w ciemnościach i tak samo wracali. Niektórzy nie mogąc poradzić z okropnym zimnem i ciemnością upijali się, brali leki, myśleli nawet o samobójstwie.

– Takiej zimy to nawet najstarsze wieloryby nie pamiętają. – Sven Larsen lubił takie powiedzenia. Był to jego sposób żartowania. Wyglądał zresztą na człowieka, który nie umie inaczej żartować: mocnej budowy, nieśpieszny w ruchach, długie włosy opadające na ramiona, gęsta, zmierzwiona broda, wąsy i nieco ociężałe spojrzenie.

Mimo tego, że dobrze radził sobie zimą, tym razem nie powiodło mu się, został sam w domu, bez rodziny. Arne, wyjeżdżając z dziećmi do swojej matki powiedziała mu na odchodnym:

– Jesteś nie do zniesienia. Wkrótce zamęczyłbyś nas, najpierw mnie, potem dzieci. Musisz się leczyć. Ja nie mogę żyć w takich warunkach.

Długa i ostra zima wyjątkowo źle wpływała na wszystkich. Ludzie ratowali się jak mogli. W domu, po powrocie z pracy oraz w czasie weekendu, Arne postępowała podobnie jak inne kobiety, podejmowała środki zaradcze. Tłumaczyła mężowi:

– Jest tak ciemno, że wyć się chce, mimo, że mieszkamy w Norwegii od zawsze i powinniśmy być przyzwyczajeni. Dlatego ubieram się kolorowo, zasłaniam okna, zainstalowaliśmy przecież w tym celu specjalne zimowe zasłony, zapalam wszystkie światła, dodatkowo nawet świece dla poprawy nastroju. Kiedy tylko jest to możliwe staram się wychodzić na zewnątrz między jedenastą rano i drugą po południu, aby łyknąć trochę słońca. Korzystam także z solarium. A co ty?

Namawiała Svena:

– Idź chociaż do solarium, pamiętaj tylko, aby zachować ostrożność. Nie opalaj się intensywnie, przynajmniej na początku naświetlaj się jednorazowo nie dłużej niż cztery, pięć minut.

Prawie wszystko, co mówiła i robiła Arne, Sven nie odbierał tak, jak dawniej, kiedy jeszcze chodzili ze sobą i łatwo im było porozumieć się. W weekendy, zamiast siedzieć w domu razem z żoną i dwójką dzieci, które bardzo kochał, wychodził na dwór i przy świetle żarówki rąbał drewno, albo wyjeżdżał do domku nad fiordem, kilkadziesiąt kilometrów dalej na północ i tam spędzał czas, zajmując się Bóg wie jakimi sprawami.

Namówiony do skorzystania z solarium, wbrew ostrzeżeniom żony i zaleceniom pracowniczki zakładu, już pierwszego razu naświetlił się tak intensywnie, że doznał poważnego poparzenia skóry. To jeszcze bardziej zniechęciło go do żony. Uznał, że niepotrzebnie przekonywała go do solarium, skoro nie miał na to najmniejszej chęci.

Rozbieżne poglądy małżonków coraz częściej doprowadzały do sprzeczek; Sven uznawał je za normalne różnice zdań między mężem a żoną, ona zaś za nienormalne zachowanie z jego strony. Rozmawiała o tym z koleżankami, ich mężowie postępowali inaczej niż Sven.

– Sven, może jesteś chory? – pytała Arne. Te twoje ucieczki z domu na podwórko i do domku nad fiordem, wyglądają mi na depresję. Przebywasz w samotności, kryjesz się przed ludźmi.

Nie uważał tego za coś nienormalnego, nie miał też poczucia, że coś mu dolega.

– Daj spokój, nie jestem chory. Przeżywam zimą taką samą depresję jak każdy inny Norweg w moim wieku, jak większość ludzi w tym kraju.

Jedyne co praktykowali razem, co jeszcze udawało im się robić zgodnie, to wypaść od czasu do czasu na narty lub sanki razem z dziećmi i trochę się rozruszać. Było to możliwe jedynie w czasie weekendu, ponieważ Sven pracował. Był drwalem i wyjeżdżał do pracy tam, gdzie go wzywano. Najczęściej wracał do domu przed nocą.

Latem sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Sven stawał się tym samym pogodnym człowiekiem, jakim był od dziecka. Ale teraz była zima i to najgorsza ze wszystkich.

Od czasu wyjazdu Arne z dziećmi, Sven nie znosił obcokrajowców, przyjaciół żony. Uważał, że to oni namówili ją, aby wyjechała do matki. Tłumaczyła mu telefonicznie, że to nie tak, ale jej nie wierzył. Zanim jeszcze wyjechała, też za nimi nie przepadał. Nie podobali mu się; mogli być nawet sympatyczni, ale byli inni, szczególnie właśnie zimą. Uważał to za jakiś koszmar.

– Oni ciągle narzekają – mówił żonie. – Że stale pada śnieg, że szyby zamarzają, drogi są nieoczyszczone, że jest stromo i ślisko. To po co tutaj przyjeżdżali? Widzą tylko mróz, szarugę i gołoledź za oknem.

– Nie przesadzaj – odpowiadała Arne. – Nie ciągle narzekają, tylko od czasu do czasu, podobnie jak każdy z nas. To tacy sami ludzie.

Sven uważał przyjezdnych za mięczaków, nie wszystkich oczywiście. Sam potrafił zachować się inaczej. Kiedy był na wycieczce w Afryce, w Kenii, było bardzo gorąco, jakoś jednak poradził sobie z upałem i wściekłym słońcem. Nie narzekał. Nawet ten temat poróżnił go z żoną. Zapytała go:

– To po co wykupiłeś wycieczkę, całe dwa tygodnie pobytu, w najgorętszym okresie roku? Chciałeś mieć tanio, last minute, to miałeś tanio, ale było gorąco. A co do obcokrajowców, to trudno dziwić się Abarowi urodzonemu w Afryce, że od czasu do czasu narzeka, bo przecież zima u nas daje się we znaki nam samym, urodzonym i mieszkającym tu od pokoleń.

Abar był zaprzeczeniem Svena. Czarny, szczupły, nieprzerwanie wesoły, ożeniony z Norweżką, często bywał w ich domu, kiedy obchodzili urodziny lub organizowali jakieś spotkanie towarzyskie. Zajmował się ich dziećmi, był animatorem w domu kultury. Dobrze nauczył się języka, dzieci bardzo go lubiły, bo umiał znaleźć z nimi porozumienie, organizował spektakle, zabawy, naukę. Traktował swój zawód poważnie i Sven to doceniał. Starał się być obiektywny. Tym niemniej nie przepadał za Abarem, jakoś nie mógł przyzwyczaić się do jego koloru skóry, innego poczucia humoru i niezrozumiałej dzikości w jego oczach. Nie umiał tego określić. Przypomniał sobie swoją pierwszą dziewczynę, z którą chodził do szkoły. Było to jeszcze w Bergen. W ich klasie był chłopak z Afryki. Kiedy Sven wyraził swoją opinię na jego temat, zupełnie niewinną, sprzeciwiła się.

– Czego chcesz od niego? Chłopak jest zupełnie do rzeczy, wesoły, ma żywy temperament, żartuje. A to, że jest inny od nas, to co? Kiedy znalazłbyś się w Afryce, też mogliby wytykać ciebie palcami i nazywać białasem. U nich to my jesteśmy kolorowi, bo biały to też kolor.

Rozmowy o obcokrajowcach prowadziły najczęściej do nikąd, więc Sven starał się ich unikać. W końcu nawet uznał, że milczenie na ten temat jest poprawne polityczne.

– Skoro już przyjęliśmy uciekinierów z Afryki, to musimy ich przyzwoicie traktować. – Powtarzał sobie w duchu, aby nie dać się ponieść emocjom.

W okresie, kiedy Svenowi nie układało się najlepiej z Arne, kiedy go krytykowała za to, że wychodzi na dwór rąbać drzewo, zamiast zająć się dziećmi, zaczął jeździć do knajpy w sąsiednim miasteczku. Potem, kiedy żona już go opuściła, stało się to nawykiem, coraz częściej praktykowanym. Trzydzieści pięć kilometrów nie była to odległość, aby nie chciało mu się jechać.

Któregoś dnia spotkał tam dwóch mężczyzn, zaczęli rozmowę od niechcenia. Przedstawili się sobie i pośmiali, bo wszyscy mieli na imię Sven. Po raz drugi śmieli się serdecznie, kiedy nadali sobie pseudonimy, Sven Duży, Średni i Mały. On był Svenem Dużym, był ostatecznie drwalem i miał krzepę. Na początku spotykali się nieregularnie, od przypadku do przypadku, i tak zaczęła się jeśli nie przyjaźń, to przynajmniej kumplostwo. Czuli się dobrze w swoim towarzystwie. Oprócz imion mieli podobne przemyślenia, chodziło o poglądy na imigrantów i obcokrajowców.

Sven Mały i Średni byli bardziej radykalni niż Sven Duży. Na początku nie za bardzo akceptował ich poglądy, bo były czasem nieprzyjemne. Potem jednak dostosował się. Pogodziła ich sprawa dwóch podpaleń. Szczegóły przedstawił przy piwie Mały Sven, wiedział o tych wydarzeniach wszystko.

– Kiedy policja prowadziła śledztwo, kto dokonał podpaleń, jeden z tych typków, nazwę go Czarnuchem, choć nie powinienem, oskarżył policjantów o brutalność i napastliwość w trakcie śledztwa. Zamknęli go na dwa dni, bo był pijany i stawiał się policjantowi, który z nim rozmawiał. Znam gliniarza. To najspokojniejszy facet na świecie. Jest silny tak jak ty i nie musi używać siły, radzi sobie bez tego. Sprawa trafiła do sądu. Ostatecznie wyszło na to, że Czarnuch przesadził ze swym oskarżeniem i policjant został uniewinniony, ale niesmak pozostał.

Kilka dni później Mały Sven wyznał, że żona go opuściła, dlatego przychodził do knajpy.

– Po prostu, wyjechała z tym Murzynem czy też Arabem, o którym wam opowiadałem. Nie był pewien, jakiego pochodzenia był ten człowiek.

– Albo był to jasny Murzyn, albo ciemny Arab – zasugerował Sven Średni. Uśmieli się z tego porównania.

– Było w tym trochę mojej winy – kontynuował Mały Sven – bo popijałem wtedy za bardzo. Moje małżeństwo było w kryzysie, zaczęliśmy chodzić do poradni małżeńskiej, ale to nie znaczy, że Kristina musiała zaraz z nim uciekać.

Historie, o jakich rozmawiali, były prawdziwe i każda z nich pozostawiła osad niechęci w sercu Svena.

– Imigranci są naprawdę od nas różni i trzeba to uczciwie przyznać. Nie zawsze są tacy porządni, jak wielu ludziom się wydaje. Myśl ta chodziła mu po głowie i wracała, choć starał się tak nie myśleć. Chciał być pozytywny.

Tej zimy, bardziej niż obcokrajowcy, warunki klimatyczne i narzekanie, interesował go drewniany dom położony kilkadziesiąt kilometrów na północ od miasteczka, gdzie mieszkali. Był to dom letni podarowany mu przez rodziców, kiedy żenił się z Arne. Stał na lekko pochyłej skalnej półce na brzegu fiordu. Roztaczał się z niego wspaniały widok: obszar ciemnogranatowej wody, malownicza wielka skała po drugiej stronie fiordu, prawie góra, porośnięta lasem. Latem w okolicy było dużo zieleni, zimą dominowały drzewa iglaste przysypane śniegiem.

W połowie zimy, w piątek, kiedy Arne z dziećmi nie mieszkali już razem z nim, Sven wybrał się nad fiord, aby oderwać się od przygnębiających go wspomnień. Było to nawet uzasadnione, ponieważ miał pracę do wykonania; przygotowywał dom na zimę, ocieplając ściany i trochę modernizując wnętrze. Przy okazji przebudowywał swój warsztat, mieszczący się w przybudówce domu.

W sobotę, około godziny dziesiątej rano, zapukał do drzwi jakiś nieznajomy mężczyzna. Był szczupły i wysoki, wyższy nawet niż gospodarz. Mówił dobrze po angielsku, choć z dziwnym akcentem, nie było więc problemu, aby się porozumieć. Na imię miał Adam. Sven zapamiętał tylko jego imię, choć obcy przedstawił mu się także z nazwiska. Było trudne do wymówienia, a tym bardziej do zapamiętania. Nawet samo słowo Adam brzmiało dziwnie w ustach przybysza. Stojąc w drzwiach, drżał z zimna. Był słabo ubrany, widać to było na pierwszy rzut oka. Przez głowę Svena przeszła myśl, że to jakiś nieudacznik, w ogóle nie mający pojęcia o podróżowaniu zimą po Norwegii.

– Zepsuł mi się samochód, którym przyjechałem, aby popatrzeć na ten wspaniały fiord. Chciałbym prosić pana o pomoc. – To był początek ich rozmowy.

Była to jakaś poważniejsza awaria. Ktoś przejezdny próbował pomóc kierowcy uruchomić samochód korzystając z własnego akumulatora, ale nie dał rady. Samochód nie zapalił. Adam zadzwonił wtedy po pomoc drogową, mogła przybyć dopiero następnego dnia.

– Mamy za dużo zgłoszeń. Jutro tak, dzisiaj jest to już niemożliwe. Możemy pomóc panu załatwić hotel w pobliżu miejsca, gdzie pan się znajduje. – Taka była ich odpowiedź.

Sven, kierując się bardziej współczuciem z powodu ludzkiej głupoty niż odruchem serca, zaproponował przybyszowi nocleg w swoim domu.

– Jeszcze nie jest całkiem wykończony, ale przespać się jak najbardziej można – wyjaśnił, rozglądając się po pokoju jakby dla sprawdzenia, czy rzeczywiście warunki są odpowiednie do noclegu.

Wieczorna rozmowa nie kleiła im się. Jak się okazało, Adam był artystą-muzykiem intersującym się zupełnie innymi sprawami. Łączył ich tylko zachwyt nad zimową i letnią urodą Norwegii, ale ile czasu można na ten temat rozmawiać. Ostatecznie Sven przenocował gościa, nie przyjmując pieniędzy, które mu zaoferował. Był tylko niezadowolony, że Adam zbyt chętnie raczył się jego ulubioną whisky, obiecując odkupić ją, jak tylko znajdą się w sklepie alkoholowym.

Następnego dnia z rana Adam poprosił Svena o podwiezienie do sklepu, aby spełnić swoją obietnicę. Sklep okazał się zamknięty z powodu choroby właściciela, zdecydowali się pojechać wtedy do następnej miejscowości. Adam płacił za przejazd, zwracał koszt benzyny, Sven nie widział więc problemu. Do przyjazdu pomocy technicznej było jeszcze dużo czasu. W drodze gość poprosił kierowcę o zatrzymanie się; potrzebował odpowietrzyć się, jak to określił. Wyjaśnił, że nie może wytrzymać, bo ma słaby pęcherz. Powtórzył to kilka razy, ale Sven nie mógł znaleźć miejsca, gdzie można by zatrzymać samochód. Droga wiodła wzdłuż wysokiej skalnej ściany, po drugiej stronie była przepaść, jak w wielu innych miejscach. Mimo to gość nalegał, aby się zatrzymał, jakby nie rozumiał, że jest to niemożliwe.

Zatrzymali się na dopiero na niewielkim leśnym parkingu, położonym nieco z boku drogi, pustym o tej porze roku. Adam, zamiast odejść gdzieś w krzaki, zaczął sikać tuż przy samochodzie prosto na koło. To Svena tak wykurzyło, że nie zastanawiając się wyciągnął spod siedzenia wielki klucz francuski, który woził przy sobie przez zapomnienie, wyszedł i uderzył go w głowę. Nie wiedział, dlaczego to zrobił. Po prostu był tak wściekły, że nie mógł się pohamować.

Stał i zszokowany patrzył na ciało. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, co się naprawdę stało. Po chwili całkiem oprzytomniał i sprawdził, czy Adam naprawdę nie żyje. W jego głowie kołatała jeszcze iskierka nadziei. Było już za późno. Nie zastanawiał się dłużej. Wokół nie było żywej duszy. Otworzył tylne drzwi furgonetki, śpiesząc się bardziej rzucił niż położył ciało na podłogę i przykrył plandeką, po czym umocnił ją kilkoma leżącymi obok kawałkami drewna. Wkładając nieboszczyka do furgonetki poczuł dotyk obcego, śliskiego ciała, przelewającego się przez ręce. Było jeszcze ciepłe, wywołując nieprzyjemne uczucie śliskości i rozlazłości. Pracując w lesie Sven był przyzwyczajony do przedmiotów twardych i szorstkich. Nie pomyślał nawet o rękawicach, które trzymał w schowku w samochodzie.

Odległość do domu nad fiordem nie była duża, nie ryzykował więc wiele. Zresztą i tak nie miał wyboru. Jadąc zastanawiał się, co się stało i co powinien zrobić z nieboszczykiem. Mimo, że miał wyrzuty sumienia, czuł się jednocześnie dobrze; ulżyło mu. Śmierć praktycznie nieznanego mężczyzny uznał za spłatę długu za wszystkie upokorzenia, jakich doznał od obcych, również żony i innych osób, jak i kretyńskiego zachowania się ofiary.

Po wstawieniu furgonetki do garażu, Sven wszedł do domu i przygotował sobie gorący posiłek. Był to jego obiad. Miał już wszystko przemyślane. Z warsztatu wyciągnął piłę. Używał jej do wycinania przerębla, kiedy łapał ryby. Pomyślał o przeręblu, ponieważ był to najlepszy sposób szybkiego i skutecznego pozbycia się ciała. Był pewien, że prąd płynący w kierunku morza zabierze ciało ze sobą, gdzie zniknie bezpowrotnie. Była też jakaś szansa, że odnajdą je rekiny i rozszarpią.

Wieczorem, jak tylko zapadł zmierzch, Sven zdjął sztywne zwłoki z furgonetki i zaciągnął nad brzeg, w miejsce, gdzie przygotował przerębel. Zdecydował się zdjąć z nieboszczyka ubranie, aby rekiny łatwiej sobie z nim poradziły. Okazało się to trudniejsze niż myślał. Zaczęła się zamieć śnieżna i ręce mu drętwiały, ponieważ zapomniał rękawic, a nie chciało mu się wracać do samochodu. Kiedy już uporał się ze wszystkim i miał zanurzyć ciało w dziurze wyciętej w lodzie, usłyszał odległy, ponury ryk syreny okrętowej. Zabrzmiał jak ostrzeżenie. Mężczyzna wzdrygnął się.

Wciskając ciało pod lód, przyszła mu do głowy dziwna myśl, że jeśli miałoby to zdarzyć jeszcze raz, to powinien pamiętać o rękawicach, rozebraniu nieboszczyka już w garażu, gdzie jest cieplej i wygodniej, oraz wycięciu szerszego przerębla. Nie będzie też wozić nieboszczyka jeszcze ciepłego, poczeka aż ostygnie i zesztywnieje, bo wtedy łatwej jest nim manipulować. Sam pomysł, że mógłby jeszcze kogoś zamordować, tak go zszokował, że rozpiął kurtkę, aby się uspokoić na zimnym wietrze.

Po powrocie do domku Sven spalił ubranie Adama w palenisku kominka. Paliło się bez przeszkód, ponieważ użył dobrze wysuszonego twardego drewna. Popiół z kominka zebrał po wystygnięciu następnego dnia przepatrzył, czy nie ma w nim jakichś metalowych przedmiotów. Znalazł tylko sprzączkę od paska, tak wygiętą w ogniu, że nie sposób było rozpoznać, co to za przedmiot. Razem z popiołem wrzucił ją do mocnego plastykowego worka, w którym zabierał śmieci do domu w mieście, aby umieścić je w wielkim metalowym pojemniku na odpadki nie nadające się do dalszego segregowania.

Przed samym wyjazdem w niedzielę rano, przypomniał sobie samochód Adama. Z jego opowieści wiedział, jaka to była marka, model i kolor, i gdzie go zostawił. Wracając do domu zatrzymał się na chwilę, aby nań popatrzeć. Stał w najlepszym miejscu, przy innych samochodach. Tak to ocenił, biorąc pod uwagę, że niektóre z nich właściciele trzymali w tym miejscu nawet tygodniami. Sven przestał się nim interesować.

Przez kilkanaście dni śledził lokalną prasę, ale nie ukazały się żadne wiadomości, które mogłyby go zainteresować. Z tego, co mu powiedział Adam, odniósł wrażenie, że nikt nie wiedział o jego wyprawie w te okolice.

– Zupełnie przypadkowy człowiek, w zupełnie przypadkowym miejscu – Sven powtórzył to kilka razy, aby się w pełni uspokoić. 

Do domu wrócił wieczorem. Okazało się, że była już w nim żona z dziećmi. Ucieszył się ich obecnością. Arne nie mogła sprawić mu większej przyjemności.

– Przyjechałam tylko na weekend. Dzieci bardzo pragnęły cię widzieć. Nie mogłam im tego odmówić. Zrobiłam to na zasadzie wyjątku, bo nie mam żadnego dowodu, że się chociaż trochę zmieniłeś. Nie poszedłeś nawet do psychologa, którego ci załatwiłam, aby przynajmniej z nim porozmawiać.

Sven był w dobrym nastroju, wszystko poszło gładko a w domu były dzieci, do tego stopnia, że żona go pochwaliła, że pobyt nad fiordem dobrze mu zrobił. Przytaknął jej chętnie i kontynuował zabawę z dziećmi.

*****

Dwa tygodnie później, był to również weekend, Sven ponownie wybrał się do domku nad fiordem. Arne nie mieszkała już z nim, miał więc mnóstwo czasu. Było jeszcze zimniej, temperatura spadła do minus dwunastu stopni Celsjusza.

Na parkingu, gdzie się zatrzymał, podszedł do niego mężczyzna ze stojącego obok samochodu i zapukał w szybę. Chciał uzyskać informację na temat wzgórz rozciągających się przed nimi. Okazał się być alpinistą planującym pieszą wyprawę jako trening przed zimową wspinaczką w górach.

– Znowu facet z obcym akcentem – pomyślał Sven niechętnie. – Ci ludzie chyba mnie prześladują. 

Pomysł, jaki przyszedł mu do głowy w trakcie udzielania wyjaśnień, nie był jego własny. Historia zdarzyła się wcześniej na innym kontynencie. Była to głośna sprawa, czytał o niej. Chodziło o polowanie. Przypadła mu do gustu. Od razu postanowił go zrealizować. W samochodzie miał sztucer myśliwski z lornetką, idealnie nadawał się do jego planu. Nie zastanawiając się dłużej, zaproponował mężczyźnie podwiezienie go do miejsca położonego kilkaset metrów dalej, gdzie znajdował się punkt widokowy, skąd mógł mu pokazać i wytłumaczyć trasę, o jakiej myślał.

– Odwiozę pana z powrotem – zaproponował. Samochód sobie tu spokojnie poczeka. W Norwegii nie kradną samochodów. – Dodał z uśmiechem.

Mężczyzna wahał się krótko, zanim przystał na propozycję i wsiadł do samochodu. Był dobrze ubrany, miał na sobie zimową kurtkę i porządny plecak znanej marki, przygotowany na dłuższą wędrówkę.

Punkt widokowy okazał się małym placykiem na skale sterczącej poziomo nad wybrzuszonym stokiem. Kiedy obydwaj wysiedli i obcy rozglądał się po okolicy, Sven odtworzył tylne drzwi furgonetki i wyciągnął sztucer spod plandeki. Nie bawił się w żadne wyjaśnienia. Zaskoczenie było całkowite.

– Urządzę ci dzisiaj trening, gnojku, który zapamiętasz na całe życie. A nawet dłużej – dodał złowróżbnie. Twarz mężczyzny nagle zbladła, w jego oczach pojawił się strach.

Plan był prosty. Sven wyłożył go w kilku zdaniach.

– Masz szansę przeżycia, jeśli uda ci się umknąć mojej pogoni. Daję ci dziesięć minut forów, zanim wyruszę za tobą. To dużo. Jesteś zdrowy i sprawny, masz więc szansę. Uciekniesz, twoje szczęście, nie uda ci się, twoja przegrana. Pamiętaj: od tego momentu ja jestem myśliwym, a ty zwierzęciem, na które poluję.

Wiedział, że mężczyzna jest praktycznie bez szans. Musiałby mieć niezwykłe szczęście albo użyć jakiegoś nieprawdopodobnego fortelu, aby mu umknąć. Na to nie mógł sobie pozwolić; gdyby to nastąpiło, jego własny los byłby przesądzony. Obcy ściągnąłby z pewnością policję; mogliby szukać także sprawcy zniknięcia Adama. Niewiele ryzykował, ponieważ każdy uciekinier, jeśli tylko miał trochę rozsądku, miał tylko jedną drogę ucieczki. Jak najdalej lasem po stoku, następnie w dół, w kierunku południowym między skałami, aby znaleźć się przy drodze, gdzie mógłby liczyć na pomoc ze strony kierowcy samochodu jadącego tą drogą. O tej porze roku była ona używana głównie przez myśliwych, prawie nikt inny tędy nie jeździł, może jeden samochód na dobę, nie więcej.

Prawa strona nie dawała żadnych szans uciekinierowi. Musiałby uciekać pod górę i następnie przekroczyć łańcuch górski, za którym najbliższa droga była w odległości co najmniej dwudziestu kilometrów. Razem byłby to dystans około trzydziestu kilometrów terenu bardzo trudnego do pokonania w warunkach zimowych, nawet przy niezbyt silnym wietrze i niezbyt ostrym mrozie.

Mężczyzna popatrzył na Svena, jakby chciał coś powiedzieć lub o coś zapytać. Widocznie zrozumiał, że nie ma żadnych szans negocjacji, ponieważ zacisnął zęby, rozejrzał się po terenie, jakby chciał zapamiętać przestrzeń przed sobą i nie oglądając się wstecz wyruszył. Svenowi podobało się, że się nie oglądał. Pomyślał, że człowiek w warunkach zagrożenia zachowuje się jak zwierzę, kierujące się instynktem.

Równo po dziesięciu minutach Sven ruszył w górę. Kilkadziesiąt metrów dalej był występ skalny, dobry punkt obserwacyjny, z którego widać było wyraźnie całą okolicę. Jego plan by prosty. Korzystając z lornetki wyśledzić uciekiniera, wziąć sztucer do ręki i poczekać, aż wystawi się na strzał. Nie martwił się o wynik, sztucer był doskonały, a on był dobrym strzelcem. Broń nie mogła być lepsza. Kilka miesięcy wcześniej Sven nabył nową lunetę celowniczą Swarovskiego z laserowym dalmierzem, komputerem balistycznym i automatyczną korektą punktu celowania; idealne wyposażenie do strzelania na dalekie dystanse. Mógł zresztą spudłować i próbować ponownie, nawet kilka razy. Strzały w tej okolicy o tej porze roku nikogo by nie zdziwiły. Był to teren polowań na dziką zwierzynę, renifery, łosie, jelenie jak i mniejsze gatunki.

Dotarłszy na punkt obserwacyjny, Sven spodziewał się wyśledzić swój cel w ciągu kilku minut. Słabo zalesiony teren opadał płasko w dół w kierunku drogi i był doskonale widoczny przez lornetkę na przestrzeni kilku kilometrów. W przeciwnym kierunku Sven nie patrzył, były tam skały i teren był trudno dostępny. Uciekinier musiałby być idiotą, aby wybrać ten kierunek, tym bardziej, że Sven w czasie jazdy samochodem celowo powiedział mu, jak teren jest ukształtowany i gdzie jest najbliżej drogi.

Po trzech minutach, spoglądając na zegarek, myśliwy zaczął się niecierpliwić. Pomyślał, że alpinista mógł zwichnąć nogę, lub zdarzyło się coś podobnego, i dlatego pozostawał w ukryciu. Z drugiej strony uspokajał się, że tym bardziej nie powinien mu umknąć. Czas jednak płynął, a on wciąż nic nie widział, żadnego ruchu. Po kolejnych pięciu minutach był już mocno zdenerwowany; na całym płaskowyżu nie było najmniejszego śladu ludzkiej obecności.

W górę, w kierunku grani, spojrzał zupełnie przypadkowo, był to raczej odruch niecierpliwości niż intuicja. Na samym szczycie, prawie na tle nieba, dojrzał ciemną sylwetkę człowieka. Był to ostatni moment. Podnosząc sztucer pomyślał, że albo alpinista był rzeczywiście szalony, albo niezwykle przebiegły; prawie go przechytrzył. Strzał padł w ostatniej chwili, postać zwaliła się na ziemię. Ciemny kształt zastygł między drzewami.

Myśliwemu ciężar spadł z serca. Nie sprawdzając nawet, czy nie był to wybieg ściganego, który padł na ziemię w momencie usłyszenia strzału, który mógł być przecież niecelny, Sven szybko wybrał wzrokiem zdeformowane drzewo w pobliżu szczytu jako punkt orientacyjny, starając się je zapamiętać. Po drodze obmyślał sposób ściągnięcia ofiary na dół do samochodu. Nie powinno to stanowić większego problemu, wystarczyły związane razem gałęzie świerka, które planował użyć jako toboganu. Miał szczęście, ponieważ śnieg był ubity przez wichurę i nie utrudniał poruszania się. Mógł też zostawić ofiarę w lesie, aby z ciałem rozprawiły się dzikie zwierzęta. Po namyśle odrzucił takie rozwiązanie.

Śmierć musiała być natychmiastowa. Pocisk przebił plecak w miejscu, gdzie był koc złożony w spłaszczony rulon, przeszedł przez klatkę piersiową i zatrzymał się na skórzanym portfelu, usztywnionym plastikowymi kartami. Sven uznał to za znak szczęścia. Zabrał pocisk ze sobą, jedyny bezsprzeczny dowód zabójstwa oraz portfel, aby je ukryć w jakimś niedostępnym miejscu lub zniszczyć.

Po powrocie do furgonetki i ułożeniu zwłok wewnątrz, Sven chwilę odpoczywał, po czym wrócił na parking i przeładował nietypowy ładunek do samochodu ofiary. Po namyśle podjechał nim na krawędź skalnej przepaści kilkadziesiąt metrów dalej, gdzie nie było barierek ograniczających, wysiadł, zwolnił hamulce i pozwolił stoczyć się pojazdowi w głęboki kanion. Słyszał potworny trzask metalowej konstrukcji walącej się w dół po skałach, po którym nastała niezrozumiała cisza. Czekał na wybuch, ale nic takiego nie nastąpiło. Pomyślał, że samochód musiał zatrzymać się na drzewie lub w zagłębieniu terenu z dużą ilością śniegu. Przeszedł kilkanaście kroków wzdłuż krawędzi szosy, aby sprawdzić, czy wraka nie widać z drogi. Stroma krawędź kanionu wyglądała jak zawsze, jakby nic się nie zdarzyło. Sven doszedł do wniosku, że jest niemożliwe, aby szybko odkryto rozbity samochód, o ile w ogóle ktoś go kiedykolwiek zauważy. Była to dzika, niedostępna okolica. O ślady wewnątrz wraka nie martwił się, ponieważ używał rękawiczek, zresztą śnieg, wiatr i korozja działały na jego korzyść.

Jadąc do domu nad fiordem cieszył się, że skutecznie pozbył się ciała ofiary. Wyobraził sobie, co musiałby zrobić. Miał już wypraktykowaną procedurę: najpierw wycięcie przerębla w lodzie, potem ściągnięcie ubrania w garażu, następnie zwleczenie trupa na dół i wepchnięcie w lodowatą wodę. Pracowałby w rękawiczkach i wszystko poszłoby mu łatwiej i szybciej niż za pierwszym razem, łącznie z paleniem ubrania na kominku. Ostatni raz wykonując tę czynność pomyślał, że być może niepotrzebnie usuwa ubranie. Uznał jednak, że to, co podpowiadała mu intuicja było ważniejsze niż zastanawianie się.

*****

Przez następne dwa tygodnie Sven śledził informacje o wydarzeniach w okolicy, interesował się również wydarzeniami w kraju. Chętnie buszował po portalach i serwisach informacyjnych organizacji zajmujących się problematyką społeczną, kryminalną i imigracyjną. Najbardziej zajmowały go sprawy obcokrajowców. Miał już rozeznanie, ilu ich jest w kraju i jakie problemy stwarzali. Było to niewiarygodne. Nie szukając niczego konkretnego, znajdował dziesiątki relacji dotyczących oszustw, malwersacji, wykorzystywania pomocy socjalnej, kradzieży, bójek, a nawet zabójstw popełnianych przez imigrantów. Miał już wyrobioną opinię na ich temat.

*****

Miejsce, w którym wycinał przerębel, znajdowało się kilka metrów od brzegu fiordu. Było tam głęboko; co najważniejsze, pod lodem płynął dosyć silny prąd znoszący wszystko na otwarte morze. Wiedział to z doświadczenia, jakie nabył wypływając latem łódką, aby łowić ryby. Uznał za bardzo ważne, wręcz konieczne, aby ciało ofiary był nagie, ponieważ stanowiło to zachętę dla rekinów. Łatwiej przyciągał je zapach ciała ulegającego stopniowemu rozkładowi. Zdarzało się, że nie ruszały ofiary przez kilka dni.  

Po pewnym czasie, przy kolejnych ofiarach, rekiny już czekały. Widział je pod lodem. Wiedział nawet, jakiego są gatunku. Nie musiały być duże, aby wykonać swoją robotę. Uznał je za pomocników.

– Doskonała symbioza – myślał. Jako drwal znał wiele tajemnic przyrody, miał odpowiednie wykształcenie.

Kiedy myślał o swoim nowym upodobaniu, o wojnie wypowiedzianej obcokrajowcom, krew intensywnej krążyła mu w żyłach. Polubił tę rozrywkę. Czuł się jak nigdy wcześniej. Marzył, aby spotkać kogoś podobnego do siebie, o podobnych zainteresowaniach, osobę zaufaną, z którą mógłby wymieniać się informacjami, podyskutować o szczegółach. Myślał też o powrocie żony i dzieci, okazało się to jednak bardzo trudne. Tym bardziej cieszył się nową misją, jaką miał do spełnienia.

Ryzyku i swojemu bezpieczeństwu nie poświęcał wiele uwagi. Wszystko szło, jak trzeba. Nie zaniedbywał jednak żadnych środków ostrożności. Przede wszystkim postępował tak, aby w jego rejonie nie szukano osób zaginionych. Zabójstw dokonywał z dala od domu nad fiordem, przeważnie w bezludnej okolicy, gdzieś na ustroniu, rzadko w jakimś odległym miasteczku i tylko raz w pobliżu większego miasta. Wyzwaniem było niekiedy pozbycie się samochodu ofiary, najczęściej Sven pozostawiał go tam, gdzie zostawił go właściciel. Było to rozsądne, ponieważ nie dokonywał zabójstw ani w samochodzie, ani w domu ofiary. Zawsze wywabiał upatrzoną ofiarę gdzieś dalej, w miejsce, gdzie czuł się bezpiecznie.

Wieczorem, obserwując z domu spokojną powierzchnię fiordu, wyobraził sobie, że kupi kiedyś mały prom z opuszczaną klapą w środku pokładu i będzie nim wypływać wieczorem, aby otworzyć luk i patrzeć, jak samochód, z ofiarą lub bez, zsuwa się na dno. Na środku fiordu było bardzo głęboko, prawie dwieście metrów. Sprawdził to. Nikt tam nigdy nie nurkował, ponieważ nie było tam nic do zobaczenia, z wyjątkiem skał i piasku. Przed spuszczeniem samochodu usunąłby wszystkie luźne przedmioty, część porzuciłby w odległych miejscach w komunalnych i osiedlowych pojemnikach na śmieci, a to co było absolutnie konieczne i praktyczne do usunięcia na zawsze, na przykład dokumenty, paliłby na kominku. I to tylko wtedy, kiedy wiatr wiał w kierunku otwartego morza, nie odwrotnie. Nikt nigdy nie czuł żadnego smrodu czy swędu z jego komina. Sam zresztą tego nie znosił.

*****

W grudniowy piątek, była to już kolejna zima bez żony i dzieci, jadąc furgonetką myślał o choince bożonarodzeniowej. Nie lubił piątków. Tego dnia jak zwykle odczekał, aż ciało ofiary zesztywnieje, bo bał się także zarazków, choć nie było to takie ważne, i załadował je do samochodu, po czym ukrył w oddalonym od drogi, nieczynnym od lat kamieniołomie przywalając kawałkami płaskich skał.

Dzień był idealny do przeprowadzenia akcji. Powietrze było białe od mgły, temperatura dużo poniżej zera w skali Celsjusza. Było tajemniczo i chłodno, emanował spokój, nie czuć było nawet drobiny wiatru. Jadąc nad fiord, przyglądał się szeregom małych świerczków na krawędzi lasu, prawie idealnie równych, jakby posadzonych przez człowieka oraz krzakom wyglądającym jak żywopłot z czapami śniegu na wierzchu. Obrazy te uspokajały go, dając pewność, że natura go chroni i nikt nigdy nie odkryje jego tajemnicy. Zatrzymał się, dla samej przyjemności przyjrzenia się zimowej przyrodzie, wysiadł i wciągnął mroźne powietrze w płuca. Na dachu samochodu gęsty szron wyglądał jak sierść renifera pokryta białą szadzią. Kochał taką pogodę. Trwał mroźny, czysty poranek; wokół panowała śnieżna biel zatopiona w ciszy. Wiedział, że będzie to udany dzień.

Jechał znaną drogą wijącą się po zboczach gór stępionych wiekiem, trochę niebezpieczną. Po lewej stronie szosy ostro pięła się do góry ściana skalna, po prawej stronie biegła ocynkowana metalowa barierka. W połowie drogi zaczął padać śnieg. W pewnym momencie usłyszał stukot, jakby ktoś pukał do drzwi prosząc o otwarcie. Wzdrygnął się. Chwilę później zaśmiał się, wydając z siebie stłumiony, odprężający chichot.

– Nieboszczyk stuka. Ciekawe o co mu chodzi – zażartował półgłosem.

Wyjechawszy zza zakrętu osłoniętego wysoką skałą, otworzył pilotem bramę i wjechał na swoją posesję. Nie zauważył ich od razu, bo padał śnieg, a on był zamyślony. Czekali na niego: dwaj mężczyźni i kobieta, wszyscy ciemno ubrani, w spodniach, solidnych zimowych butach i wojskowych kurtkach. Kiedy ich spostrzegł, było już za późno, zresztą i tak nie miałby szans. Miejsce było idealną pułapką, a cała trójka była uzbrojona. Najbliżej stojący mężczyzna, widział go wyraźnie wjeżdżając w głąb posesji, przypomniał mu drżącego z zimna chudzielca, Adama, pierwszą ofiarę. Sven domyślił się, że był to jego brat. Mijając go zauważył kątem oka w lusterku jak mężczyzna ustawia się z boku za samochodem. Nie miał pojęcia, kim były pozostałe dwie osoby, czy byli to ubrani po cywilnemu policjanci czy też może rodzina lub przyjaciele zmarłego.

Kiedy wysiadł, drugi mężczyzna kazał mu odsunąć się od samochodu, zatrzymać się i nie ruszać się z miejsca, pozostała dwójka trzymała go na muszce. Mężczyzna podszedł do furgonetki i otworzył bagażnik. Ściągnął plandekę, chwilę patrzył do wnętrza, po czym zabrał leżący z boku sztucer i kiwnął głową w kierunku swoich towarzyszy, po czym podszedł do kobiety i podał jej sztucer. Znieruchomieli i patrzyli na niego. Nie wydawali mu żadnych komend. Czekali, nie odzywając się ani słowem. Zachowywali się dokładnie tak jak on. Sven widział w tym czysty profesjonalizm, w ciszy gór, śniegu i skutego lodem morza. Domyślił się, co ma zrobić. Znał już wyrok i procedurę postępowania, którą sam stworzył.

Poszedł w kierunku przerębla. Świadkowie sceny milczeli. Zachowywali się tak jak on, poważnie, jak należało w takich okolicznościach; wykonywali spokojne, wystudiowane ruchy, żadnej szarpaniny. Był pewien, że musieli go wcześniej podglądać. Już z daleka dostrzegł otwór w lodzie, okrągły, równo wycięty. Dokładnie tak, jak on to robił.

Nie myślał o ucieczce. Przyszło mu do głowy, że gdyby nawet miał przy sobie nóż i chciałby go użyć, aby uniknąć dalszego cierpienia, nie pozwoliliby mu na to. Kiedy znalazł się nad przeręblem, zobaczył swoje rekiny. Czekały już. Zebrało mu się na wymioty. Odczuł nagłe swędzenie ciała i potworne zimno. I wtedy przypomniał sobie, a może nawet usłyszał, odległy, ponury ryk syreny okrętowej.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 13 kwietnia 2020

0Shares

Koniec świata. Opowiadanie fantastyczne. 

Imię i nazwisko: Daniel Corseio. Wiek: 73 lata. Zawód: przemysłowiec na emeryturze. Przebyte choroby: żadne (wedle oświadczenia pacjenta).

Informacja o przebytych chorobach zaintrygowała lekarza. Spojrzał uważnie na pacjenta, pochylił się i studiował przez minutę dane zawarte na karcie, po czym dopisał coś od siebie.

*****

Daniel przewrócił się w trakcie joggingu doznając obrażeń. Mimo swoich lat biegał regularnie. Upadł bardzo niefortunnie; zbiegając z górki w lesie potknął się o ledwo widoczny korzeń i wyłożył się jak długi na ścieżce. Pokonywał tę trasę regularnie i nigdy nie widział tej przeszkody. Miał zbity łokieć i zdartą skórę twarzy. Po powrocie do domu i wstępnym opatrzeniu obrażeń uparł się, mimo propozycji córki, że go zawiezie, że sam pojedzie do szpitala. Tam zbadano go, wykonano odpowiednie prześwietlenia i porządnie opatrzono. Okazało się, że doznał wstrząsu mózgu, na szczęście niewielkiego.

– To może mieć swoje konsekwencje, ale niekoniecznie. Medycyna nie jest w stanie określić, kiedy to nastąpi, czy w ogóle nastąpi i jaką przybierze postać. Mogą to być ból i zawroty głowy, problemy z koncentracją, dezorientacja, zaburzenia mowy. Zdarza się, że pojawiają się zaburzenia emocjonalne a nawet osobowości.

Po udzieleniu wyjaśnień, lekarz zalecił pacjentowi tydzień spokojnej rekonwalescencji.

Ograniczony instrukcjami lekarza Daniel Corseio zyskał dużo wolnego czasu. Spożytkowywał go czytając ulubione lektury: biografie, dokumenty, a właściwie ich tłumaczenia oraz książki i opracowania dotyczące objawień i przepowiedni. Jasnowidze, wróżbici i prorocy byli jego bohaterami, zarówno w podręcznikach historii jak i w dziełach literackich. Miał swoje ulubione przepowiednie i ulubionych profetów: Nostradamusa, Świętego Jana od Apokalipsy, Sybillę oarz Królową Saby. O nich czytał najchętniej, ich przepowiednie, proroctwa i biografie, wszystko, co mu wpadło w rękę. Była to prawdziwa pasja. Daniel traktował ją nad wyraz poważnie; będąc osobą wierzącą uważał, że przepowiednie i objawienia są częścią wiary w Boga.

Wieczorem trzeciego dnia rekonwalescencji, starszy pan poczuł się gorzej. Szumiało mu w głowie. Dla uspokojenia się usiadł na fotelu i odchylił głowę do tyłu; po chwili zapadł w głęboki sen. Miał widzenie, był to sen nie-sen, wyjątkowo realny. Ujrzał koniec świata. Przekaz pochodził od proroka, Świętego Jana, którego Daniel widział już wcześniej w snach, o którym czytał i którego oglądał na obrazach w kościołach i w jednym muzeum. Była to postać jak najbardziej autentyczna.

Usłyszał nie tylko zapowiedź końca świata, ale także zobaczył jego obraz: kulę ziemską w ogniu rozpalonej masy plazmy słonecznej. Był to obraz totalnego i ostatecznego kataklizmu. Daniel zapamiętał dokładną datę, miał on nastąpić za równe dwa miesiące.

Po przebudzeniu się poczuł się lepiej. Od razu wstał i zanotował wszystkie szczegóły snu, aby niczego nie pominąć ani nie zapomnieć. Myślał o objawieniu cały czas, zapomniał nawet zjeść kolację. W oparciu o zapiski wyliczył dokładny dzień końca świata. Obliczenia sprawdził trzy razy dla pewności.

*****

Objawienie końca świata zmieniło życie Daniela Corseio. Nie miał nawet cienia wątpliwości, że nastąpi, wiedział nawet dokładnie kiedy. Czuł jednak pewien niedosyt wynikający z dyskusji z córką i innymi osobami, kwestionującymi zasadność jego przekonań a nawet wiarę w Boga. Zarzucano mu łatwowierność. Zapamiętał słowa córki Alefy:

– Każdy fakt, każde najdrobniejsze zdarzenie, każda informacja wymaga potwierdzenia z drugiego źródła. Jeśli się potwierdzi, to jest to prawda. Jeśli nie ma potwierdzenia, to zawsze będą wątpliwości.

Córce wierzył tym bardziej, że była nauczycielką, uczyła filozofii i logiki. Kochał ją bardzo, mimo ze stawała mu niejednokrotne okoniem. Jej sprzeciwy przypisywał naturze kobiecej.

– Jej matka była taka sama. Czasami jednak miała rację.

Przypomnienie, że jest uparty, umocniło go w przekonaniu, że musi znaleźć potwierdzenie daty końca świata, mimo że sam nie miał żadnych wątpliwości. Poszedł do biblioteki, aby przejrzeć dzieła proroków. Potrzebował pomocy, odbył więc rozmowę z bibliotekarką. Podzielił się z nią swoimi zainteresowaniami i wiarą w proroctwa i przepowiednie. Przy okazji dowiedział się jej imienia: Salome. Ona sama nie pytała go o imię ani o nazwisko, więc się nie narzucał.

Salome, niemłoda już niewiasta, ubrana w ciemnobeżową wysmuklającą sukienkę, wysłuchała go z uwagą i zainteresowaniem. Okazała się niezwykle pomocna, można by powiedzieć usłużna. Odszukała dwa najważniejsze dzieła opisujące proroków i ich przepowiednie. Książki były zbyt obszerne, aby mógł je przejrzeć jeden człowiek. Daniel potrzebowałby na to wiele dni. Poprosił więc Salome o pomoc. Zgodziła się bez wahania. Ona przeglądała jedno a on drugie dzieło. Szukali daty końca świata, która mu się przyśniła.

– Szukajcie a znajdziecie! – Po trzech godzinach studiowania, z przerwami na obsługę czytelników przybyłych oddać książkę lub wypożyczyć, bibliotekarka głośno wyraziła swoje zadowolenie ze znalezienia poszukiwanej informacji. Corseio zdumiał się; opis i data końca świata były dokładnie takie, jak to widział we śnie. Nie miał wątpliwości, to było proroctwo. Najważniejsze, że daty zgadzały się co do joty: rok, miesiąc i dzień. Oczywiście nie była to data wypisana czarno na białym. Trzeba było ją obliczyć od dnia innego wydarzenia zanotowanego w średniowieczu, udokumentowanego historycznie ponad wszelką wątpliwość. Datę końca świata Daniel obliczył, Salome poprosił tylko o dodatkowe sprawdzenie. Zajęło jej to więcej czasu niż jemu, ale wynik był ten sam.

Następnego dnia Daniel przyniósł jej kwiaty. Była mile zaskoczona. Sprawił jej przyjemność, jej reakcja sprawiła z kolei jemu radość. Wyszedł z biblioteki pogwizdując.

Do krytycznego dnia Corseio przygotowywał się z wielką starannością. Najpierw wszystko sobie przemyślał, potem sporządził listę spraw do załatwienia. Następnie wytypował dziesięć najbardziej znaczących spraw i ponumerował je w kolejności od najważniejszej do najmniej ważnej. Konsekwentnie je realizował, nie spiesząc się; miał dostatecznie dużo czasu. Testament sporządzony kilka lat wcześniej zawiózł do notariusza i zaktualizował. Przy okazji poczynił kilka małych darowizn, resztę zapisał córce. Sprawdził i pospłacał wszystkie długi. Nie było tego wiele; trzy niezbyt wysokie zapomniane kwoty. W ramach zwrotu długów, pooddawał właścicielom pożyczone książki.

Najwięcej czasu zajęły mu kontakty z ludźmi. Zadzwonił do wszystkich osób, z którymi nie widział się lub nie rozmawiał ostatnio, a miał uczucie, że powinien. Uporządkował swoje dokumenty układając je w chronologicznej kolejności i pozostawił je na widocznym miejscu. Potem uporządkował książki na regałach. To było najtrudniejsze. Część odłożył do tekturowych kartonów i pooznaczał je imionami i nazwiskami osób lub nazwami organizacji, do których miały trafić. Część pozostawił córce, aby zdecydowała, co z nimi zrobić. Były to przeważnie pięknie ilustrowane albumy turystyczne. Karty bankowe odłożył do kolorowej, rzucającej się w oczy koperty, pozostawiając wewnątrz kartkę z loginami i numerami haseł dostępu do kont. Stanu posiadania na dwóch kontach, jakie posiadał, nie zapisywał.

– Sami sobie to sprawdzą – pomyślał. Nie miał wątpliwości, że nie musi przygotowywać szczegółowych instrukcji jak przeprowadzać operacje bankowe. Alefa, jej mąż Joao i ich dzieci – więcej rodziny nie posiadał – lepiej radzili sobie z bankami i Internetem niż on sam.

*****

Córka dzwoniła do niego kilka razy, aby zapytać o zdrowie, jak również czy czegoś nie potrzebuje.

Powiedział, że czasowo zawiesił jogging i czuje się bardzo dobrze.

– Miałem trochę czasu i uporządkowałem swoje sprawy i rzeczy. Nie poznasz mieszkania, kiedy tu przyjedziesz. Zawsze mi mówiłaś, że mam bałagan; teraz wszystko jest na swoim miejscu. Nie wtajemniczał Alefy w szczegóły porządków, ani też nie wyjaśnił dlaczego je zrobił. Nie chciał jej martwić. Była ciekawa, pytała o to, wiedziała jednak, że jej nie powie. Lubił być tajemniczy. Rozmawiając z ojcem zadała sobie pytanie, czy ona też będzie taka jak się zestarzeje.

Po ostatniej rozmowie z córką zdenerwował się, po co wszystko tak starannie uporządkował skoro i tak w dniu końca świata wszystko zniknie. Dla ułatwienia sobie sprawy, zadziałała tu jego podświadomość, wytłumaczył sobie, że nie musi to być koniec świata dla wszystkich, tylko dla niego. Zrobiło mu się od razu lżej. Żadną miarą nie zamierzał rezygnować ze swego planu.

– To byłoby coś równie potwornego jak wyrzeczenie się Boga tylko dlatego, że ma się przejściowe wątpliwości.

W dniu zagłady, przed godziną dwunastą w południe przyjął dużą dawkę leków nasennych, aby nie umierać w cierpieniu.

*****

Lekarz szpitala miejskiego na wieczornym obchodzie nie śpieszył się. W towarzystwie pielęgniarki oddziałowej przechodził od pacjenta do pacjenta, sprawdzał efekty wykonanych zabiegów, stan zdrowia, czasem nawet zadawał kilka pytań, coś wyjaśniał lub udzielał instrukcji.

Na karcie pacjenta umieszczonej w nogach łóżka przeczytał na głos: Daniel Euzebio Corseio. Przypomniał sobie telefon kobiety pytającej o jego stan zdrowia. Był jej ojcem; lekarz rozmawiał z nią niezbyt długo. Po zapoznaniu się z danymi zawartymi na karcie, popatrzył na starszego pana z uwagą. Nie pytał o nic tylko wyjaśnił:

– Kiedy przywieziono pana, był pan nieprzytomny. Od razu zrobiliśmy panu płukanie żołądka. To pana uratowało.

Daniel patrzył na niego niepewnie. Stał przed nim młody mężczyzna z siwiejącymi już włosami, jasne kosmyki przeplatały się z ciemnymi. Miał na sobie niezbyt czysty fartuch lekarski. Dziwnie mu się kojarzył: młoda twarz, siwiejące włosy, fartuch budzący wątpliwości szarymi plamami w kilku miejscach. Słuchając lekarza, Daniel był wciąż oszołomiony. Nie mógł przypomnieć sobie, co się stało. Miał niejasne uczucie, że coś mu nie wyszło.

– Przestraszył się pan końca świata?

Pytanie zaskoczyło Daniela. Wybałuszył oczy i milcząco gapił się na pytającego. Nagle przypomniał sobie wszystko. Nic nie odpowiedział, zastanawiał się tylko, skąd lekarz to wie.

– Nie jest pan skromny, co? – padło drugie pytanie. Lekarz przypatrywał mu się z niejasnym uśmiechem na twarzy.

Daniel Corseio poczuł się zagubiony. To były pytania sięgające poza normalne rozumienie świata. Poczuł, że musi coś odpowiedzieć. Postanowił udawać.

– Dlaczego pan o to pyta, panie doktorze? Nie rozumiem, o co chodzi.

– Tylko Bóg wie, kiedy nastąpi koniec świata. A pan uznał, że jest równy Bogu. Czy nie jest to ciężki występek dla człowieka wierzącego?

Corseio pragnął zaprzeczyć, ale coś go powstrzymało. Rozglądał się niepewnie. W końcu pokoju zauważył Świętego Jana. Nie miał co do tego wątpliwości, widział go dziesiątki razy na obrazach, ilustracjach i rycinach. Święty miał nie swoją twarz, ale jego, Daniela Corseio, poruszał szybko językiem i wargami, coś mu tłumacząc. Co do własnej twarzy zamiast twarzy świętego nie miał wątpliwości. Ten sam owalny kształt, wystające kości policzkowe i krzaczaste brwi. Daniel przeraził się i odwrócił głowę. W przeciwległym końcu sali zobaczył drugą postać. Był to Nostradamus. Też miał jego twarz. Daniel zamknął oczy i usłyszał jakby ktoś cicho lecz namiętnie kłócił się z nim. Rozpłakał się.

– Co się panu stało, panie Corseio? Źle się pan czuje? – lekarz i pielęgniarka zaniepokoili się. Podeszli do niego; lekarz zaczął badać puls trzymając pacjenta za nadgarstek, pielęgniarka głaskała go po drugiej ręce dla uspokojenia.

– Jak moja Alefa, kiedy była mała – pomyślał Daniel, wracając wspomnieniem do córki, wówczas małej dziewczynki, pocieszającej go kiedy dowiedział się o samobójstwie przyjaciela.

Daniel odczuł natłok myśli. Nie mógł przyznać się, że chciał się wynieść ponad Boga i decydować, kiedy nastąpi koniec świata. To byłoby świętokradztwo i bluźnierstwo. Przestraszył się, rozglądał się w poszukiwaniu pomocy. Wtedy znowu zobaczył te same dwie postacie stojące w dwóch przeciwległych rogach salki szpitalnej. Przyglądali mu się uważnie i kiwali głowami.

– Chcecie mi wybaczyć? – zapytał niepewnie.

Nic nie odpowiedzieli, wciąż przyglądali mu się pytająco. Widać to było po ich twarzach, które dziwnym trafem przypominały jego własne oblicze, tak jakby to on był w każdym z nich.

– Mam przeprosić Boga?

Obydwaj poruszyli głową potakująco. Daniel zdjął nogi z łóżka, zsunął się na podłogę, ukląkł i zaczął się modlić.

– Zanurzył się w swój świat proroków i przepowiedni końca świata – szepnął lekarz do pielęgniarki pociągając ją za fartuch w kierunku drzwi wyjściowych. Wychodząc, zgasił światło a pielęgniarka zamknęła drzwi. W pokoju pozostała zapalona tylko mała lampka przy łóżku, przy którym klęczał Daniel Corseio wpatrując się to w jednego to w drugiego proroka. Był już spokojny. Wiedział, że ma przeprosić Najwyższego za swoją decyzję, nie wiedział tylko jak.

– W razie czego pójdę do biblioteki i razem z Salome znajdę jakieś rozwiązanie – zdecydował się.

Zanim zasnął zmęczony przeżyciami, postanowił, że kupi jej kwiaty, tylko inne niż cyklameny podarowane ostatnim razem. Cyklameny nie kojarzyły mu się dostatecznie mocno z wiarą w życie.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 8 kwietnia 2020

0Shares

Pozdrowienia na odległość

Drodzy Czytelnicy,

Mając dużo wolnego czasu nie stałem się bardziej twórczy. Dzisiaj nawet we trójkę czy we czwórkę w jednym mieszkaniu można czuć się samotnym. Patrzę przez okno a tam słońce jak w Australii i podobna jak w Australii cisza. Na osiedlu gdzie mieszkam ani żywego ducha. Przypominam sobie plażę w Australii Zachodniej. Ciągnie się aż po horyzont a w połowie drogi widać tylko jedną samotną osobę. To jest dopiero samotność! Można podejść do człowieka i podać mu rękę, a jeśli miły i ładny (miła i ładna) to nawet uścisnąć. Dzisiaj człowiek gotów byłby sobie rękę odgryźć niż wyciągnąć ją do bliźniego. Takiej sytuacji to nawet Biblia nie przewidziała. 

Moc okrucieństwa jest we mnie. Marzę, aby naukowcy lub dzieci wynaleźli nanosiekiereczkę, którą można by koronawirusowi odrąbąć czułki, aby się do nas nie przyklejał. Innym rozwiązaniem jest zorganizować masową imprezę i zaprosić na nią liczne rzesze obywateli. Przerzedzając ich szeregi również zmniejsza się szansę przeżycia wirusa.  

Coś chyba dzisiaj napiszę dla usprawiedliwienia mego okrucieństwa.

Pozdrawiam z odległości minimum dwóch metrów,
Michael Tequila

0Shares

Dziewczyna z pieskiem. Opowiadanie jednoczęściowe.

Fredi żył pragnieniem zakochania się. Miał już dziewiętnaście lat i nie zaznał jeszcze rozkoszy prawdziwej miłości. Niewiele mógł zrobić w tej sprawie ciągu dnia, ponieważ pracował, a praca była absorbująca. Dobrze czuł się z marzeniami o wielkiej miłości; niepokoił się tylko, że ten wspaniały nastrój kiedyś się skończy. Chciałby go jak najdłużej utrzymać. Dotychczas nie spotkał nikogo, z kim mógłbym podzielić się tym niezwykłym nastrojem, porozmawiać, pochwalić się. Czekając na wielką miłość miał nawet wyobrażenie, jak ona będzie wyglądać; usta, oczy, piersi, nogi, nawet głos. O udach i brzuchu wolał nie myśleć, tak bardzo otaczała je tajemnica.

W życiu Frediego były dziewczyny i to nie jedna. Lubił o nich opowiadać. Najchętniej rozmawiał o swoich doświadczeniach miłosnych z przyjacielem. Miał na imię Zeno i był jego rówieśnikiem. Byli nawet do siebie podobni, łączyły ich te same zainteresowania. Fredi opowiadał przyjacielowi o tym, że jak kiedyś zaryczał jak lew, to dziewczyny zbiegły się ze wszystkich stron, oferując mu co miały najlepszego. A to powieść-romans o szalonej miłości, a to pół kilograma orzechów laskowych, za którymi przepadał, a to dobrą radę, jak poprawić sobie cerę lub zmężnieć. Raz jedna dziewczyna przyniosła mu nawet litr mleka prosto od krowy.

– To nie jest zwykłe mleko, tylko ekologiczne. Sama dobroć, prawdziwa rozkosz dla podniebienia – powiedziała to z wielkim przekonaniem. I nie była to reklama, ale najprawdziwsza prawda.

Któregoś dnia, była to pierwsza ciepła wiosenna sobota, Fredi spotkał się po pracy z Zeno i jak zwykle podjął temat pasji i miłości.

– Teraz już ryczę mniej, bo jestem zajęty pracą. Właściwie to prawie w ogóle nie ryczę, tak mnie wyczerpuje to, co robię. Pracuję dla pizzerii, rozwożę na rowerze pizze zamówione przez klientów, nieprzerwanie jestem w ruchu. Oprócz pedałowania po mieście muszę jeszcze biegać po schodach, czasem nawet na piąte piętro jak winda jest zepsuta. Wyżej niż piąte piętro bez windy nie dostarczamy. Tak naprawdę to ryczę tylko w święta kościelne, bo mnie motywują, ale nie państwowe, od czasu jak się przekonałem, że politycy kłamią i to nałogowo.

Nadeszło lato. Od pierwszych dni czerwca Frediego coraz bardziej rozpierało rozkoszne uczucie pożądania. Było ono tak silne, że pewnego dnia krzyczał głośno „Boże dopomóż” w oczekiwaniu życzliwej pomocy. Ten krzyk skierowany do Najwyższego krył w sobie serdeczną prośbę o wielką miłość. Takie rzeczy zdarzały się Frediemu od czasu do czasu. Raz w zapomnieniu na zawołanie „Boże dopomóż!” odpowiedział sam sobie „Bóg zapłać, dobry człowieku!”. Po zastanowieniu się doszedł do wniosku, że była to dziwna i niejasna sytuacja bo słowa nie należały do niego ale były zasłyszane.

Wypowiedział je rano w radio ksiądz Bonafide, o którym mówiono, że to przyszły święty.

– On ma być wkrótce beatyfikowany jako Ojciec od Siedmiu Boleści – w zaufaniu powiedział mu Zeno.

– Jeszcze za życia? – Fredo nie był pewien, czy było to możliwe.

Wkrótce zapomniał o księdzu i beatyfikacji. Żył własnym życiem, pewnym uduchowienia. Pragnienie wymarzonej miłości go nie opuszczało.

W niedzielę obudził się jak zwykle około godziny ósmej rano i pomyślał: – Dzisiejszy dzień przeżyję również w stanie miłosnego uniesienia, może nawet podwójnego, gdyż czuję jak wypełnia mnie balon szczególnie gorących pragnień.

Fredi liczył na cud spotkania dziewczyny gotowej dzielić z nim niezwykłe rozkosze miłosne. Szczerze liczył na to, gdyż życie czasem spełnia nieoczekiwanie ludzkie marzenia. Mieszkał w dwudziestopiętrowym wieżowcu, gdzie okazji do spotkania kogoś interesującego nie brakowało. Był o tym przekonany.

Po wyjściu z mieszkania w celu udania się na przechadzkę spotkał przy windzie dziewczynę. Nie widział jej nigdy wcześniej. Musiała niedawno zamieszkać w bloku. Była to śliczna blondyneczka z koralowymi ustami i marzącymi orzechowymi oczami, nieco niższa od niego. Fredi skoncentrował się i odrzucił od siebie mgliste zamyślenie. Zamienił się cały we wzrok. Oczy lekko przykrył powiekami, aby nie wypaść nachalnie w ocenie dziewczyny. Serce biło mu głośno jak młotem. Bał się, że wystraszy tym piękną nieznajomą.

Kiedy spojrzała mu w oczy, owym powłóczystym spojrzeniem, jakim dysponują tylko niektóre kobiety, nie mógł powstrzymać się od okrzyku:

– Tak chciałbym być piękną, młodą dziewczyną! Być piękną dziewczyną, to dopiero byłoby szczęście! Powłóczyste spojrzenia, oczy jak brzoskwinie, dorodne i soczyste, a u nogi wierny pies!

Nie miał pojęcia, skąd przyszła mu do głowy myśl o zwierzęciu. Kiedy ją ujawnił, dziewczyna popatrzyła w dół. Poszedł za jej wzrokiem. Psa zauważył dopiero po dłuższym wpatrywaniu się w podłogę. Podjęli rozmowę o nim. Był to miniaturowy sznaucer.

Czekając na windę, rozmawiali o psiaku.

– To cudowne stworzonko. Takie aksamitne i posłuszne. Ciocia przywiozła mi go z Anglii. On dobrze rozumie po angielsku. Czy to nie wspaniałe?- Dziewczyna podniosła zwierzę do góry i przytuliła je czule do policzka.

Po zakończeniu rozmowy o psie, Fredi przedstawił się rozmówczyni. Ona krępowała się ujawnić swoje dossier. Zapadło niezręczne milczenie. Po chwili jednak się przełamała, uniosła w górę długie rzęsy i wyjawiła imię: Estassia. Potem mu powiedziała, czym się zajmuje.

Studiowała oczywiście. Tego się spodziewał. Jak tylko ją ujrzał, od razu wiedział, że jest studentką a nie jakąś wyrobnicą na linii produkcyjnej tanich sandałów czy pomocą przy noszeniu worków z ziemniakami, marchewką i pietruszką z samochodu dostawczego do sklepu gdzieś na peryferiach miasta.

O swoich studiach Estassia mówiła szczerze i bardzo konkretnie. Miała znakomite wyniki w nauce.

– Wszyscy mnie lubią, a nawet kochają – dodała opuszczając wzrok.

Fredi przyjął jej nieśmiałość za wyjątkowo pozytywną cechę. Sam był trochę nieśmiały.

– Niektórzy z pewnością nawet pragną – pomyślał. Przeszył go dreszcz pożądania. W duszy widział już moment gorącego zbliżenia.

Estassia mówiła o sobie. Była zachwycająca we wszystkim co mówiła i robiła. . Fredi słuchał jej z napiętą uwagą. Winda jechała, a ona opowiadała. Fredi marzył, aby winda nigdy się nie zatrzymała.

– Rodzice, rodzeństwo, dziadkowie, pies, koleżanki, koledzy. Zapamiętał to wszystko, szczegóły mu się jednak pogubiły. Pożerały go myśli i pragnienia. –

– Chciałbym być chociaż kolegą takiej dziewczyny. Ma cudowne orzechowe oczy. Orzechy dobrze mu się kojarzyły, bo bardzo je lubił. Sam miał oczy koloru zielonkawej butelki dobrze schłodzonego piwa „Chwilowe. Potrójnie warzone”. W wersji eksportowej, niemieckiej, nosiło ono nazwę „Kanclerz”.

W windzie Fredi po raz drugi zdobył się na odwagę. Postanowił być rozmowny, pokazać się z najlepszej strony.

– Pani jest taka piękna! Czy są w ogóle brzydkie dziewczyny?

Popatrzyła na niego surowo, oceniająco, chyba nie podobało jej się pytanie. Po chwili uśmiechnęła się jednak promiennie, jak to potrafią tylko piękne i dobre dziewczyny, i odpowiedziała głosem pełnym słodyczy płynnego miodu akacjowego:

 -Brzydkich dziewczyn nie ma. Są tylko brzydkie kaczątka, a te jak wiadomo …

Młodzieniec wysłuchał z uwagą tej cennej wiadomości. Starał się ją zapamiętać. Nie był jednak w stanie. Tkwił w milczeniu, ponieważ informacja uzyskana od dziewczyny kłóciła się z jego wcześniejszą wiedzą o świecie. Raz widział taką dziewczynę, znaczy się brzydulę; zawstydziła się swojej niepiękności tak bardzo, że przez ten wstyd stała się piękna.

– Tak brzydka, że za piękna – powtórzył Fredi w duchu.

Pies miał na imię Maksio. Fredi był pod wrażeniem, że on sam mu to powiedział. Oczywiście nie w jakiś bezpośredni sposób, ale tak zaszczekał klika razy, że Fredi domyślił się jego imienia. Pomogła mu w tym wzmianka Estassi, na jaką literę zaczyna się imię psiaka. Maksio był tak malutki, że w ogóle nie rzucał cienia. Fredi musiał uklęknąć na podłodze, aby go zobaczyć i pogłaskać. Fredi pomyślał, że może dlatego, że żarówka słabo świeciła. Oczy Maksia świeciły mocniej niż żarówka. Wyglądały jak nafosforyzowane. Maksio był w tym podobny do psa Baskerwilów z powieści Artura Conan Doyle’a. Skojarzenie z literaturą dobrze Frediemu zrobiło. Poczuł, że stoi na pewniejszym gruncie.

Estassię zobaczył ponownie kilkanaście dni później przy tej samej windzie. Na powitanie uśmiechnęła się łagodnie. To rozświetliło jego wnętrze i dodało mu otuchy. Wydała mu się jeszcze bardziej krucha i delikatna niż pierwszym razem. Jego serce zapałało dziwnym uczuciem. Uwierzył, że tym razem dojdzie miedzy nimi do prawdziwego zbliżenia.

Młodzieniec zdobył się na odwagę po raz kolejny i zapytał Estassię o nazwisko. Sam ujawnił swoje przy pierwszym spotkaniu.

Podnosząc oczy podała mu nazwisko przypominające brzmieniem dźwięk upadającej na twardą powierzchnię srebrnej agrafki: Sąsiadeczka.

Oczarowany Fredi czekał, aż powie coś więcej. I rzeczywiście dodała:

– Na imię mam Bliska.

– Bliska. Piękny zestaw – pomyślał Fredi. – Bliska Sąsiadeczka.

– A Estassia? Podała mi pani to imię przy naszym pierwszym spotkaniu.

– Ach! – zaśmiała się serdecznie. – To jest mój pseudonim. Tak mnie nazywają koledzy i koleżanki na studiach.

– A jak się ma pani piesek? – Zapytał uprzejmie Fredi, aby ją wzruszyć ciepłym tonem swego głosu i wspomnieniem ukochanego pupila. Zapytał i ze wzruszenia zapomniał języka w ustach, aby dodać coś jeszcze.

– Dobrze, że gęby nie zapomniałem – pomyślał z niechęcią o sobie. Pocieszył się jednak, że dobrze, że przynajmniej nie zapomniał myśleć. To rzecz nawykowa – doszedł do wniosku. Jak ktoś się przyzwyczai do myślenia, to myśli, a jak się odzwyczai, to nawet nie wie, że warto myśleć.

– Jaki piesek? – odezwała się Bliska Sąsiadeczka.

No, ta miniaturka. Maksio!

– Jest tak mały, że ciągle gubi mi się w trawie. Muszę nosić przy sobie duże szkło powiększające. Wyjęła je z torebki, popatrzyła na trawnik i strasznie się zdenerwowała.

– Maksio, ty gnido! Gdzie się podziewasz, parszywy gnojku? No odezwij się, pieprzona zakało! Chodź tutaj to skopię ci dupę, ty małe gówno! Po chwili powtórzyła po angielsku. Come here, you little shit! I’ll kick your ass!

Fredi przeraził się. Nie miał pojęcia, co Bliska mówi. Nie znał żadnego języka obcego. Poczuł się nieszczęśliwy.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, dnia 30 03 2020

0Shares

Aleksander Cumagin Sake. Opowiadanie. Odc.1-3 (wszystkie).

Odc. 1

Naród pokochał Aleksandra Cumagina Sake na stanowisku prezydenta państwa już od dnia jego nominacji. Był inny niż jego poprzednicy, był najlepszym prezydentem, jakiego można było sobie wyobrazić, krwią z jego krwi i kością z jego kości. Kiedy Aleksander Cumagin udowodnił, że potrafi sprawować urząd z godnością, obywatele co pięć lat zgodnie przedłużałli mu mandat. Prezydent doceniał dobrodziejstwa tytułu i urzędu i szczerze odpłacał narodowi gorącym uczuciem wdzięczności.

Aleksander Cumagin Sake miał marzenia. Po nocach śnił mu się tytuł imperatora. Brzmiał on znacznie poważniej i dumniej niż arcyksiążę, król, cesarz, sułtan a nawet car, władca wszechmocny.

– Car to przeszłość, przeżytek, można by powiedzieć rupieć historyczny, nieładna część światowej tradycji. Dla przykładu, car Iwan Zagwozdny chodził z laską zakończoną ostrym kolcem i żgał w stopę jaśniepanów wyprężonych przed nim w szeregu, aby sprawdzić ich odporność na ból i oddanie najwyższej władzy. Ten tytuł już się przeżył. Niesie złe skojarzenia – wyjaśnił kiedyś przy piwie „Imperial” w gronie najbliższych przyjaciół.

W nocy – trzeba to podkreślić, gdyż Aleksander Cumagin Sake śnił także w dzień – naszło go marzenie, widziadło, niespokojne i intrygujące. Prezydent siedział w fotelu, lekko spocony, w piżamie, przykryty puchową kołdrą krytą jedwabiem. W ręku trzymał wieczne pióro; poruszając nim lekko czekał na ważne dokumenty do podpisu. Myślał o koronie. Podszedł do niego osobisty adiutant, Siewierij Niania, w randze generała lejtnanta, aby go utulić. Aleksandrowi Cumaginowi wydał się kobietą, serdeczną i opiekuńczą.

– Czy ja już jestem imperatorem, Nianiu?

– Nie, jeszcze nie, kochanie. Ale już niedługo – uspokoił prezydenta Niania i poprawił kołdrę.

Rano Aleksander Cumagin Sake czuł się nie najlepiej. Chodził po wysokich schodach w górę i w dół, w dół i w górę, aby sprawdzić, czy ogromne drzwi jego pałacu otwierają się i zamykają równie łatwo i bezszmerowo jak poprzedniego dnia. Martwił się. Miał ku temu powody. Poprzedniego dnia ktoś strzelał za oknem pałacu. Prezydent chwilę potem usłyszał głuchy odgłos padającego na ziemię ciała. Było to z samego rana. Potem nastąpiło coś, o czym nigdy wcześniej nie słyszał. To znaczy słyszał, ale nie miał pojęcia, że mogło to być tak wielkie i w dodatku tak milczące.

Z centrum miasta, w kierunku jego pałacu, pełznął wielki wąż, potwornie długi i rozlewał się po ulicach. Na grzbiecie niósł czerwone transparenty i potwornie milczał. To milczenie było najstraszniejsze, ponieważ milczał o ludziach zmarłych i zabitych potajemnie, i chociaż milczał, to żyjący wiedzieli, o kogo chodzi. Chodziło o tych, co nie potrafili trzymać języka za zębami, określali się jako konkurencja legalnej władzy i mówili o nieuczciwym bogaceniu się, despotyzmie i bezprawiu.

Niektórzy obywatele uważali takie zachowania za antypaństwowe i godne potępienia, ponieważ wąż podawał w wątpliwość i kwestionował to, co oni uważali za prawdę. Byli to ludzie, którzy wierzyli Aleksandrowi Cumaginowi bez granic; był dla nich wielkim człowiekiem, niezwykłym przywódcą, wspaniałym wodzem.

Na wiadomość o pełznącym monstrualnym wężu i jego podstępnym milczeniu Aleksander Sake zareagował spokojnie i rozważnie. Wiedział, co zrobić. Polecił rozesłać kondolencje, szczere, najszczersze, rodzinom tych obywateli, którzy tajemniczo zginęli, co uczyniono bezzwłocznie. Wtedy uspokoił się.

W pałacowym gabinecie, gdzie prezydent miał swoje biurko, stała w rogu bardzo stara, prawie antyczna, bogato rzeźbiona szafa. Prezydent nigdy jej się bliżej nie przyglądał.

– Stoi sobie, to stoi – myślał, nie angażując się w rozważania, jakie to ma znaczenie dla kraju lub choćby tylko dla niego.

Tym razem spojrzał na nią uważniej, miał akurat chwilę wolnego czasu, i dostrzegł na jej szczycie – ku swemu zdumieniu – błyszczącą klejnotami koronę. Taką, jaką noszą tylko najwięksi władcy. Prezydent wstał zza biurka i zadał sobie trud, aby podejść do szafy. Nie musiał tego robić, bo przecież mogłaby przynieść mu ją służba pałacowa, ale zrobił. Stojąc przy szafie wspiął się na palce i usiłował dosięgnąć korony. Była zbyt daleko; gabinet był większy niż największy salon pałacowy, a szafa odpowiadała mu wielkością i splendorem.

W końcu prezydentowi udało się zdjąć koronę z szafy korzystając ze stojącego niedaleko krzesła. Przymierzył ją. Pasowała jak ulał. Idealnie odpowiadała jego marzeniom bycia imperatorem, któremu taka korona przysługuje z urzędu. Aleksander Cumagin Sake zdjął ją z głowy i ostrożnie umieścił z powrotem na szafie, po czym obrócił się na pięcie dookoła własnej osi. Zrobił to trzy razy, bo był przesądny. Chwilę później znowu przymierzał koronę. Nie pasowała!

Próbę z przymiarką korony powtórzył kilka razy, osiągając te same wyniki. Raz pasowała, raz nie pasowała. To go rozeźliło. Aby uspokoić się wrócił do biurka, gdzie leżała kulka z napisem „Demokracja”. Była spora, plamiasta. Lubił używać ją do zabawy jako prestidigitator. Był to jego drugi zawód, o którym nikt nie wiedział. Pierwszy znali wszyscy, nie tylko w kraju, ale i na świecie. To, że o drugim nikt nie wiedział, utrzymywało prezydenta w pogodnym nastroju niewinności.

Sztuczka, jaką ćwiczył, polegała na tym, że kiedy otwierał dłoń z kulką, raz pokazywała się ona z napisem „Demokracja jest!”, a drugi raz z napisem,” Demokracji nie ma!”. Lubił to ćwiczyć, bo zmiany napisów go bawiły.

– Kiedyś pokażę ją tym amerykańskim i europejskim zarozumialcom, którzy dybią na mój kraj i majątek. – Pomyślał sobie. – Ech, co to za majątek! Takiego majątku nie ma nikt na świecie! – Westchnął z radością, która wypełniła go po brzegi jak szampan wypełnia kielich.

Po nacieszeniu się myślą o ogromie władzy i nieprzebranym majątku, Aleksander Cumagin Sake usiadł w swoim fotelu za wielkim hebanowym biurkiem i zaplanował nowy dzień. Myślał o nowych wyborach, choć nie musiał, bo popierały go rzesze obywateli, którzy go uwielbiali.

– Nie wszyscy, ale solidne osiemdziesiąt pięć procent. To mi wystarcza. Nie jestem chciwy. Wszyscy to wiedzą. A jak nie wiedzą, to tylko dlatego, że są głupi – tak sobie tłumaczył swoje myśli.

Wszystko byłoby piękne, gdyby nie wąż, który powrócił tydzień później i wszedł na Plac Prezydencki, aby pozostać tam na stałe i strasznie milczeć. Co gorsze, wąż powiedział mu we śnie:

– Będę tu czekać aż do skutku.

Prezydent wiedział od doradców, że gada podesłała mu opozycja, wrogowie państwa. Regularnie potępiał ich publicznie, aby naród wiedział, kto dobrze a kto źle mu życzy. Obywatele cenili otwarte i rzeczowe wystąpienia prezydenta. Były dla nich ważne, bo w czasach opozycji nie powodziło im się najlepiej.

Wroga choć niezdarna krytyka opozycji nie zniechęcała Aleksandra Cumagina Sake do otwartości w polityce krajowej i zagranicznej. Prezydent cenił dyplomację oraz uzbrojoną po zęby armię. Używał jej w celach obronnych, aby zniechęcić wrogów swojej ojczyzny, zwłaszcza tych najbogatszych, do myślenia o inwazji. To było ważne, ponieważ nie zamierzał dopuścić do sprowadzenia swego kraju do roli podnóżka, chłopca do bicia. Obywatele cenili go za wyjście naprzeciw wrogom z otwartą przyłbicą.

Prezydent lubił także podróżować. Celem jego podróży nie był wypoczynek, jak robi to zwykły człowiek pracy, ale pokazanie, jak piękny i bogaty jest jego kraj oraz jak silny i zwarty jest jego naród. Prezydent cenił sobie najbardziej oficjalne wizyty zagraniczne, różne grupy oznaczane symbolami cyfrowymi, A3, G8 czy nawet ZTP12, ponieważ jego udział w ich spotkaniach przynosił krajowi same korzyści. Pisała o tym obszernie prasa rządowa. Były to tak ważne wydarzenia, że w małych miasteczkach i na wsiach samoistnie organizowały się publiczne dyskusje na ich temat, aby wszyscy obywatele zrozumieli ich doniosłość.

Odc. 2

Aleksander Cumagin Sake dbał także o tradycję. Była dla niego święta. Najważniejsze były w niej wygrane wojny i ich bohaterowie, ci zabici na polu walki i ci zmarli z głodu lub choroby. Kiedy o nich myślał, wzdychał:

– To były ciężkie a zarazem heroiczne czasy. Taka jest nasza historia.

Z okazji rocznicy ostatniej zwycięskiej wojny obronnej organizował co roku wielką defiladę wojskową. Nikt inny na świecie nie był w stanie zorganizować takiej defilady; wywoływała ona w obywatelach głębokie i szlachetne wspomnienia. Było to wspólne święto całego narodu.

Defilada stanowiła wielkie przeżycie dla wszystkich. Zachwyt budziły nogi, ręce i korpusy żołnierzy poruszające się z dokładnością zegarka i ostrością bagnetu, raz-dwa, raz-dwa, raz-dwa, i ich podkute buty trzaskające o asfalt, aż sypały się iskry. Każdy obywatel przeżywał defiladę tak, jakby była ona zorganizowana na jego cześć. Zabierał jej cząstkę do domu. Dzięki prezydentowi Sake pamięć o wojnie i jej bohaterach pozostawała wciąż żywa, mimo że sama wojna skończyła się osiemdziesiąt lat wcześniej.

Obywatele byli tak zakochani w defiladzie i innych wielkich uroczystościach państwowych, że nawet biurokracja, przekupstwo czy bylejakość codziennego życia wydawały im się bardziej naturalne i do zniesienia. Byli za to wdzięczni prezydentowi Sake, bo to on wszystko sponsorował, organizował i opłacał.

Niezbyt wysoki, ale dobrze zbudowany, Aleksander Cumagin Sake reprezentował także walory osobiste, dając innym przykłady odwagi, mądrości i dobroci. Był wzorem, żaden mężczyzna nie był w stanie mu dorównać. Pokazywała to telewizja; jak walczył z niedźwiedziem, latał motolotnią ze stadem dzikich łabędzi oraz nurkował w lodowatej wodzie na głębokość dziesięciu metrów, aby bratać się z morsami i fokami. Obywatele szanowali go także za to, że w najcięższych chwilach był poważny i opanowany. Dawało im to siłę do zmagania się z trudnościami codziennego życia.

Kiedy Aleksander Cumagin Sake przyleciał z oficjalną wizytą do Republiki Elamu, na lotnisku przy powitaniu zagrano hymn narodowy Bizantu. Prezydent słuchał i uszom nie wierzył. Był to hymn zupełnie innego kraju. To, co się stało, reporter dziennika stołecznego opisał dwoma zdaniami.

– Aleksander Cumagin Sake zdrętwiał, zastygł, w końcu zamarł z wrażenia. Jego twarz stała się kamienna i taka już pozostała.

Lekarze osobisty prezydenta stwierdził, że był to uraz psychiczny, który należy leczyć.

– To było nie do zniesienia. Nikt nie był w stanie przeżyć takiego szoku bez urazu – podsumował lekarz w wywiadzie telewizyjnym.

Po zakończeniu rozmów z przywódcą Elamu, generałem Sufraginem, Aleksander Cumagin odleciał wieczorem do kraju. Lot trwał nie dłużej niż półtorej godziny. Po przylocie prezydent miał od razu udać się na wypoczynek do pałacu prezydenckiego. Pracownicy i służba zawsze byli uprzedzeni, kiedy prezydent był już w drodze do domu.

Dwie godziny później adiutant Niania wybiegł pełen niepokoju ze swojego pokoju i pobiegł do sekretariatu prezydenta. Był zdenerwowany brakiem wiadomości, gdzie jest i co robi prezydent.

– Gdzie on jest? – adiutant rzucił pytanie sekretarce. Spodziewał się natychmiastowej i uspokajającej odpowiedzi.

– Aleksander Cumagin Sake … jest już w stolicy.

– Ale gdzie w stolicy? – wrzasnął Niania do sekretarki. Nie otrzymał jednak odpowiedzi. Miejsce pobytu prezydenta skojarzyło się Niani zupełnie bezsensownie z więzieniem Varlam. Dziwił się sam sobie. Było to głupie i niepotrzebne skojarzenie.

– To ta cholerna opozycja. Sukinsyny – zawołał z wściekłością i wyszedł z sekretariatu trzaskając drzwiami. – Zawiadom mnie jak tylko będziesz wiedziała – rzucił sekretarce przez ramię.

Po powrocie z Elamu mimo interwencji lekarskiej twarz prezydenta pozostała kamienna. Widać to było wyraźnie kiedy występował w telewizji. Nie był to widok przyjemny ani obojętny dla obywateli Bizantu. Oczekiwali, że lekarze coś zrobią i prezydent wróci do swej poprzedniej formy. Minęło kilkanaście dni i nic takiego nie nastąpiło. Ludzi spekulowali na temat umiejętności lekarzy prezydenta w najbardziej nieodpowiedzialny sposób. Ktoś powiedział z przekonaniem, że drętwota zniknie z twarzy prezydenta wraz z nadejściem wiosny.

Sam prezydent, choć czuł się niezręcznie, zachował spokój i powagę. Zapytany w wywiadzie, dlaczego nie uśmiecha się, Aleksander Cumagin Sake odpowiedział:

– Nie mam teraz ku temu powodów. Mam dużo pilnych i ważnych spraw na głowie. Muszę się bardzo koncentrować, aby sobie z nimi poradzić, mimo że do pomocy rąk mi nie brakuje. Usilnie staram się doprowadzić do zakończenia konfliktów zbrojnych w kilku częściach świata. Moje wysiłki są jednak torpedowane przez duży kraj, w którego interesie leży, aby ludzie nadal umierali. To okrutne – mimo wzruszenia prezydent zachował kamienny wyraz twarzy.

Dziennikarze rządowych mediów stwierdzili, że Aleksander Cumagin Sake wykazuje nadzwyczajne poczucie rozwagi i zaangażowania. Ludzie niechętni prezydentowi byli jak zwykle innego zdania. Prasa zagraniczna z jakichś względów nawet nie wspomniała o jego wypowiedzi.

Odc. 3

Po dziesięciu latach rozwoju kraju i wzrostu jego pozycji międzynarodowej społeczeństwo doceniło zasługi prezydenta nadając mu tytuł i order Aleksander Cumagin Sake – Słońce Narodu. W stolicy zorganizowano wielką fetę i bawiono się do rana. Było to coś w rodzaju balu maskowego w najlepszym stylu, bez wygłupów czy ekstrawagancji. W zabawie uczestniczył także sam prezydent. Miał na sobie strój Pater Patriae, Ojca Ojczyzny, wzorowany na ubiorze Marka Furiusza Kamillusa, dowódcy rzymskiego, sześciokrotnego trybuna wojskowego, autora wielkich zwycięstw. Główną część stroju stanowiła zbroja, zdobna u dołu krótką suknią, oraz nakolanniki. W historycznym stroju prezydent wyglądał imponująco. 

Dla urzędnika Igora Carpatiu z Ministerstwa Aprowizacji, Aleksander Cumagin Sake był nie tylko wielkim przywódcą, ale także bohaterem i gwiazdą. Sam Carpatiu wyglądał raczej skromnie. Niezbyt wysoki, przygarbiony, przyzwoicie choć niewyszukanie ubrany, zawsze w garniturze, był urzędnikiem średniego szczebla w Ministerstwie Aprowizacji. Żonaty, z dwójką dzieci, uważał się za zwyczajnego, nieco wyżej niż przeciętnego obywatela, pragnącego normalności w życiu, rozsądnego dobrobytu i dobrego samopoczucia dla siebie i innych.

W pracy Igor Carpatiu nosił ksywę Szarak. Tak go nazwano, ponieważ lubił określać siebie jako „zwyczajny szary obywatel”. Koledzy i koleżanki w pracy byli ostrożni wobec niego, ponieważ był niezwykle gorącym zwolennikiem silnej władzy, w szczególności Aleksandra Cumagina, który kiedyś przyznał i wręczył mu order Wybitnego Urzędnika Państwowego za zasługi dla kraju.

Szarak źle znosił krytyków władzy. Nie mieli w sobie umiaru. Czasem żona go pytała, jak zmienia się służba zdrowia, emerytury, zatrudnienie czy dochody przeciętnego obywatela. O szkolnictwo nie pytała, bo była nauczycielką. Cierpiała na uczucie niezaspokojonej ciekawości, co dzieje się w kraju. Zawsze chciała z kimś porozmawiać a on akurat najczęściej był pod ręką.

– Co o tym sądzisz? – pytała. – Pracujesz w ważnym ministerstwie i z pewnością masz lepsze rozeznanie niż ja.

Na zaczepki żony Igor nie odpowiadał, zbywał je jakąś wymówką, najczęściej, że jest akurat bardzo zajęty. Potem mruczał tylko do siebie:

– Głupia baba! Szuka dziury w całym.

W sobotę rano Igor Carpatiu wybrał się na spacer. Myślał o wielkiej polityce, o sprawiedliwości i dobrobycie. Szedł wzdłuż muru okalającego pałac prezydencki kiedy z bocznej bramy wyszedł Aleksander Cumagin Sake w asyście ochroniarzy i sekretarza. Szedł w jego kierunku.

– Prezydent wychodzi na spacer podobnie jak ja. Co za wspaniały człowiek! – pomyślał Carpatiu i poczuł nagły przypływ radości i energii, i ciepło słońca choć dzień być chmurny. Zwolnił kroku i obserwując prezydenta wyobrażał sobie, jak kroczy w jego kierunku po czerwonym dywanie spokojnie, równo, z prawą ręka lekko usztywnioną, uśmiechając się po ojcowsku. Naszły go wspomnienia ostatniej parady wojskowej, niezwykle bogatej: czołgi, działa, rakiety, samochody opancerzone, nad głową warkotliwe helikoptery i huczące samoloty. I żołnierze, tysiące żołnierzy, a po bokach trasy przemarszu wojsk i na sąsiednich ulicach setki policjantów dla zapewnienia bezpieczeństwa i porządku.

Myśli Carpatiu, zwykłego urzędnika, Szaraka, jak mówił sam o sobie, poszybowały w górę. Przypomniał sobie ostatnie osiągnięcia i zdobycze kraju:

– Zachara jest już nasza. Wkrótce zdobędziemy jeszcze więcej. Będziemy bogatsi i potężniejsi. – Przypomniał sobie wrogów Bizantu, o których często mówił Aleksander Cumagin Sake. Pod wpływem wspomnień Igor Carpatiu zaczął się zastanawiać:

– Co dał nam Zachód? Patelnię teflonową? Komputer? Internet? MacDonalda? Był patriotą. Nie pytał w swoim imieniu, ale całego narodu. 

Zaśmiał się szyderczo w duchu. – To my im dajemy ropę i gaz. Bez nas nie przeżyliby nawet tygodnia.

A co dał nam i światu Aleksander Cumagin Sake? Wszystko! Poczucie bezpieczeństwa, siły, szacunek u innych. Radość rozlała się w Szaraku jak wódka. – O właśnie! – przypomniał sobie. – On nawet obniżył cenę wódki! Żaden z jego poprzedników tego nie zrobił. A przecież wódka jest ważna. Bez niej nie byłoby żadnego wesela, imienin czy chrzcin dziecka. Szarak wzruszył się wspomnieniami z przyjęcia z okazji chrztu swojej najmłodszej córeczki, ukochanej Oli.

Naładowany pozytywną energią szedł w kierunku prezydenta, aby go pozdrowić i uścisnąć mu prawicę, jeśli tylko byłoby to możliwe. Wierzył, że to możliwe, liczył na to. Szedł i cieszył się. Nagle wyrosło przed nim trzech mężczyzn. Usiłował coś im powiedzieć, kiedy rozległy się strzały. Carpatiu poczuł penetrujący ból w klatce piersiowej a sekundę później eksplozję w głowie.

Aleksander Cumagin Sake podszedł bliżej i spojrzał w gasnącą twarz mężczyzny. Przyglądał mu się, jakby chciał sobie coś przypomnieć. Obrócił się w kierunku swoich ludzi. 

– Pamiętam go. Rok temu wręczałem mu order Wybitnego Urzędnika Państwowego. Za wieloletnią, oddaną służbę ojczyźnie. To prawdziwy patriota. Jego nazwisko … Tak, tak! Przypominam sobie: Igor Carpatiu. Spokojny obywatel, pracowity urzędnik i dobry ojciec. Zapiszcie! Zorganizujemy mu pogrzeb na koszt państwa i damy piękny nagrobek. Musimy wyróżniać naszych najlepszych obywateli.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, dnia 24.03.2020

0Shares