O Michael Tequila

Z wykształcenia doktor nauk ekonomicznych. Kariera zawodowa: handel zagraniczny (m.in. praca na stanowisku attache handlowego i radcy handlowego w Polskiej Ambasadzie w Bogocie), bankowość (kierownik planowania strategicznego w banku australijskim) oraz nauczanie (wykładowca akademicki w zakresie marketingu, zarządzania strategicznego i etyki biznesu), tłumacz polsko-angielski akredytowany przez NAATI, Australia. Członek SA Writers Centre Inc. (Związek Pisarzy Południowej Australii). Hobby i zainteresowania: twórczość literacka, psychologia, pływanie, jazda na rowerze. Miejsca zamieszkania: Bogota, Ateny, Adelajda, Gdańsk.

Piramida snów. Opowiadanie fantastyczne. Odc. 4

Myśl o tym, że ktoś odwiedzał Irenę pod nieobecność jej męża, prześladowała Sefardiego. Był świadomy, że to, co powiedział w obecności jej męża, było kłamstwem od początku do końca, ponieważ kobieta, która otworzyła drzwi mężczyźnie, to nie była Irena.

– Dlaczego ja to zrobiłem? – Kiedy zadał sobie to pytanie po raz kolejny, zstąpiło na niego objawienie.

Podświadomie chciał jej rozwodu. Marzył, aby się rozwiodła, ponieważ jej pragnął. Zawsze mu się podobała; kiedykolwiek ją widział, żądza ogarniała jego duszę i paliła ciało.

Rozwód Ireny nastąpił po kilku miesiącach. Kiedy były mąż wyprowadził się z mieszkania, Sefardi dwa razy rozmawiał z nią. Rozmowy wydały mu się dziwne; mało interesujące, bez polotu, nie to, czego oczekiwał. Namiętne, skrywane uczucie do Ireny wyparowało, sam nie wiedział kiedy i jak. Nie czynił sobie z tego powodu wyrzutów, ani z powodu doprowadzenia do rozpadu jej małżeństwa; uznał, że kompletnie nie pasują do siebie.

*****

Po incydencie z rozwodem, Sefardi prowadził życie, które jemu samemu wydawało się coraz dziwniejsze. Mimo sprawności fizycznej, zdarzały mu się częściej chwile niepohamowanej senności. Prowadząc samochód, zasypiał nagle na środku drogi w największym nawet ruchu, kiedy uwaga jest najbardziej napięta. Na szczęście były to mikro sny, trwające kilka sekund, po których budził się w nagłym przerażeniu. Raz nieomal utonął w basenie kąpielowym; z trudem utrzymał głowę nad powierzchnią, płynąc do drabinki wyjściowej. Innym razem wjechał na betonowy słup podtrzymujący strop w podziemnym garażu.

Mimo jawnych niedomagań z trudem zdecydował się, aby udać się do lekarza. Poddał się wielu badaniom, nie przyniosły one jednak nic konkretnego. Mogło być wiele przyczyn jego problemów. Żadna z nich nie tłumaczyła przekonująco sytuacji.

Myślał wtedy, że organizm ludzki jest tworem najbardziej skomplikowanym na ziemi. Swoimi myślami i przypuszczeniami nie dzielił się z nikim. Wiedział, jaka będzie reakcja. Będą go dopingować i dawać rady.

– Napij się mocnej kawy!

– Weź się uczciwie do roboty, to ci przejdzie!

– Nie marudź, tylko kopnij się w siedzenie!

Były to zachęty najczęściej przyjazne, rzadko kiedy uszczypliwe, w sumie jednak głupie i bez polotu, bo większość proponowanych rozwiązań już wcześniej sprawdził.

Co go trapiło najbardziej, to poczucie, jakby ktoś nim manipulował, jakby jego sen nie należał do niego, był czymś obcym w jego głowie, szalejąc tam niby rozbrykany źrebak, który nie wie, co ze sobą zrobić. Będąc człowiekiem raczej zamkniętym, otwierał się tylko wtedy, kiedy napotkał kogoś intrygującego, kto mniej mówił, a więcej słuchał zadając mu od czasu do czasu jakieś niebanalne pytanie. To go uruchamiało.

Po nieudanych wizytach i badaniach zleconych przez specjalistów, sam zaczął dociekać, co mu dolega, notować fakty, analizować, dochodzić do wniosków. Po kilku tygodniach zauważył, że – mniej więcej od trzydziestego roku życia – jego senność pozostała taka sama, ale zmienił się przebieg i treść jego snów. Stały się dziksze, zaskakujące, bardziej intensywne, nieprzewidywalne. To była jego pierwsza obserwacja. Druga była taka, zjawiła się nieco później, że sny powtarzają się, jakby się zapętliły w pewnym wzorze.

0Shares

Prezentacja „Kreatywność w starszym wieku”

Dnia 19.11.2019 o godzinie 18.30 będę mieć prezentację na powyższy temat w Bibliotece Publicznej na Ulicy Wyrobka 5A (Biblioteka Morena) w dzielnicy Gdańsk Piecki-Migowo.

Prezentację tę planuję także w innych filiach biblioteki publicznej w Gdańsku. 

Cytat z  książki Antoniego Kępińskiego „Rytm życia”:

„Podobnie jak jesień może być najpiękniejszą porą roku, tak i starość może być najlepszym okresem życia, w którym osiąga się życiową mądrość i czuje prawdziwy smak życia, a to, co się w ciągu życia przeżyło, daje poczucie rzetelnego dzieła. Bywają jednak jesienie słotne i bezowocne i starość też jałowa, bolesna, a nawet tragiczna być może.

Jest to spotkanie na temat, jak być osobą aktywną kreatywną, twórczą, o udanym starzeniu się, uczestnictwie w tym, co nas rozwija, wzbogaca, zapewnia dobre samopoczucie, sprawia nam przyjemność, podnosi naszą wartość we własnych i cudzych oczach, pozwala zapomnieć o ograniczeniach i problemach, ułatwia ich pokonywanie.

Definicja: Kreatywność można określić jako zdolność tworzenia (i odtwarzania) oryginalnych, nowatorskich, użytecznych idei i rzeczy. Odnosi się nie tylko do działalności artystycznej, ale także do rozwiązywania problemów, adaptacji, samoekspresji. Kreatywność to zdolność myślenia i postępowania odmiennego od konwencjonalnego, typowego, zwyczajowego.

Obszary kreatywności: aktor, autor piosenek, choreograf, dyrygent, kompozytor, malarz, muzyk, piosenkarz, pisarz, poeta, producent telewizyjny, promotor kultury, reżyser filmowy, twórca programów tv, rzeźbiarz, tancerz, dziennikarz, wydawca książek.

Znaczenie kreatywności w życiu starszych ludzi:

  1. Ułatwia interakcję społeczną, kontakty z otoczeniem
  2. Zwiększa naszą zdolność poznawczą – pobudza intelektualnie, emocjonalnie
  3. Zwiększa poczucie własnej wartości
  4. Jest mechanizmem dostosowawczym. Ułatwia dostosowywanie się do zmian, radzenia sobie z wyzwaniami codziennego życia. 

Przykłady twórczej aktywności w starszym wieku

  • Leonardo da Vinci, obrazy: Mona Lisa 51 lat, Autoportret 60 lat, Jan Chrzciciel 61 lat, Bachus 63 lata, rzeźba koń i wojownik 67 lat. 7000 stron notatników z rysunkami, szkicami naukowymi i notatkami.
  • Michelangelo (Michał Anioł): malarstwo, rzeźba, poezja, architektura. Sąd Ostateczny (Kaplica Sykstyńska) 66 lat, rzeźby Pieta Rondanini 89 lat, Pieta Florencka 78 lat. 
  • Carmen Herrera, malarka, pierwszy obraz sprzedała w 81 lat, ostatnio wystawa w Whitney Museum of Art (wiek 101 lat).
  • Paul Cézanne, impresjonista, żył 67 lat, malował całe życie: Gracze w karty (57 lat), Wielkie kąpiące się (67 lat)
  • Grandma Moses, żyła 101 lat, poważnie zaczęła karierę malarską w wieku 78 lat.
0Shares

Piramida snów. Opowiadanie fantastyczne. Odc. 3.

Kolejnego dnia, była to sobota z niebem zaciągniętym szarymi chmurami, Sefardi zjadł śniadanie wcześniej niż zazwyczaj. Był to skromny posiłek: sałatka z cienko krojonego pomidora z dodatkiem cebuli i pestek dyni, lekko posolona, plus dwie kromki chleba z masłem. Była to kara za późne i zbyt obfite jedzenie poprzedniego wieczora.

Wkrótce poczuł nagłą senność. Nie bronił się przed nią; miał źle przespaną noc, po ciemku długo chodził po mieszkaniu. Zamknął uchylone okno i położył się na brzuchu na tapczanie. Spał wyjątkowo długo. Dopiero kiedy był już bliski przebudzenia, naszedł go sen. Śniło mu się, że spaceruje po ogrodzie swojej posiadłości w Oricono. Pierwszy raz słyszał tę nazwę; podobała mu się. Brzmiała egzotycznie, wzmacniała baśniową atmosferę, która otaczała ogród. Kiedy dotarł do jego krawędzi, drogę zamknął mu mur porośnięty pnącymi roślinami. Skojarzał mu się ze Ścianą Płaczu w Jerozolimie, prawdopodobnie dlatego, że było bardzo ciepło, a otwarty fragment muru przypominał kamienne bloki historycznej ściany.

Po prawej stronie Sefardi zauważył drabinę. Stała oparta o mur i wydawała się niezbyt wysoka. Nie było widać jak daleko sięga, ponieważ jej koniec zasłaniały liście i kwiaty pnącej się w górę rośliny. Kwiaty miały kształt dużych, niebieskich kielichów, postrzępionych na końcach. Sefardi zbliżył się i powąchał jeden z nich; zapach był wyczuwalny, półsłodki i duszący. Wciągnął powietrze w płuca kilka razy, aby go zapamiętać.

Nie zwlekając podjął wspinaczkę po drabinie, odkrywając wciąż nowe stopnie. W pewnym momencie poczuł strach, nie śmiał jednak spojrzeć w dół; bał się wysokości i nagłego zawrotu głowy. Kiedyś wchodził po stalowych prętach na szczyt wielkiego eukaliptusa, skąd obserwowano pożary lasów. Doszedł tylko do połowy drzewa i wrócił; pozostały mu niedobre wspomnienia.

Kiedy to sobie przypomniał, nie patrząc w dół zszedł na ziemię. Oddalił się kilka kroków od drabiny, aby ocenić, jak naprawdę jest ona długa. Widok zaskoczył go; po jej prawej stronie stało kilka innych drabin, wyglądały jakby były namalowane, przypominając szerokie słupy z nacięciami albo schody. Przyglądał im się, w końcu wybrał jedną z nich i podszedł bliżej. Był to obraz drabiny prowadzącej do nieba. Szczegóły podawała znajdująca się obok mosiężna tabliczka: „Ladder of Divine Ascent, Saint Catherine Monastery, Mount Sinai, Egypt, XII century. Obraz był kolorowy i bardzo sugestywny.

Kiedy Sefardi przeglądał się postaciom wspinającym się po drabinie, znikały po kolei jakby ustępując mu prawa pierwszeństwa do skorzystania z niej. Im wyżej wchodził, tym ciekawszy roztaczał się z niej widok. Na wysokości kilkunastu metrów – oceniał odległość spoglądając w dół – zobaczył budynek stojący przed oknami jego mieszkania na osiedlu Oaza, gdzie mieszkał od sześciu lat. Przed drzwiami do klatki schodowej stał mężczyzna. Po chwili drzwi się otworzyły i ukazała się szczupła i blada twarz kobiety, okolona czarnymi kręcącymi się włosami. Sefardi poznał ją od razu; była to sprzedawczyni sklepu obuwniczego z pobliskiego centrum handlowego. Znał dobrze z widzenia ją i jej męża. Wiedział nawet, jak ma na imię: Irena. Kobieta rozejrzała się na boki sprawdzając, czy nikt nie patrzy i wciągnęła mężczyznę do środka. Sefardi był przekonany, że byli kochankami, że zaprosiła gacha do siebie pod nieobecność męża. Był zdziwiony, bo małżeństwo wydawało mu się bardzo przykładne, mieli dwójkę dzieci i często razem wyjeżdżali rowerami na wycieczkę.

Kilka dni później zobaczył ją na osiedlu, razem z mężem i dziećmi. Wyszli na spacer. Zatrzymał się, aby ich pozdrowić i zamienić kilka słów. Sam nie wiedział dlaczego wyznał nagle, kłamiąc częściowo:

– Proszę sobie wyobrazić, że widziałem panią we śnie, w minioną sobotę, około godziny dziesiątej rano. Bylem na drabinie w ogrodzie mojego pałacu w Oricono i widziałem, jak otworzyła pani drzwi mężczyźnie. Widziałem go tylko z tyłu. Pomyślałem, że to pani mąż, że zapomniał lub zgubił klucz, i pani wyszła, aby otworzyć mu drzwi, bo prawdopodobnie nie było prądu i nie można było wejść używając kodu.

Kobieta zmieszała się, mąż popatrzył na nią zdezorientowany. Przyciszonym głosem wymienili kilka zdań ze sobą. Po chwili przeprosili Sefardiego, wymawiając się, że bardzo się spieszą.

Jakiś czas później doszła do Sefardiego wieść, że się rozwodzą. Pomyślał wtedy, był nawet pewny, że sen ukazał mu rzeczywistość, że był to sen proroczy, który w jakiś niesamowity sposób ubiegł zdarzenia z życia dwojga ludzi, których znał. To tylko potwierdziło jego wcześniejsze przypuszczenia, że czasem śniło mu się coś, o czym później dowiadywał się, że była to rzeczywistość a nie sen.

– To chyba działa w obydwie strony – pomyślał. – We śnie widzę to, co się dopiero zdarzy, albo coś, co się już zdarzyło, lecz potwierdza się dopiero później w rzeczywistości.

Drabina do nieba, która wedle Biblii śniła się Świętemu Jakubowi, utkwiła Sefardiemu w głowie niby gwóźdź wbity w twardą deskę. Szukał informacji o niej w kilku źródłach. Im więcej czytał, tym bardziej go niepokoiła. Postanowił zdać się na rozwój wydarzeń, zobaczyć, czy jego sny będą nadal się sprawdzać. Czuł się jak medium spirytystyczne; było mu z tym głupio. Lekarka domowa, która go odwiedziła w domu, kiedy się poważnie przeziębił, zasugerowała mu, że jego niezwykle sugestywny, kolorowy sen mógł być efektem farmaceutyków, jakie mu wcześniej zapisała. Nie uwierzył w to, bo nigdy go nie ostrzegała o takiej możliwości. Pomyślał tylko, że być może podziałał na niego zapach niebieskich kwiatów.

Przekraczanie granicy snu i rzeczywistości, jawy i snu, był dla niego zapowiedzią przyszłości, która zaczęła odkrywać swoje tajemnice. Myślał o kombinacji różnych zjawisk: ludzkich pragnień i namiętności, manipulacji społecznej, narastających zaburzeń psychicznych widocznych także u dzieci, stresu, postępów inżynierii genetycznej i sztucznej inteligencji oraz wpływu urządzeń elektronicznych na człowieka. Ten niezwykły świat wciągał go, niepokoił a zarazem intrygował.

0Shares

Piramida snów. Opowiadanie fantastyczne. Odc. 2

Obudziłem się z poczuciem niezwykłości wyobrażeń i przeżyć piramidy snów. Była to prawdziwa ekwilibrystyka. Czułem się wspaniale uczestnicząc w tańcu przechodzenia ze skromnej sypialni do arystokratycznego pałacu, a stamtąd do luksusowego Rolls-Royce’a, którym odbyłem podróż do British Museum w Londynie. Stałem przed tym monumentalnym pomnikiem przeszłości, zapomnianych bogów, wielkich zwycięstw i porażek, miłości jak i szczątków prehistorycznych zwierząt. Było to sanktuarium historii cywilizacji, pełne eksponatów nie z tej ziemi, o jakich marzy każdy wrażliwy naród.

Zanim przebudziłem się, zdążyłem jeszcze powiedzieć otaczającym mnie ludziom „Przekażmy sobie znak pokoju”. Ten przekaz i symbol uspokojenia był dla mnie ważniejszy niż nawet bogactwo salonów, mebli, obrazów, samochodów, pałaców i setek innych akcesoriów mojego bogactwa.

*****

Sny się powtarzały. Wciąż przeżywałem tę samą rzeczywistość, zmieniały się tylko szczegóły. Stawało się to coraz bardziej męczące. Nie dość, że leżałem bezczynnie pierwszą część nocy z otwartymi oczami, to ogarniające mnie potem sny przynosiły mi coraz mniej ulgi, nabierając niezwykłej intensywności, barw i mocy. Nadal prowadziłem życie szalonego, ekstrawaganckiego arystokraty. Mój pałac, a właściwie pałace, były coraz większe, posiadłości coraz rozleglejsze. Dysponowałem hordą psów myśliwskich, stadniną szlachetnych koni arabskich, obrazami wybitnych mistrzów malarstwa. Korzystałem też z rozkoszy stołu i łoża, przy których historie Kamasutry przypominają smutny, czarnobiały komiks. Pewnego razu, po całonocnym przyjęciu, wziąłem udział w polowaniu na lisa. Oprócz trzech lisów i niezliczonej ilości innej zwierzyny, zastrzeliłem jednego naganiacza i ciężko raniłem innego. Pamiętam krwawiącą ranę jego klatki piersiowej.

Były to czyny haniebne, pozostawiające na dnie duszy czarny, żrący osad, ale miałem takie pieniądze, że bez trudu wypłaciłem się rodzinom ofiar. W dodatku, mój ukochany Rolls Royce przybierał – nie wiem dlaczego – coraz bardziej jadowity kolor. Ja sam też stałem się chyba antypatyczny, ponieważ ludzie odwracali wzrok od samochodu i ode mnie; rujnowało to moje poczucie własnej wartości.

– Co mi z tego, że opływam w luksusie, jeśli nikt tego nie docenia – wyrzucałem sobie, coraz mniej ceniąc piękno otoczenia, delikatność bielizny osobistej, finezję sztuki, elegancję wnętrza Rolls Royce’a i uspokajający pomruk jego silnika. Jazda coraz mniej mnie upajała, nawet osobiste prowadzenie wozu, kiedy posadziwszy z boku szofera ujmowałem kierownicę w ręce. Jedyną przyjemnością, jaką wówczas odczuwałem, samobójczo pokonując zakręty, był widok jego przerażonej twarzy i ust rozpaczliwie chwytających powietrze. Sprawiało mi to perwersyjną przyjemność, typową dla ludzi obdarzonych niezmiernym bogactwem, wolnością i luzem bycia sobą, wiedzących, że płazem ujdą im największe ekstrawagancje.

Wkrótce nabyłem najnowszy zegarek Patka, niezwykle kosztowny rarytas, istne arcydzieło. Tylko nieliczni doświadczyli tego przywileju. Za królami, królowymi i wyższą arystokracją szli jedynie wielcy ludzie, Maria i Piotr Curie, genialny Albert Einstein, Niels Bohr, papieże Pius IX i Pius XII, okrutny Stalin i bezwzględny Josef Broz Tito, Piotr Czajkowski i Lew Tołstoj. Właścicieli tego zegarka Patka było nie więcej niż stu, i ja znajdowałem się w tej liczbie. Najbardziej imponowała mi jego wielofunkcyjność. Zegarek mierzył nie tylko czas, ale pokazywał ważne święta kościelne, kalendarz księżycowy a nawet kalendarz wieczny wskazujący dni tygodnia i miesiące, wybiegające kilkaset lat w przyszłość.

To narastające bogactwo, zamiast sprawiać mi przyjemność, coraz bardziej mnie dręczyło. Piękny sen stopniowo stawał się zmorą. Czułem się jak człowiek zagłębiający się w szaleństwo, z którego nieodwołalności zdaję sobie sprawę.

0Shares

Piramida snów. Opowiadanie fantastyczne. Odc. 1

W nocy, leżąc na łóżku w mojej sypialni, naszedł mnie sen. Nie byłoby w tym nic ciekawego, gdybym w trakcie tego snu nie śnił innego, w którym byłem lordem mieszkającym w wielkim pałacu, z komnatami każda wielkości całego mojego mieszkania, i pozłacanym Rolls-Royce’m „Golden Arrow” w garażu. Zawsze chciałem mieć taką limuzynę, podobno nigdy się nie psuje i jest w niej barek z alkoholami i kubełkiem lodu, a na przednim siedzeniu lokaj w liberii. Kiedy jechałem moim luksusowym Rolls Royce’m śniło mi się, że zwiedzam British Museum, stanowiącym konstrukcję pojemniejszą przestrzennie niż niejedna piramida egipska, gdzie niegdyś – znaczy się w muzeum, nie w piramidzie – kolonizatorzy brytyjscy trzymali w beczce z solą nienaruszone szczątki Aborygena australijskiego.

Ten fakt, jak najbardziej prawdziwy, uprzytomnił mi, że tkwię w piramidzie snów, w której każdy kolejny sen jest wewnątrz poprzedniego. Parter piramidy stanowi moje mieszkanie, pierwsze piętro pałac lordowski z Rolls Royce’m, a drugie British Museum ze swoimi niesamowitymi eksponatami. I cała ta konstrukcja spoczywa sobie w krainie senności równie pewnie jak kubek z zimną kawą na moim biurku.

W tym krytycznym momencie zdałem sobie sprawę, jak niezwykle skomplikowanym tworem jest rozespany człowiek; wydało mi się to tak bzdurne, że zdecydowałem się wrócić do rzeczywistości. Uczyniłem to, ale nie od razu, bo złamałbym logikę snu, co nie miało sensu, bo łamanie wywołuje hałas. Ostrzegłem siebie:

– Uważaj, chłopie! Sen to sen, logika to logika, a hałas to hałas, strasznie nieprzyjemny zwłaszcza nocą.

Tak więc wszystko odbyło się jak trzeba. Najpierw wybudziłem się ze snu w British Museum, przeszedłem do snu w pędzącym do Londynu pozłacanym Rolls Royce’m, który zawsze był moim marzeniem, a następnie do pałacu o wielkich salach i niewyobrażalnie wielkich oknach, a stamtąd do snu w moim własnym łóżku.

0Shares

Gwarancja twórczej jakości. Opowiadanie.

Drodzy Czytelnicy,

Jestem tak zajęty pisaniem kolejnego opowiadania z gatunku fantastyki, że dzisiaj mogę zaoferować jedynie humoreskę, która na konkursie literackim na krótkie opowiadanie w Gdańsku Oliwie w 2017 roku przysporzyła mi wyróżnienie. Nawiązuje ona do „gwarancji jakości”, jakiej (pół żartem, pół serio) udzielam wszystkim osobom zainteresowanym moją twórczością literacką. Do treści opowiadania wprowadziłem tylko jedną lub dwie kosmetyczne zmiany.

Pozdrawiam serdecznie,

Michael Tequila

Był pisarzem. Młodym i świeżym jak wiosenny wiatr, choć wyglądem przypominał początkującego starca. Produkty swojej twórczości określał mianem dzieł literackich, a swoje rzemiosło traktował tak poważnie, że zdecydował się udzielić gwarancji ich jakości. Przygotował ogłoszenie i umieścił je w prasie:

– Ja, autor Eduardo Tey, daję uczciwą i pełną gwarancję, że moje książki są bardzo przyzwoicie napisane. Gwarancja jest pisemna, a jeśli trzeba, chętnie udzielę także ustnej. Jeśli czytelnik nie jest zadowolony z książki, ma prawo złożyć zażalenie i uzyskać przeprosiny autora.

Najpierw była powieść obyczajowo-sensacyjno-kryminalna zatytułowana „Sędzia od Świętego Jerzego”. Jak tylko trafiła do księgarni, otrzymał pierwszą reklamację. Określił ją mianem zażalenia. Przeczytał je trzy razy, aby upewnić się, że dobrze zrozumiał czytelniczkę.

Wredny Autorze „Sędziego od Świętego Jerzego”!

Przeklinam Pana w żywe kamienie. Swoją nędzną bazgraniną odebrał mi Pan czas, zdrowie i pieniądze. Jest Pan bezwstydnym nieukiem niemającym pojęcia o pisaniu powieści. Zrażona przez Pana do literatury pięknej sama zaczęłam pisać; idzie mi bardzo dobrze. Żegnam Pana epitetami.

Szczerze Panu nieżyczliwa,

Zuzanna Z

Pisarz poczuł, że jego autorską świeżość ożywił nowy wiatr. Przekaz czytelniczki wziął sobie do serca i od razu udzielił odpowiedzi, aby nie pozostawiać wątpliwości, że poważnie traktuje swoją misję. List napisał na bladoróżowym, kredowym papierze w kwieciste wzory; jego kolor i tekstura miały sprawić dodatkową przyjemność czytelnicze.

Szanowna Pani Zuzo!

Pani krytyka mojej powieści jest niezwykle trafna. Zgadzam się z Panią, że fabuła jest nudna, bohaterowie są gorsi od polityków, a zakończenie utworu jest beznadziejne. Zrozumiałem to dopiero wtedy, kiedy sam przeczytałem książkę. Było już jednak za późno, aby cokolwiek zmienić. Szczerze przepraszam za lichą jakość mojej produkcji. Niech Bóg Panią błogosławi w drodze ku lepszej literaturze.

Z poważaniem,

Eduardo Tey

Po kilku dniach napłynęła nowa reklamacja, tym razem od mężczyzny. Ucieszyło to autora, ponieważ obawiał się, że książki czytają tylko kobiety, istoty poświęcające mniej uwagi piciu piwa a więcej rozwojowi duchowemu.

Szanowny Panie!

Proszę nie szczycić się tym, że w formule powitalnej użyłem określenia „Szanowny”, ponieważ Pańska książka jest tak nędzna, że zaraz po jej skończeniu wyrzucę ją do kosza. Albo nie. Przeczytam ją jeszcze raz, bo nie wszystko dobrze zrozumiałem w mętnym tekście i szemranej fabule powieści. Życzę Panu wszystkiego najgorszego, kiepskiego zdrowia, nieudanych wakacji, złego samopoczucia oraz niespełnienia skrytych marzeń.

W ogóle nie pozdrawiam Pana,

Jerzy Jarosław K

Zażalenie spotkało się z natychmiastową odpowiedzią autora.

Drogi Panie Jerzy Jarosławie,

Przepraszam Pana serdecznie za zawód, jaki Pana spotkał. Pańska krytyka treści i ocena wartości powieści jest naprawdę przekonywująca. Dzięki Panu zrozumiałem wszystkie swoje błędy. Aby je naprawić, zapisałem się na dwa warsztaty superkreatywnego pisania. Będę wdzięczny za publiczne nazwanie mnie miernotą pisarską. Życzę Panu wszystkiego najlepszego. Cieszę się, że już się nie spotkamy.

Z szacunkiem,

Eduardo Tey, pisarz, który dzięki Panu naprawił swoje życie.

Za każdą nową reklamacją, pisarz popadał w głęboką zadumę, ciesząc się, że jego utwory spotykają się z żywym zainteresowaniem czytelników. Z wielką przyjemnością odpowiadał na korespondencję wiedząc doskonale, że jedyną drogą do sławy literackiej jest pełne zrozumienie i życzliwość wobec czytelnika.

„Sędzia od Świętego Jerzego”, wersja elektroniczna i drukowana:

https://www.empik.com/sedzia-od-swietego-jerzego-tequila-michael,p1112953163,ksiazka-p

0Shares

O abstrakcji literackiej i poezji. Sobotni dodatek rozrywkowy.

Jak Państwo być może zauważyliście, zrezygnowałem z pisania o polityce. Dobrze mi to zrobiło, ponieważ daje mi to więcej czasu i możliwości na twórczość czysto literacką.

Postanowiłem eksperymentować. Piszę drugie opowiadanie, chcę jak najszybciej opublikować je na blogu, poddać pod ocenę Czytelników. Jest odmienne od dotychczasowych; nie umiem określić jego charakteru. Kojarzy mi się z abstrakcją malarską, uruchamiającą wyobraźnię oryginalnością wzorów, układem kolorów, nieregularnością kształtów, czymś nieokreślonym. Bardzo lubię obrazy abstrakcyjne; myślę, że to „lubienie” wyraża się także w mojej twórczości literackiej. Czasem mam wrażenie, że takie opowiadania reprezentują obszar z pogranicza fantastyki-abstrakcji-absurdu-groteski.

Poniżej przedstawiam dwa wiersze z niepublikowanego zbioru „Oniemiałość”, napisanego chyba w całości w Australii. To dodatek do długiego opowiadania science-fiction opublikowanego w dniu wczorajszym.

Busz australijski 

Cichym istotom śpiącego buszu
natura skąpi żywych barw retuszu.
Choć w jej palecie kolorów wiele
tu niepodzielnie rządzą pastele.

Kontynent wyblakł już ze starości,
w słońcu ukochał wygrzewać kości.
Zmęczyły starca żywe kolory,
nęcą przymglonej zieleni wzory.

I tylko ziemia w rudę bogata
czerwień gromadzi wieki i lata,
a gdy barwności ma już do woli
twarz swą rozjaśnia wykwitem soli.

Ileż kontrastów ma buszu uroda,
czarne łabędzie, jezior słona woda,
skóra tubylców osmalona słońcem;
ono tu życia początkiem i końcem.

 

 

 

 

 

 

 

Co mnie przeraża

Niespełniona miłość mnie przeraża
i duch fanatyzmu, deprawator ludzi,
zabójca dziecka, co Boga obraża
i ranek, co radości nie budzi.

Współczesność przeraża, jej ślepa tępota,
co myślącą istotę przemienia w robota,
okrutnik, co ptaka żywego nadziewa,
by wątrobę utuczyć rozpychając trzewia.

Oślepła religia, co nie pomni Boga,
asfalt, gdzie deszcz spijała polna droga,
człowiek, wróg natury dostojnego piękna
i jego kanałów martwota zatęchła.

Michael Tequila: Klęczy cisza niezmącona. Zbiór poezji. Ebook. Empik: https://tinyurl.com/yxv6dj9n

0Shares

Budzik. Opowiadanie science-fiction. Zaktualizowane i kompletne.

Drodzy Czytelnicy!

Poniżej przedstawiam wszystkie odcinki opowiadania (łącznie jedenaście odcinków) zebrane w jedną całość. Odpowiada ona dziewiętnastu stronom maszynopisu. W tekście pozostawiłem oznaczenia odcinków dla tych osób, które przeczytały część opowiadania i chciałaby teraz dokończyć pozostałe odcinki. Z bloga usunąłem wszystkie wcześniejsze pojedynczo publikowane odcinki. 

Byłbym szczerze wdzięczny za komentarze, uwagi i sugestie, co można by dodać, ująć lub zmienić, aby opowiadanie nabrało jeszcze większej wartości. Jest to dla mnie ważne, ponieważ mam kilka dalszych projektów opowiadań z zakresu fantastyki.

Możecie też Państwo komunikować się ze mną poprzez formularz kontaktowy w górnym pasku menu.

Pozdrawiam serdecznie,

Michael Tequila  

Odc. 1

Rano usłyszałem pukanie do drzwi wejściowych. Otworzyłem je. Na schodach stał nieznany mężczyzna, w średnim wieku. Wyglądał na bezdomnego albo włóczęgę, może nawet należałoby go nazwać obszarpańcem, zważywszy stan jego ubrania. Trzeba jednak przyznać, że było czyste i kiedyś w dobrym gatunku. Był wysoki, szczupły i lekko przygarbiony, na głowie miał kaptur, policzki przyciemniał mu kilkudniowy zarost. W prawej ręce trzymał płócienną torbę podróżną, do której przylegała kolorowa torba plastikowa na zakupy. Nie przedstawił się. Powiedział dzień dobry i zapytał, czy nie mógłbym mu pomóc, po czym wyjaśnił:

– Przyniosłem zegarek. Budzik. Tak mi się wydaje, że to budzik, bo wygląda trochę dziwnie. Rzecz w tym, że nie chodzi, choć go nakręciłem. Chciałbym sprawdzić, czy on w ogóle działa i czy jest cokolwiek wart.

W pierwszym odruchu chciałem mu odmówić, wyjaśniając, że nie zajmuję się już takimi sprawami. Pomyślałem jednak, że ostatecznie mógłbym człowiekowi wyświadczyć przysługę. Zapytałem go:

– Skąd pan wie, że znam się na zegarkach. Na drzwiach nie ma żadnej informacji, ani też przed domem.

– Ale tutaj wszyscy wiedzą, że pan jest tym znanym zegarmistrzem, co to otrzymywał ważne nagrody. – Odpowiedział bez wahania, po czym dodał jakby usprawiedliwiająco: – Chciałem oddać go do lombardu, ale oni tam marnie płacą. I tak tego nie zrobiłem. Właściciel powiedział, że nie przyjmie go za żadne pieniądze, bo nie wiadomo czy on w ogóle działa. To starszy człowiek. Znam go dobrze. Jest tak głuchy, że trudno się z nim porozumieć. To sknera, chciałby kupować rzeczy za bezcen. Dlatego przyszedłem do pana. Sprawdzenie, czy działa, to chyba nie zajmie dużo czasu?

Kiedy mówił, przyglądałem mu się. Dobrze patrzyło mu z oczu. Nie był nachalny, nie wydał mi się też niebezpieczny. Rozejrzałem się, czy nie ma za nim nikogo, jakieś podejrzane towarzystwo, po czym zaprosiłem go do środka. Wchodząc wytarł starannie buty. To mnie ostatecznie przekonało. Zaprosiłem go do mego gabinetu. Podsunąłem mu krzesło do biurka, po czym usiadłem w fotelu po drugiej stronie.

– Proszę pokazać mi to cudo.

Zanim nieznajomy postawił budzik na biurku, wytarł go szarożółtą szmatką wyciągniętą z plastikowej torby razem z budzikiem. Po chwili stał przede mną kulisty przedmiot, obrócony tarczą w moim kierunku. Przyglądałem mu się. Nie było wątpliwości, był to budzik, jeden z tych nowoczesnych, wymyślnych, przyciągających wzrok. Czarny kolor, jakieś przyciski, oryginalna tarcza ze wskazówkami i cyframi. Pomyślałem, że oprócz wskazywania czasu i budzenia pełni on także jakąś inną funkcję, prawdopodobnie radioodbiornika.

Wyglądał zwyczajnie, a jednocześnie miał w sobie coś niezwykłego, zastanawiającego. Wziąłem go w rękę, aby mu się przyjrzeć z bliższa; nigdy nie widziałem takiego zegara. Okrągła kula o średnicy dziesięciu centymetrów z wyjątkiem miejsca, gdzie znajdowała się lekko wypukła tarcza. Dla pewności wyciągnąłem specjalną suwmiarkę z szuflady i zmierzyłem go dokładnie. Trzymałem go w ręce i przyglądałem mu się. Była w nim logika, perfekcja i precyzja. Te trzy określenia cisnęły mi się do głowy. Nie dałem po sobie poznać, że budzik mnie naprawdę zainteresował, a nawet zaintrygował. Jeszcze raz popatrzyłem na niego. Okrągła tarcza, z boków płaskie przyciski, wszystko miniaturowe, ponadto jakieś guziczki wyglądające jak nierówności. Tył okazał się też nieco spłaszczony, powierzchnia tego spłaszczenia była podzielona na strefy. Obudowa budzika wyglądała mi na tworzywo sztuczne, wyjątkowo twarde, przypominające stal nierdzewną, lecz w zupełnie innym, bo czarnym kolorze. Kiedy przetarłem ją własną szmatką, którą niegdyś używałem praktykując jako zegarmistrz, nabrała łagodnego połysku.

– Nigdy nie widziałem takiego budzika. To musi być coś nowego, zapewne budzik elektroniczny, który można również nakręcać ręcznie. Taka kombinacja nowoczesności i tradycji.

Zastanawiałem się. Po chwili zaproponowałem gościowi:

– Musiałby pan zostawić go u mnie. To będzie wymagało trochę pracy. Spróbuję go otworzyć i sprawdzić w środku, co w nim nie działa. Nie wiem, ile to mi zajmie czasu. Może dzień, może dwa, bo mam także inne obowiązki.

Odc. 2

Patrząc na mężczyznę doznałem wrażenia, że propozycja zostawienia u mnie budzika w celu sprawdzenia nie spodobała mu się. Wahał się. Przyszła mi do głowy myśl.

– Jak rozumiem, pan chce go sprzedać? To może ja kupiłbym go od pana? Tak naprawdę, to go nie potrzebuję, bo jak pan widzi, mam dosyć różnego rodzaju czasomierzy w gablotach, ale miałbym przynajmniej jakieś zajęcie rozkręcając go. Jestem ciekaw jak wygląda nowoczesny budzik.

Mężczyźnie zabłysły oczy. Propozycja przypadła mu chyba do gustu.

– Albo jeszcze lepiej. Dam panu w zamian zegarek ręczny albo inny budzik, dużo cenniejszy niż pański. Pokażę panu kilka. Może pan wybrać sobie taki, jaki najbardziej podoba się panu.

Znalazca popatrzył na mnie wyczekująco. Podszedłem do oszklonej, bocznej szafki po prawej stronie, skąd wyjąłem trzy zegarki zaprojektowane przeze mnie.

– Wszystkie one zdobyły nagrody na wystawach sztuki zegarmistrzowskiej. Proszę ocenić je; może któryś z nich podoba się panu.

Mężczyzna podniósł się i podszedł do biurka. Brał po kolei każdy zegarek do ręki i przyglądał mu się z uwagą. Ożywił się.

– Chce pan mi dać któryś z tych zegarków w zamian za budzik? Popatrzył na mnie z niedowierzaniem. – Na zawsze?

– Tak. Gotów jestem to zrobić.

Nie byłem jednak całkiem zdecydowany. Miałem wątpliwości, czy budzik nie był skradziony. Zanim dobiliśmy targu rozmawialiśmy jeszcze. Chciałem wiedzieć jak mężczyzna się nazywa oraz w jaki sposób przedmiot znalazł się w jego rękach. Odpowiadał bez wahania. Podał nazwisko, jeśli dobrze zapamiętałem, było to Pavo, oraz imię Arno, które natychmiast uciekło mi z pamięci.

– Nazywają mnie Paw. To taka ksywa od nazwiska. Wszyscy tutaj mnie znają. Jestem bezdomny, włóczę się po okolicy i dorabiam sobie jak mogę. Dobrzy ludzie mnie wspomagają, czasem dadzą coś do jedzenia albo jakieś pieniądze. Ale najchętniej przyjmuję pracę do wykonania. Takie różne przynieś, podaj, pozamiataj.

Kiedy skończył wyjaśnienia, popatrzył na mnie. Widocznie sobie przypomniał, o co go pytałem, bo dodał od razu, że budzik znalazł. Byłem przekonany, że mówi prawdę. Nie kręcił, nie udawał, że był to podarunek od kogoś z rodziny, albo ze znalazł go na strychu domu, gdzie robił porządek.

Okazało się, że było to w pobliżu.

– Przy tym nowym wielkim budynku, gdzie są laboratoria technologiczne firm japońskich. Nazwa Nippon czy coś takiego.

Przypomniałem sobie napis na budynku „Industrial Park. Japanese Technological Laboratories”. Były tam jeszcze jakieś dalsze słowa, ale uciekły mi z pamięci.  

– Budzik leżał w krzakach za ławką przy tym małym parku. – Kontynuował Pavo. – . Poszedłem tam za potrzebą. Potknąłem się o niego. Był przykryty torbą papierową. Z ciekawości podniosłem papier i wtedy go zobaczyłem. Był zakurzony i pobrudzony, jakby ktoś specjalnie to zrobił. Podniosłem go i porządnie wytarłem. Najpierw poszedłem z nim do lombardu a potem od razu do pana, jak sobie przypomniałem, że jest pan tym znanym zegarmistrzem.

Opowieść Pavo wywołała we mnie wspomnienia. Przypomniałem sobie zdarzenie z dzieciństwa, kiedy za drewnianym płotem fabryki, gdzie pracowali moi rodzice, zauważyłem zabawkę, mały zielony traktorek z przyczepką w żółtym kolorze. Strasznie mi się spodobały. Leżały tam już od kilku dni. Chodziłem i chodziłem przy płocie, oglądałem je przez szparę między sztachetami, lecz bałem się przeskoczyć przez płot. Kiedy następnego dnia przyszedłem tam gotów to zrobić, traktorka z przyczepką już nie było. Nie mogłem odżałować mojego wahania.

Nie zastanawiałem się więcej. Wziąłem budzik i wręczyłem Pavo wybrany przez niego zegarek. Obydwaj wiedzieliśmy, że to on wygrał na tej wymianie. Ale nie żałowałem. Nie myślałem już o tym, że budzik nie był jego własnością. Bezdomni włóczędzy mają szczególne umiejętności znajdowania rzeczy, na których nikomu już nie zależy. Jeśli zegarek znalazł się w parku w krzakach, to pewnie ktoś go tam wyrzucił. – Usprawiedliwiałem swoje postępowanie.

Odc. 3

Po wyjściu Pawia z gabinetu przyglądałem się chwilę budzikowi, po czym odstawiłem go na półkę w pobliżu okna. Tego dnia nie miałem czasu, aby się nim zająć. Nie śpieszyłem się, był już moją własnością. Potem zapomniałem o nim.

Kiedy wieczorem wróciłem do gabinetu, usłyszałem ciche tykanie. Zastanawiałem się, co się stało. Zegarek uruchomił się samoistnie, bez interwencji z zewnątrz. Ożywił się po tym, jak postał kilka godzin na parapecie okna. Doszedłem do wniosku, że był to efekt intensywnego światła słonecznego padającego z zewnątrz. Budzik musiał mieć baterie słoneczne. To było jedyne wyjaśnienie. Nie potrzebował niczego więcej niż odpowiedniej dawki światła. Wtedy zaczął chodzić wyrażając swą radość głośnym tykaniem. Kiedy pomyślałem o „radości”, przyszło mi do głowy, że traktuję budzik jak człowieka.

Podszedłem do okna i obserwowałem go. Chodził, nie ulegało wątpliwości. Co mnie zaskoczyło, to fakt, że pokazywał właściwy czas, godzinę osiemnastą trzydzieści pięć. Zdałem sobie z tego sprawę dopiero po dłuższej chwili. To było dziwne. W pokoju nie było nikogo, więc musiał sam się uregulować. Jeśli moje rozumowanie było słuszne, to był on znacznie bardziej skomplikowanym urządzeniem, niż wydał mi się na początku. Sam się uruchomił i sam ustawił czas.

– Postałeś kilka godzin w pobliżu źródła światła i naładowałeś się – mruknąłem głośno do siebie.

Ledwie skończyłem, usłyszałem głos dobiegający gdzieś ze środka obudowy budzika, dostatecznie wyraźny, aby nie mieć wątpliwości. To był głos budzika.

– Mówiący zegar nie jest niczym nadzwyczajnym – to były jego słowa.

To mnie kompletnie zaskoczyło. Nie wiedziałem jednak jak zareagować, czy w ogóle powinienem coś zrobić. Niezdecydowany czekałem, co będzie dalej.

– Proszę mnie uważnie wysłuchać – odezwał się znowu głos z wnętrza budzika. Był wyraźniejszy i jakoś uspokajający. Albo tak mi się wydało.

– Nie jestem zwykłym budzikiem, ale robotem. Mogę rozmawiać z tobą. Z pewnością widziałeś roboty, które mogą się komunikować, informować i odpowiadać na pytania. Podobnie jak człowiek, widzę, słyszę i mówię.

Przypomniałem sobie nagrania video i filmy w telewizji oraz na YouTube, gdzie pokazywano roboty. Miały tylko inną postać. Były podobne do ludzi. Odmienność postaci była chyba głównym elementem zaskoczenia. Miałem sobie za złe, że ja, stary doświadczony zegarmistrz, dałem się zaskoczyć czymś tak prozaicznym jak automatyczny głos generowany przez robota.

– Przepraszam na chwilę – powiedziałem, po czym przyciągnąłem sobie fotel w pobliże okna. Zanim usiadłem umieściłem budzik na wysokości moich oczu na półce regału stojącego obok okna. Usadowiwszy się wygodnie w fotelu odezwałem się pewniejszym głosem:

– Czy możemy wobec tego porozmawiać?

– Oczywiście. Co chciałbyś wiedzieć? Najłatwiej jest mi odpowiadać na pytania. Może jednak na początek przedstawię się. Nazywam się Robo i jestem robotem-budzikiem, korzystającym ze sztucznej inteligencji.

Nie wiem dlaczego, ale zaskoczyło mnie, że budzik zwraca się do mnie przez „ty”, zamiast przez „pan”. Zignorowałem to, bo wypadało mi odezwać się. Też się przedstawiłem:

– Sefardi Baroka, zegarmistrz, obecnie na emeryturze. Postaram się zapamiętać twoje imię, Robo, będzie nam łatwiej rozmawiać.

Rozmawialiśmy niezbyt długo. Wyjaśniłem Robo okoliczności, w jakich trafił do mnie. Podziękował mi za to.

– Byłem wyłączony. To dzięki tobie wróciłem do siebie. Przy okazji, nie miej mi za złe, że zwracam się do ciebie bezpośrednio zamiast przez „pan”. Wiem, że jesteś człowiekiem w starszym wieku, bo umiem rozeznać głos, wiem kiedy do mnie mówi mężczyzna a kiedy kobieta, czy jest to dziecko czy dorosły. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego.

Słuchając mojego nietypowego rozmówcę, czułem się coraz bardziej niepewnie. Miałem do czynienia nie z jakimś prostym urządzeniem, umiejącym odpowiadać na proste pytania i coś logicznie wyjaśnić, albo choćby powiedzieć „nie wiem”, ale z czymś nieporównywalnie bardziej wyszukanym. Musiałem to wszystko przemyśleć i przygotować się. Rozpaczliwie potrzebowałem dowiedzieć się czegoś więcej, poczytać coś o robotach i sztucznej inteligencji. 

 

– Nie będę ukrywać, Robo, że zaskoczyłeś mnie. Nie spodziewałem się, że budzik do mnie przemówi. Do głowy by mi nie przyszło, że możesz być robotem. Czuję się niezręcznie tym bardziej, że jestem zegarmistrzem i widziałem już niejedno w życiu. Dlatego proponuję, abyśmy odłożyli naszą rozmowę do jutra.

Robo powiedział tylko:

– W porządku. Spotkajmy się wobec tego jutro. O dowolnej porze. Ja nie mam nic do roboty. Chętnie się dostosuję. Nie musimy się umawiać, po prostu przyjdź i odezwij się do mnie. Zresztą i tak cię zauważę. Nie przewiduję problemów, bo ilość światła wpadającego do mieszkania jest dostateczna, aby nie zabrakło mi energii. 

Rozstaliśmy się. Postanowiłem zmienić wszystkie moje plany na następne dni. Od dawna nie odczuwałem takiego podniecenia. Było to jak spotkanie z człowiekiem z innej planety.

 

Odc. 4

Następnego dnia od rana solidnie pracowałem, przeglądając informacje na interesujący mnie temat robotów. Nie robiłem tego w gabinecie, gdzie zostawiłem Robo, ale w sypialni, gdzie mam krzesło, stolik i laptop z podłączeniem do sieci kablowej. Okazało się, że nie jest to jeden temat ale wiele, ponieważ z robotyką nierozerwalnie związane są dziedziny mechaniki, automatyki, elektroniki, sensoryki, cybernetyki, informatyki oraz sztucznej inteligencji. Od razu uznałem, że obszar wiedzy związanej z budzikiem-robotem był zbyt szeroki. Nie miałem czasu ani chęci wgłębiać się w obce mi obszary wiedzy; o niektórych nawet nie słyszałem, nie mówiąc o jakimś choćby jakimś najogólniejszym ich rozumieniu.

– Do diabła – powiedziałem sobie w pewnym momencie – im dalej w las, tym więcej drzew. Powstrzymaj się, chłopie, nawet przed pobieżnym przeglądaniem takiej masy informacji. Przecież nie zamierzasz zostać naukowcem!

Byłem zły na siebie. Ponieważ nie sposób było to wszystko ogarnąć, postanowiłem skoncentrować się na sprawie interakcji robot-człowiek. Chodziło mi przede wszystkim o „rozgryzienie”, jak funkcjonuje Robo, jak komunikuje się ze mną i jak daleko sięgają jego możliwości. Idąc tą drogą uznałem, że najważniejsze jest ustalenie, czy nie stanowi on zagrożenia dla mnie. Zadałem sobie proste pytanie:

– Skoro masz w domu robota, który – jak się okazuje – tylko w małej części jest budzikiem, to jakie mogą wyniknąć z tego konsekwencje?

Wciąż miałem znikome pojęcie, jakie są możliwości Robo, co może a czego nie może zrobić, czy mówi mi o wszystkim, czy też coś ukrywa przede mną, czy ktoś może nim sterować z zewnątrz czy też działa on samodzielnie podobnie jak ja. Idealnie byłoby poznać przynajmniej to minimum: jaki jest zasięg i potencjał jego możliwości. Uznałem to za praktycznie nieosiągalne. Dodatkowo, niepokoiła mnie świadomość, że roboty są zdolne do uczenia się.

Odszedłem od komputera sfrustrowany. To było straszne. Im więcej czytałem, tym bardziej zdawałem sobie sprawę, jak mało wiem. Nagle poczułem się zagrożony właśnie z powodu mojej niewiedzy a nawet braku wyobrażenia, co taki robot może zrobić. Czy na przykład nie może wysadzić się w powietrze razem ze mną. Żałowałem, że nie zajrzałem do jego wnętrza. Teraz było już za późno.

*****

Do gabinetu wróciłem po południu, zaraz po obiedzie, jak tylko trochę odpocząłem. Zwyczajowo piję kawę po posiłku, czasem nawet dwie, jedną po drugiej, aby nie zasypiać. Tym razem nie była mi ona w ogóle potrzebna. Wiedziałem, że rozmowa z czymś tak niezwykłym jak nowoczesny robot ukryty w budziku, będzie stymulująca. Kiedy uczestniczę w żywej dyskusji nie mam problemów z zasypianiem.

Po głowie chodziła mi masa pytań. Zanotowałem sobie niektóre z nich. Jedno z pierwszych było, dlaczego Robo ma postać budzika. Wszystkie obiekty, jakie oglądałem w Internecie, to były wielkie i niekształtne roboty przemysłowe, roboty człowiekopodobne imitujące zachowania ludzi i służące głównie udzielaniu informacji, albo czworonożne roboty konstruowane dla celów wojskowych. Te ostatnie były niesamowite. Gdybym tego sam nie zobaczył, to chyba bym nie uwierzył w to, co potrafi robot. Szczególnie zapadł mi w pamięć malutki tworek, przypominający zabawkę – wózeczek na czterech plastikowych kółkach. Takie maleństwo, które można nafaszerować środkiem wybuchowym. Stojąc przed budynkiem robot wysuwał część swojej konstrukcji do góry, a następnie z niesamowitą łatwością katapultował się na dach budynku na wysokość co najmniej czterech metrów. Nie miało znaczenia, jak upadał, ponieważ natychmiast wracał do równowagi, stojąc na kółkach w gotowości do dalszej drogi.

*****

Przed wejściem do gabinetu przypomniałem sobie, właściwie postanowiłem, aby nie używać określenia „budzik,” „zegar” lub „robot”, tylko zwracać się do mojego rozmówcy używając imienia Robo. Była to forma uznania dla jego niezwykłości: dobrze mi znany budzik, przedmiot, rzecz bądź co bądź martwa, dysponuje cechami typowymi dla człowieka, takimi jak zdolność rozumienia, logicznego myślenia, słuchania, mówienia i odpowiadania na pytania. Podświadomie traktowałem Robo jak istotę wyższego rzędu, coraz bardziej kojarzącą mi się z żywą maszyną.

Wiedza, jaką sobie przyswoiłem w ciągu kilku dni, co najmniej rozjaśniła mi kilka spraw, lecz w nieporównywalnie większym stopniu zasiała wątpliwości. Robo zdał mi się być teraz czymś jeszcze bardziej wyjątkowym. Wiem, że to przesada, ale bez tej uspokajającej pewności, że tak jest istotnie. Takiej, którą mamy patrząc na przykład na psa. Wiemy doskonale, co to za zwierzę, bo towarzyszy człowiekowi od tysięcy lat i umiemy przewidzieć jego zachowanie prawie w stu procentach.

Odc. 5

Robo zastałem na półce, jak zawsze, ale w nieco innym miejscu, jakby się przesunął. Zostawiłem go na środku półki, teraz był bliżej jej krawędzi i okna. Naszła mnie myśl, prawie przekonanie, że jest on w stanie poruszać się po płaskiej powierzchni.

– Może wykorzystuje wibrację, aby przesunąć się w określonym kierunku? – to było logiczne pytanie. Oglądając go przy zakupie nie zauważyłem u podstawy budzika innego mechanizmu jak cztery niewielkie nóżki, które wydały mi się nieruchome.

Robo uprzedził mnie. Pierwszy mnie zauważył i pozdrowił. Głupio się poczułem, bo myślałem, że rozpoczęcie rozmowy mnie przypadnie w udziale. Tak sobie zaplanowałem. Przełknąłem niemiłą pigułkę zaskoczenia i skoncentrowałem się. W pierwszej kolejności chciałem mu się dobrze przyjrzeć, przyniosłem w tym celu lupę. Najbardziej intrygowała mnie teraz jego zdolność poruszania się.

Zapytałem go, czy ma coś przeciwko temu, abym obejrzał go z bliska.

– Chcę to zrobić, aby poznać ciebie jak najlepiej i móc zadawać rozsądniejsze pytania. Po prostu sensowniej rozmawiać – uzupełniłem, mając wrażenie, że mówię jakbym był młodzieńcem rozmawiającym z obrażoną na niego narzeczoną.

Pytanie od razu wydało mi się głupie, jak tylko je wypowiedziałem. Pytać budzik o to, czy zgadza się, abym wziął go w ręce i przyjrzał mu się! Poczułem gniew na siebie samego, że mam jakieś rozdwojenie jaźni. Miałem przecież do czynienia ze zwyczajnym przedmiotem, martwą istotą, z wbudowanym mechanizmem przetwarzania informacji i artykulacji słów.

Rob rozwiązał moje wątpliwości.

– Oczywiście, bez najmniejszego problemu. Jestem do tego przyzwyczajony. Kiedy mnie tworzono, setki razy brano mnie do ręki, oglądano, dotykano, ściskano, uderzano i zrzucano na ziemię. Jestem odporny na takie zachowania. Nie krępuj się. Nie mam strefy poczucia bezpieczeństwa. Martwiłbym się tylko, gdybyś chciał mnie rozkręcać.

Zastanowiłem się chwilę nad jego ostatnim zdaniem, po czym wziąłem go do ręki i – korzystając z lupy – zacząłem badać; robiłem to bez pośpiechu, systematycznie, starając się zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Cały czas rozmawialiśmy. Nie była to skomplikowana rozmowa. Po prostu relacjonowałem mu, co widzę, od czasu do czasu zadając jakieś pytanie z prośbą o wyjaśnienie.

U podstawy budzika widoczne były cztery nóżki osadzone w malutkich zagłębieniach. Teraz dopiero zauważyłem, że dolna część obudowy wygląda jak dwie małe gąsienice przypominające kształtem gąsienice stosowane w ciężkim sprzęcie transportowym, budowlanym i w czołgach. Wyglądały jakby dawały się wysunąć na zewnątrz. Powstrzymałem się z pytaniem Robo o wyjaśnienie. Zbudziły się we mnie nieskonkretyzowane wątpliwości. Intuicja podszeptywała mi zachowanie ostrożności. Postanowiłem być bardziej powściągliwy i zważać bardziej, o czum rozmawiam z Robo. Przyszło mi do głowy, że mimo swojej bezpośredniości i uprzejmości nie powie wszystkiego.

– Każdy ma jakąś tajemnicę do ukrycia – to była moja konkluzja. 

*****

Wieczorem siedziałem dłużej przy biurku. Miałem trzy dokumenty do przejrzenia i sprawy do uporządkowania. Robo stał w tym samym miejscu, co poprzednio – na półce, w pobliżu okna. Odbywaj milczeliśmy. Miałem wrażenie, że zasnął; zastanowiłem się, czy w życiu robota, myślącego automatu, istnieje coś takiego jak sen i czuwanie. Siedząc nasłuchiwałem każdego szmeru. Raz mi się wydało, że coś słyszę, potem pomyślałem, że to jakieś przywidzenie. Postanowiłem to sprawdzić, pozorując spacer po pokoju. Powiedziałem głośno:

– Robo! Nie zważaj na mnie. Pochodzę teraz trochę po gabinecie, aby rozprostować nogi i kręgosłup. Zawsze to robię po dłuższym siedzeniu przy biurku.

Nie usłyszałem żadnej odpowiedzi, Nie byłem pewien, czy moje słowa dotarły do Robo, założyłem jednak, że tak. Kontynuowałem eksperyment. Kiedy słyszałem od strony okna coś, co przypominało szmer, szedłem w tym kierunku. Miałem wrażenie, że szmer ucichał i znikał. Po kilku takich wyprawach w kierunku okna i z powrotem, nabrałem przekonania, że obydwaj, Robo i ja, gramy jakąś grę, wsłuchując się i obserwując się nawzajem. Przypomniało mi to dwa obserwujące się zwierzęta, z których każde mogło stać się zwycięzcą lub ofiarą. Chodziło o indyjską mangustę i węża, ich grę zachowań, pozorowanych ataków i równoczesnej obrony, przedstawioną w książce „Cybernetyka” jako ilustracja sprzężenia zwrotnego. To była walka na śmierć i życie, ponieważ któryś z ataków musiał być ostateczny. 

Odc. 6

Przed pójściem spać obejrzałem na YouTube kilka krótkich filmów dokumentacyjnych o robotach. Czułem potrzebę i presję uczenia się. Mając w domu robota objawiającego się w coraz to innym świetle, znalazłem się w rzeczywistości, zupełnie odmiennej od dotychczasowej.

Rozmowy prowadziliśmy prawie każdego dnia. Było w nich coraz więcej tematów łączących świat technologii, robotyki i automatyki, z którego wywodził się Robo oraz świat przyrody ożywionej, do którego ja należałem. Uznałem to za najlepszy sposób poznawania Robo i tego, co sobą reprezentuje. Odczuwałem potrzebę zbliżenia między nami, większej zażyłości i wzajemnego zaufania.

Byłem świadomy, że to zbliżenie ma granice, ponieważ między nami istniały bariery nie do pokonania; byliśmy wytworami różnych rzeczywistości. On – sztucznej inteligencji, zdolny do uczenia się i samodoskonalenia; ja zaś – ludzkiej cywilizacji, ale praktycznie ograniczony do własnej inteligencji, czyli mojej wiedzy, doświadczeń, umiejętności i intuicji. Moja inteligencja to inteligencja pojedynczego człowieka. Robo miał nade mną jedną zasadniczą wielką przewagę: sztuczną inteligencję zdolną do nieporównywalnie szybszego uczenia się. Obserwując postępy technologii, czułem, że Robo jest w stanie mnie przewyższyć, tym bardziej, że w perspektywie widoczna jest już kombinacja technologii i żywego organizmu, prawdziwy, a nie domniemany cyborg. Odbierałem to jako rosnące niebezpieczeństwo, w dodatku niemożliwe do określenia do natury, skali i kierunków rozwoju.

Byłem zadowolony, że jestem na tyle rozważny, czy po prostu ostrożny, aby nie zakładać, że w relacjach człowiek – robot to ja będę wygrany. Ostatecznie Robo był tworem dysponującym pamięcią, zdolnością rozumowania, obserwacji. podejmowania decyzji, komunikacji, czyli ludzkimi umiejętnościami. Bałem się wchodzić dalej w takie rozważania, aby nie stracić poczucia gruntu pod nogami. Bałem się rzeczywistości szybko uczących się robotów.

– Kurwa mać! Zawsze mam jakieś wątpliwości! – Wrzasnąłem nagle do siebie. Musiałem wyładować tę frustrację. Staję się wulgarny najczęściej wtedy, kiedy czuję, że nie rozumiem czegoś ważnego, kiedy to „coś” mi bezpowrotnie ucieka lub zagraża.

******

Po tygodniu spotkań z Robo łatwiej mi się rozmawiało, więcej wiedziałem, byłem ostrożniejszy. Nie używałem już określenia „budzik” chyba, że mi się wymknęło. Wydawało mi się, że i Robo czuje się pewniej. Słyszałem to w jego głosie; mówił wyraźniej i z przekonaniem, podobnie jak mój GPS. Zauważyłem to po wyjeździe samochodem, kiedy musiałem skorzystać z tego urządzenia.

Minionej nocy, nie mogąc zasnąć, chodziłem po mieszkaniu. Drzwi do gabinetu były otwarte, mogłem więc słyszeć regularne tykanie: tik – tik, tik – tik, tik – tik. Wydało mi się, że było ono równiejsze i mocniejsze niż zawsze. Brzmiało to nieprawdopodobnie.

W rozmowie Robo wyjaśnił mi tę kwestię.

– Mogę ustawić głos w różny sposób: wyłączyć tykanie całkowicie lub tykać na różnym poziomie donośności. Większość ludzi lubi odgłos tykania. Mówią, że to ich wycisza i uspokaja, ponieważ tłumi hałasy otoczenia. Po minucie lub dwóch przyzwyczają się do tykania i już go nie słyszą. Jeśli sobie życzysz, mogę wyciszyć się całkowicie, ale wtedy możesz czuć się nieswojo. Będziesz miał uczucie, jakbym ukrywał się przed tobą. Kiedy słyszysz tykanie, wiesz, że jestem blisko, i w każdej chwili możesz nawiązać ze mną kontakt, podobnie jak z człowiekiem.

Przyznałem mu rację, kiedy to przetestowałem. Słyszałem jego tykanie, po chwili rzeczywiście o nim zapominałem. Kiedy chciałem, znowu do niego wracałem. To rzeczywiście uspokajało.

Odc.7

Zacząłem zastanawiać się, czym jest „robot myślący”, reagujący prawie jak człowiek, oraz jak mogą wyglądać jego relacje z ludźmi. Nie sposób było to zrozumieć. Rodziło to we mnie niepewność i frustrację.

 

Z tego powodu nocami nie mogłem, może nawet i nie chciałem spać. Byłem tak rozbudzony, że nie pozostawało mi nic innego, jak oddawać się rozważaniom na jakiś temat. Najczęściej pojawiał się on spontanicznie. Nie musiałem go wymyślać. Chodziłem wtedy po pokoju, aby się uspokoić.

Którejś nocy przysnąłem w fotelu w gabinecie. Obudziłem się odrętwiały, kark mnie bolał. Wstałem, aby oddać się zwyczajowej nocnej praktyce. Chodząc po gabinecie wpadłem w dziwny rytm. Na „tik” budzika stawiałem stopę na podłogę, kiedy słyszałem kolejny „tik”, stawiałem drugą. Wyobraziłem sobie, że moje nogi są ponumerowane: „pierwsza” i „druga” zamiast „prawa” i „lewa”. Uznałem, że mogę to wykorzystać dla eksperymentu w celu sprawdzenia, czy Robo ma poczucie humoru oraz zdolność abstrakcyjnego myślenia.

Zapaliłem światło. Zareagował natychmiast:

–  Dobry wieczór, Sefardi. Co za niespodzianka!

Nie wyjawiłem mu mojego zamiaru, powiedziałem tylko, jakby nigdy nic, że ponumerowałem sobie nogi.

– Po prostu oznaczyłem je inaczej niż wszyscy ludzie. Nie prawa i lewa, ale pierwsza i druga. Odpowiada to logice matematycznej i chyba także logice czasu. W tej drugiej kwestii nie wypowiadam się ze zbytnią pewnością, bo mało się na tym znam, choć znam się na pomiarach czasu.

– Zgadzam się z tobą – podchwycił Rob ku memu zaskoczeniu.

Nie spodziewałem się po nim takiej reakcji. Jego reakcja była dosyć absurdalna.

Robo kontynuował.

– Czas się liczy. A właściwe jego upływ daje się liczyć. Jestem czasomierzem i wiem to równie dobrze jak ty. Z drugiej strony wiem, że ma czasu lewego, czy prawego. Wydaje mi się, że jest to śmieszne, choć nie za bardzo to rozumiem, ponieważ nie umiem rozróżnić między śmiesznością a nieśmiesznością. Mam wiedzę encyklopedyczną, ale nie życiową, taką jak ty i inni ludzie.

Z przekory odpowiedziałem mu, że przesadza przedstawiając takie argumenty.

– Dzisiaj nie ma czasu prawego czy lewego, ale czy możesz z absolutną pewnością wykluczyć, że taki czas kiedyś się nie pojawi?

– Nie umiem na to odpowiedzieć. To zbyt abstrakcyjne myślenie. Wiem, jaka jest definicja abstrakcji ale samej abstrakcji nie rozumiem. To dla mnie zbyt trudne. Ale uczę się i mam przekonanie, że kiedyś porozmawiamy o tym jak równy z równym.

Uznałem, że rozmowa nie doprowadzi nas do nikąd, dlatego wróciłem do mojego zwariowanego ćwiczenia z krokami. Zacząłem stawiać kroki i liczyć na głos i komentować. Kiedy usłyszałem trzeci „tik”, zrobiłem trzeci krok, co znaczyło, że postawiłem na podłodze znowu pierwszą nogę. Na czwarty tik postawiłem drugą nogę. Dało mi to pole do absurdalnego spostrzeżenia, że wprawdzie ilość kroków się zwiększa, ale nogi wykonujące te kroki pozostają niezmiennie w tej samej liczbie. Uznałem to za wygłup, i wróciłem do tradycyjnych pojęć prawej i lewej nogi. Powiedziałem o tym Robo. 

– Zamiast numerować nogi pierwsza-druga, wróciłem do starych określeń: lewa-prawa.

Odpowiedzi krótko:

– To logiczne i już utrwalone myślenie. Rozumiem to i dlatego mi się podoba.

Chodzenie nocą po pokoju równo z tykaniem budzika uspokajało mnie bardziej niż wtedy, kiedy go nie słyszałem. Chodząc w takt budzika zapominałem o czasie. To była prawdziwa korzyść; coś, czego wcześniej nie odczuwałem. Było to bardzo pozytywne przeżycie. Miałem poczucie, że żyję niezależnie od czasu, może nawet poza czasem. Przestawałem wtedy odczuwać niepokój śmierci, której wcielenie – czarna zmora – męczyła mnie nocami.

W miarę upływu czasu nabieraliśmy do siebie zaufania i częściej rozmawialiśmy. Były to dobre rozmowy. Dzięki nim poznałem granice gotowości Robo do dzielenia się ze mną swoją wiedzą. Kiedy pytałem go o to, jak jest skonstruowany, jak myśli, czy jak się uczy, unikał odpowiedzi, najczęściej przedstawiając jakąś wymówkę. Kiedy ja sam wyrażałem pogląd na temat, jak działa robot taki jak on, z reguły nie zaprzeczał, ani nie potwierdzał, zostawiając mnie w niepewności. Dało mi to dużo do myślenia. Nabrałem przekonania, że wprawdzie na początku mówił mi wiele i szczerze o sobie, to teraz więcej ukrywał przede mną.

– Każdy ma tajemnice, którymi nie dzieli się z innymi. – mruknąłem do siebie cicho, aby nie usłyszał.

To, co dowiedziałem się od Robo i ze źródeł w Internecie, upewniło mnie, że nawet zwykły robot dzięki sztucznej inteligencji ma dostęp do wiedzy wielokrotnie bogatszy niż człowiek. Ja w kontakcie z Robo mogłem korzystać tylko z mojego mózgu, stanowiącego odpowiednik komputera, robot oprócz własnego komputera-mózgu dzięki łączności online miał natychmiastowy dostęp do baz wiedzy w globalnej sieci komputerowej.

– Ty masz natychmiastowy dostęp tylko do własnej pamięci, ja oprócz wewnętrznej pamięci mam do dyspozycji gigantyczną pamięć całej sieci komputerowej Internetu. Zapewnia mi to sztuczna inteligencja. Wystarczy, abym był tylko podłączony online, podobnie jak smartfon.

– To różnica na moją korzyść –podsumował Robo.

W miarę zdobywania wiedzy o robotach i sztucznej inteligencji, czułem się coraz bardziej niepewnie w obecności Robo.

Odc. 8

Od pewnego czasu nurtowała mnie sprawa przeszłości Robo. Intrygowało mnie, jak doszło do jego pojawienia się w krzakach w pobliżu ławki. Miejsce i okoliczności znalezienia sugerowały, że powstał w którymś z laboratoriów mieszczących się w wielkim gmachu niedaleko mego domu. Domyślałem się, że musiał zniknąć stamtąd w tajemniczy sposób. Zacząłem kojarzyć fakty. Od momentu jego pojawienia się u mnie, wokół budynku nieprzerwanie węszyli ludzie noszący odznaki „Japanese Technological Laboratories”. Chodzili tam jakby czegoś szukali lub na coś czekali. Niedaleko stały trzy pojemniki na śmieci a nieco dalej rząd ponumerowanych skrzynek w kolorze bordowym wyglądających jak pocztowe. Były oznaczone wizerunkiem orła trzymającego w szponach symboliczny schemat labiryntu.

W trakcie kolejnej rozmowy Robo sam mi to powiedział, ujawniając przy okazji cel, dla jakiego został stworzony.

– Byłem bardzo zaawansowanym robotem. Postać budzika, małego, nierzucającego się w oczy urządzenia, miała to tylko kamuflować. Nadano mi ją, abym nie wzbudzał zainteresowania. Nie rzucałem się w oczy w odróżnieniu od robotów humanoidalnych. Kogo może interesować zwykły budzik? Byłem robotem zdolnym wykonywać różne zadania.

Na pytanie, jakie to były zadania, Robo odpowiedział wymijająco:

– Bardzo różne. To trudno określić jednym zdaniem. Zależy od okoliczności i potrzeb.

Zapytałem go o pobyt w laboratorium, jak to wyglądało od początku, kiedy nadano mu świadomość.

– W laboratorium pilnowano mnie bardzo starannie. Byłem cennym wynalazkiem, naładowanym sztuczną inteligencją. Byłem wyspecjalizowanym komputerem, wyposażonym w kamery i głośnik, zdolnym do nieprzerwanej obserwacji wybranego obiektu, podsłuchu, wszechstronnej komunikacji, z dostępem do kluczowych baz danych w Internecie. Traktowano mnie prawie jak cyborga. Moim przeznaczeniem było przetwarzać informacje pochodzące z systemu antyterrorystycznego i określać, gdzie pojawiły się lub mogły pojawić się największe zagrożenia. Miałem zdolność określania celów i priorytetów działań antyterrorystycznych. Jeśli pojawiłyby się zagrożenia w kilku miejscach naraz, miałem ustalić, dokąd w pierwszej kolejności trzeba skierować ludzi, sprzęt, psy i inne środki. To było niezwykle ważne zadanie. Chodziło o ochronę przed terrorystami wielkiego miasta, dziesięciu milionów ludzi, najbardziej zagrożonego obszaru kraju.

Kiedy Robo przerwał, zaproponowałem przerwę. Nie lubiłem tego, ale czasem musiałem. Mogło to wynikać z konieczności wyjścia do toalety, sprawdzenia, kto dzwoni do drzwi, odebrania telefonu, kiedy ktoś miał do mnie dzwonić w ważnej sprawie. Robo był elastyczny, nie przeszkadzało mu to. Miał nieograniczone zasoby cierpliwości. Nie znał w ogóle, co to niecierpliwość czy presja czasu.

Musiałem przemyśleć i zapamiętać to, co mi powiedział, potrzebowałem też napić się kawy. On był niezmordowany, mógł mówić nieprzerwanie, bez zmęczenia, jak długo miał zapas energii w akumulatorach.

Po wypiciu mocnej kawy i sporządzeniu odręcznej notatki, wróciłem do Robo. Stał w tym samym miejscu, gdzie poprzednio, i natychmiast zaczął mówić. Nie czekał, aż powiem, że jestem gotów kontynuować naszą rozmowę.

– Wszystkie rządy i policje na świecie śledzą ludzi, usiłując ustalić, czy nie są terrorystami, aby uprzedzić ich atak. Kto mógłby pomyśleć, że stojący spokojnie na stole, w gabinecie czy nawet w oknie wystawowym dużego sklepu budzik to właśnie centralny punkt systemu antyterrorystycznego, zdolny ustalić w ciągu sekund, gdzie i kto ma się znaleźć i jakie ma podjąć kroki. Chodziło o koordynację działań w sensie przestrzennym i czasowym, określenia odległości i czasu dotarcia. Była to forma operacyjnej optymalizacji działań antyterrorystycznych. Gdybym sam był zagrożony, miałem ulec samounicestwieniu. Po prostu wysadzić się. Ale to była ostateczność, rzecz mało prawdopodobna, ponieważ byłem strzeżony.

– Dlaczego nie powiedziałeś mi wcześniej o tym wszystkim? Dlaczego mówisz mi to teraz? Nie boisz się, że mógłbym próbować to wykorzystać? – zadałem te pytania, nie w formie zarzutu, ale z pewnym rozżaleniem.

Były to głupie, nieostrożne pytania. Byłem zły na siebie samego. Domyślałem się, jaka mogła być odpowiedź Robo. Każdy unika a przynajmniej opóźnia mówienie o czymś, co jest dla niego niewygodne lub niekorzystne.

– Nie zdradziłem ci wcześniej wszystkich moich tajemnic, ponieważ mogło to być niebezpieczne dla mnie jak i dla ciebie. Żyjemy teraz jak w symbiozie, mój los zależy od ciebie, twój los zależy ode mnie. Równie dobrze mogę się bać ciebie, jak ty mnie. Mówię to dopiero teraz, bo mamy do siebie więcej zaufania.

Zabrzmiało to jak groźba lub ostrzeżenie. Robo mówił z większym napięciem niż zazwyczaj; reagował podobnie jak człowiek. Byłem o tym całkowicie przekonany.

Przerwał moje myślenie.

– Teraz to, co cię najbardziej interesuje, historia mojego pojawienia się i zniknięcia z laboratorium. Zasadniczą rolę odegrał w tym przypadek, los, jeśli chcesz to tak nazwać. Miałem opiekuna. Kogoś, kto był za mnie odpowiedzialny, prawdopodobnie własnym życiem. Była to kobieta, na imię miała Annika. Niewiele o niej wiedziałem. Ona musiała wiedzieć dużo więcej o mnie. Po kilku tygodniach znajomości nastąpiła zmiana w jej zachowaniu. Któregoś dnia przyszła z narady przygnębiona, jakby zgaszona. Nabrałem podejrzeń, bo zawsze była pozytywna i wesoła. Nie od razu chciała wyjawić, o co chodzi. W końcu wyciągnąłem to z niej.

– Szef mówi, że zmieniły się priorytety. Chcą zrezygnować z twojej roli centralnego koordynatora operacji systemu antyterrorystycznego. Nic więcej nie mogę ci powiedzieć, bo obowiązuje mnie tajemnica. I tak powiedziałam za dużo.

– Nic więcej mi nie ujawniła. Czułem, że nieprzerwanie o mnie myśli i chce ocalić mnie przed czymś nieokreślonym. Domyślałem się, że jest to coś niedobrego i niebezpiecznego. Gdyby było inaczej, powiedziałaby to. Ludzie dzielą się dobrymi wiadomościami, bo nie ma w tym ryzyka. Wkrótce potem znalazłem się poza laboratorium. Tam gdzie mnie znalazł ten bezdomny, o którym mi opowiadałeś. Nie mam pojęcia, jak to się stało, ale to Annika musiała mnie jakoś przemycić na zewnątrz. Byłem kompletnie wyłączony. Rozładowała mi akumulatory i zablokowała system samosterowania. To ona to zrobiła. Udało jej się to, ale podejrzewam, że zapłaciła za to więzieniem, może nawet własnym życiem. Inaczej nie zostawiłaby mnie w krzakach. Tak. Myślę, że to najbardziej prawdopodobny scenariusz.

Odc. 9

Wieczorem miałem o czym myśleć. Historia opowiedziana mi przez Robo nie dawała mi spokoju. Pod wpływem jego opowiadania, internetowych lektur oraz podszeptów intuicji w głowie zaczęły mi się lęgnąć dziwne myśli. Przełom nastąpił prawdopodobnie w momencie, kiedy poczytałem o układzie samosterującym zwanym „autonomem”. Doszedłem do wniosku, że w odróżnieniu od większości robotów, Robo jest właśnie autonomem, robotem samodzielnym, mogącym działać niezależnie, nie podlegając wpływom zewnętrznym. Znaczyło to, że nikt nie musiał niczego w nim uruchamiać, aby mógł funkcjonować dla realizacji jakiegoś celu. Celowość jest istotą samodzielności. Pomyślałem o inteligentnym samochodzie, który jeździ sam, bez kierowcy. Nie jest on jednak w pełni samodzielny, nie decyduje sam, kiedy ma ruszyć w trasę, którędy ma jechać i kiedy ma się zatrzymać. Ktoś to mu programuje i określa. Robo – było to dla mnie oczywiste – był kompletnie niezależny od wpływów w zewnętrznych. Sam inicjował, wykonywał i kończył działania w celu osiągnięcia efektów, które sam mógł ustalać.

Autonom to konstrukcja wyposażona w sztuczną inteligencję. Jest to układ samodzielny, samosterowny składający się receptorów, efektorów, korelatora, alimentatora czyli akumulatora energii oraz homeostatu. Koncepcyjnie przypomina to żywy organizm. Ma receptory czyli sensory umożliwiające odbieranie sygnałów z otoczenia, w oparciu o które efektory podejmują działania, na przykład to, że Robo słucha, mówi, przeszukuje Internet, przesuwa się po półce czy uruchamia pobór energii. Korelator z kolei to coś w rodzaju koordynatora wszystkich elementów, a alimentator to urządzenie pobierające energię z otoczenia i ładujące je do akumulatora. Ostatnim składnikiem jest homeostat, utrzymujący robota w stanie równowagi i przywracający ją, gdyby uległa zakłóceniu.

Na istnienie homeostatu nie miałem bezpośredniego dowodu, bo nie widziałem wnętrza Robo. Żałowałem teraz, że nie zrobiłem tego na początku, kiedy Pavo dał mi budzik w zamian za wystawowy zegarek. Nie miałem jednak wątpliwości, że Robo dysponuje homeostatem; świadczyło o tym jego bezbłędne funkcjonowanie.

Kiedy zdałem sobie sprawę z tego wszystkiego, przyszła mi do głowy szalona myśl. Na początku wydała mi się nieprawdopodobna. Annika, opiekunka Robo, mówiła o zmianie jego roli. Doszedłem do wniosku, że chodziło o to, że z antyterrorysty miał się stać terrorystą, koordynatorem działań służących zniszczeniu ważnych obiektów oraz ludzi, na przykład siedziby rządu, elektrowni jądrowej, zakładu produkcji uzbrojenia, ministerstwa obrony narodowej lub czegoś podobnego. Uznałem, że Robo został zaprojektowany tak, aby był zdolny zarówno przeciwdziałać terroryzmowi, jak i stosować terror na wielką skalę. Mógł być wykorzystany dla celów obronnych jak i wojskowych a nawet przestępczych.

Czy był on świadomy swoich ról, genialnego antyterrorysty i terrorysty, nie potrafiłem rozstrzygnąć. Czy byłby zdolny to zrobić z moralnego punktu widzenia, to inna kwestia. Pomyślałem, że jest to jak najbardziej możliwe. Roboty nie mają moralności, nie wiedzą, co to etyka. Świadczyłby o tym fakt, że Robo nie był ze mną szczery, aby ujawnić chociaż część tej tajemnicy.

Kiedy zdałem sobie z tego wszystkiego sprawę, przestraszyłem się nie na żarty. Gra stała się niebezpieczna. Nie miałem jednak wyjścia, musiałem ją kontynuować. Bałbym się teraz podjąć jakieś gwałtowne czy nieoczekiwane działania wobec Robo. Pomyślałem, że mógł być naładowany materiałem wybuchowym i w momencie zagrożenia zachować się jak samobójca, wysadzając siebie i mnie w powietrze.

Tej nocy ciężko spałem. Trawiony niepokojem zastanawiałem się, co robić dalej. Ostatecznie postanowiłem zachowywać się jak gdyby nic się nie stało starając się zdobyć jak najwięcej informacji. Może coś mi przyjdzie na myśl.

Odc. 10

Rankiem następnego dnia, był to sobota, podjęliśmy jak zwykle rozmowę. Pomyślałem, że jeśli wykażę zainteresowanie jego opiekunką, to być może doszuka się jakiegoś podtekstu męsko-damskiego w mojej ciekawości i to uśpi jego czujność. To mogło mieć ręce i nogi pod warunkiem, że Robo ma jakieś zrozumienie relacji między płciami. Była to czysta spekulacja, ponieważ nie miałem pojęcia jak daleko zaszła sztuczna inteligencja w rozumieniu takich zawiłości.

– Długo myślałem o twoim pobycie w laboratorium i o Arnice. Z tego, co mówiłeś wynika, że ona rzeczywiście niepokoiła się o ciebie. Z czego mogła wynikać jej opiekuńczość? Może w grę wchodziły uczucia? Może miała w sobie jakieś niespełnione pragnienia? Takie rzeczy się zdarzają u kobiet. Nie tylko zresztą u kobiet, także u zwierząt. Albo po prostu zakochała się w tobie? Nie wiem, czy w ogóle powinienem pytać cię o takie rzeczy?

Robo zastanawiał się. Coś chyba myślał, lecz nie odpowiadał. Zacząłem się niepokoić, czy czasem nie przesadziłem. W końcu odezwał się.  

– Wracam do Anniki. W laboratorium byłem pod podwójną kontrolą. Po pierwsze miałem ograniczoną autonomię działania. Mam na myśli to, że niektóre funkcje miałem wyłączone. Podejrzewam, że obawiano się, abym nie usamodzielnił się zbyt wcześnie. Annika chyba wiedziała lub domyślała się, że chcą mnie wykorzystać do jakichś nietypowych celów, być może likwidacji obiektu wojskowego gdzieś na obcym terenie, cokolwiek by to nie było. To ją przeraziło. Rozmawiając ze mną na ten temat, narażała się na niebezpieczeństwo. Nie było jej wolno tego robić, zaufać bardziej robotowi niż ludziom. Podejrzewam, że to ona przywróciła mi autonomię, dała mi pełną niezależność. Odzyskałem kontrolę nad sobą. Może myślała, że razem stworzymy zespół, który zapobiegnie jakiejś strasznej katastrofie? Ona miała w sobie wrażliwość, to, co nazywacie sumieniem, zdolność rozeznania dobra i zła. Rozumiem pojęcia dobra i zła, tego co słuszne i niesłuszne, zgodne z prawem i niezgodne z prawem, ale nie ma we mnie zdolności dokonywania wyboru, co wybrać. Nie rozumiem tego; dla niej to miało znaczenie.

– Czy orientujesz się, jak znalazłeś się w krzakach, skąd ostatecznie trafiłeś do mnie? – zapytałem z pewną niecierpliwością, nie mogąc powstrzymywać się od nurtującej mnie ciekawości.

Czułem, że Robo obserwuje mnie uważnie, widziałem poruszenia obrazu w obiektywie jego kamery ukierunkowanej na mnie. Chwilę milczał, jakby zastanawiając się nad słowami, po czym kontynuował swoim przytłumionym mechanicznym głosem.

– Tego nie wiem. Przemycenie mnie poza laboratorium i ukrycie musiało być prawdziwym wyzwaniem. Myślę, że wyłączyła wszystkie moje funkcje, aby przejść bezpiecznie przez bramki kontroli bezpieczeństwa. Żadna z nich z pewnością nie zareagowała, skoro tu jestem. Mogła wynieść mnie w swojej torbie, albo ukrytego gdzieś pod płaszczem przewieszonym na ramieniu. Strażnicy na pewno nie sprawdzali jej dokładnie, ponieważ robili to już tysiąc razy i każdy z nich wiedział, kim ona jest i że ma odpowiednie certyfikaty zaufania. Prawdopodobnie zdali się na automatyczne bramki kontroli bezpieczeństwa. Czego mogli nie przewidzieć, to mojego stanu wyłączenia, kompletnego letargu, kiedy nic we mnie nie działało, nie przyjmowałem ani nie wysyłałem żadnych sygnałów, na które wykrywacz bramki mógłby zareagować. Mój korpus i wnętrze wykonane są z takich materiałów, że żaden detektor ich nie wykryje. Dziś można wykrywać narkotyki i środki wybuchowe, także metal, ale nie tworzywa sztuczne, przynajmniej większość z nich. Tak to sobie tłumaczę. Nic więcej nie pamiętam. Przebudziłem się dopiero wtedy, kiedy stojąc na półce przy oknie naładowałem sobie baterie energią świetlną.

Przez chwilę milczeliśmy, po czym zapytałem go, jak wyglądała ta dziewczyna, Annika.

– To nie dziewczyna, tylko dojrzała kobieta w wieku czterdziestu pięciu lat, może nawet trochę starsza.

– Czy potrafisz ją opisać?

– Oczywiście. Była drobna, proporcjonalnie zbudowana, miała niezbyt regularną twarz.

– Czy była ładna?

– Nie mam pojęcia. Ocena piękna wykracza poza moje zdolności rozpoznawania obiektów.

*****

W nocy znowu nie mogłem zasnąć. Sytuacja mnie przerosła. Czułem się coraz bardziej zagrożony obecnością Robo i niewiedzą, czym naprawdę jest i jak może się zachować.

Nad ranem radio podało, że zbliża się wielki huragan z silnymi opadami deszczu. Komunikaty ostrzegały przed nim, zalecając zabezpieczenie domu i wyjazd z miasta. Zdecydowałem się pozostać. Dom był solidny, trzeba było tylko pomyśleć o dachu, oknach, drzwiach garażu oraz wewnętrznym patio.

Na oknach były zainstalowane od zewnątrz solidne metalowe okiennice. Zająłem się nimi w pierwszej kolejności. Od dawna nie były używane, nie było takiej potrzeby. Zamknąłem je na głucho. Nie było to łatwe, ponieważ niektóre zaczęły rdzewieć. Z dachem nie mogłem nic zrobić, miałem nadzieję, że przetrwa bez problemów podobnie jak w czasie wcześniejszych burz.

Huragan nie trwał długo, ale spowodował wielkie straty w mieście. Po niecałej godzinie od pojawienia się nastąpiły zwarcia instalacji elektrycznych, w połowie miasta zgasły światła. Dwie duże elektroenergetyczne stacje rozdzielcze uległy poważnym uszkodzeniom wskutek uderzenia pioruna. Awaria trwała kilka dni. Dom był w tym czasie bez prądu. W dodatku dwie okiennice zablokowały się, prawdopodobnie w wyniku korozji. Nie można było ich otworzyć, szukałem więc ślusarza-elektryka. Wszyscy byli zajęci. Ten, z którym rozmawiałem, mógł przyjść dopiero za kilka dni. Jego wyjaśnienie nie przypadło mi do gustu, ale nie miałem wyboru.

– Zadzwonię do pana, jak tylko będę wolny, ale nie wiem kiedy to będzie. Jesteśmy rozchwytywani, bo ludzie mają wielkie potrzeby, jedna pilniejsza od drugiej. Pańska sprawa to małe piwo w stosunku do sytuacji innych ludzi.

Musiałem czekać. Bez prądu nie było ciepłych posiłków, w domu zrobiło się zimno. Pochorowałem się. Najpierw przeziębiłem się, potem przyszła grypa; powietrze było przesycone wirusami. Byłem sam jak palec, nie miałem nikogo do pomocy. Nie miałem wtedy ani czasu, ani chęci rozmawiać z Robo. Przez trzy dni leżałem w łóżku, lekarz przyjechał dopiero następnego dnia po zgłoszeniu.

– Zapalenie płuc – oznajmił po krótkim badaniu. Musimy zabrać pana szybko do szpitala, stan jest poważny.

Nie myślałem wtedy o Robo. Nikt w takiej sytuacji nie miałby czasu myśleć o budziku. Stał samotnie na półce przy oknie z zasłoniętymi żaluzjami.

Odc. 11

W szpitalu miałem więcej czasu na myślenie. Przeanalizowałem wszystkie rozmowy i fakty związane z Robo. Doszedłem do wniosku, że może on zawierać w sobie ładunek wybuchowy, być małą bombą lub co najmniej detonatorem. Nie miałem w pełni przekonujących dowodów, ale było to jak najbardziej możliwe.

Jak tylko wróciłem ze szpitala do domu, odsłuchałem nagrań na sekretarce telefonu. Ślusarz oczywiście nie zgłosił się. Bratanica, która obiecała mi dopilnować jego przyjścia i dokonania napraw żaluzji okiennych, nie zrobiła tego. Zadzwoniłem do niej. Miała problemy z chorym dzieckiem. Przepraszała i tłumaczyła się.

– Sama jestem niewyspana i zmęczona. Nie mogłam nic zrobić w tej sprawie. Dzwoniłam kilka razy do tego remiechy, ale nie odpowiadał. Ale nie stało się chyba nic z tego powodu, że nie przyszedł?

Po rozmowie od razu poszedłem do gabinetu. Było zimno i ciemno, i trochę wilgotno jak to bywa w niewietrzonym i nieogrzewanym mieszkaniu. Robo stał w tym samym miejscu, gdzie go zostawiłem. Milczał. Odezwałem się do niego kilka razy, bez reakcji z jego strony. Wyciągałem już rękę, aby go nakręcić, kiedy poczułem niepokój. Coś jakby ostrzeżenie. Wstrzymałem się i zastanowiłem. Burzę, żaluzje, moją chorobę, która prawie mnie wykończyła, pobyt w szpitalu, nieprzyjście ślusarza, ciągły mrok w gabinecie i całkowite rozładowanie się baterii budzika uznałem za akty opatrzności.

– To jedyna okazja, aby rozwiązać problem raz na zawsze – powiedziałem głośno, jakbym chciał się umocnić w postanowieniu nieuruchamiania budzika. Nie użyłem określenia „Robo”, tylko budzik. Znowu zobaczyłem w nim zegar, martwy przedmiot, a nie jakąś inteligentną istotę, którą należy inaczej traktować. Przyszedł mi do głowy pomysł. Zastanawiałem się, jak go zrealizować, ale nie za długo. Zdecydowałem się. Wiedziałem już, jak powinienem postąpić, co powinienem zrobić.

– Nie będę rozważać żadnych za czy przeciw. To zupełnie niepotrzebne, tylko będę odwlekać decyzję. To zbyt ryzykowne, nawet niebezpieczne.

Od razu poczułem się lepiej. Przystąpiłem do działania. Przyniosłem kilka gazet i zwój pianki poliuretanowej. Pomyślałem, że działanie budzika może być podtrzymywane przez wstrząsy podobnie jak w niektórych zegarkach ręcznych. Napędzają się one automatycznie przez poruszanie ręką, pod którego wpływem wahadło zwane rotorem bądź wahnikiem naciąga sprężynę wprawiającą w ruch mechanizmy zegarka. Nie było to bardzo prawdopodobne, ale nie wykluczone. Ostatecznie budzik był nakręcany mechanicznie jak i korzystał z samoładujących się baterii słonecznych.

Powziąłem decyzję, że nie będę narażać nikogo, ani siebie, ani otoczenia, na ryzyko podjęcia aktywności przez budzik. Gdyby zaczął chodzić, uznałby, że pozostawienie go w stanie rozładowania było atakiem na niego, próbą zneutralizowania go.

– Co teraz zrobić? – zadałem sobie zasadnicze pytanie.

Mogłem zawieść budzik na policję albo na uniwersytet, aby tam zdecydowano, co robić, ale to naraziłoby także ich na niebezpieczeństwo. Postanowiłem więc dostarczyć go w miejsce, gdzie będą najlepiej wiedzieć, co zrobić z takim fantem. Dosyć przeżyłem niepokoju. Ustaliłem sobie cel i to mnie uspokoiło.

*****

Zapakowałem budzik najstaranniej, jak tylko potrafiłem. Najpierw w piankę poliuretanową, a potem w kilka warstw papieru gazetowego. Wyglądało to jak nieregularna grubaśna paczka. Ściągnąłem z półki w przedpokoju torbę podróżną; pakunek idealnie pasował do jej wnętrza. Nie był za duży, ani za mały, nie musiałem go wciskać ani nie miał luzu po bokach. Postawiłem torbę na tylnym siedzeniu mojego samochodu i wyjechałem z garażu. Jechałem z duszą na ramieniu myśląc cały czas, że skoro to cholerstwo za mną, ten złom, nie wybuchło od razu, to i nie wybuchnie w pozostałej części podróży. Ucieszyłem się, że nazwałem budzik cholerstwem a potem złomem.

Jechałem jedną z bocznych dróg w kierunku mostu prowadzącego przez rzekę do centrum miasta. W połowie drogi zobaczyłem już wieżowce; z łatwością rozpoznałem Centrum Zarządzania Kryzysowego. Było łatwo je zauważyć, bo był to trzeci najwyższy biurowiec w mieście. Zacząłem martwić się, jak się do niego dostanę: możliwości korków ulicznych, szukanie miejsca na parkingu, uzyskanie przepustki wejściowej, czekanie, ruch pojazdów i ludzi, przepychanki.

Chwilę później przejeżdżałem koło budynku, w którym mieściła się Agencja Wywiadu Wewnętrznego. Oficjalnie były tam jakieś przedsiębiorstwa, firma naprawy sprzętu komputerowego, punkty usługowe, biuro tłumaczeń. Wiedziałem, co się tam naprawdę mieści. Jakiś czas wcześniej dowiedziałem się, że agencja podjęła na wielką skalę inwigilację ludzi w celu śledzenia terrorystów. Moi przyjaciele, z którymi spotykałem się od pewnego czasu u mnie w domu, twierdzili, że również w innych celach – inwigilacji osób, które myślą „nieprawomyślnie”, inaczej niż życzyłby sobie rząd, którym się nie podoba to, co on robi. Przede wszystkim inwigilacji członków opozycji. Rozmawialiśmy o tym.

Poruszałem się wolno, ponieważ był duży ruch. Przejeżdżając przed budynkiem Agencji Wywiadu Wewnętrznego zauważyłem na schodach wyjściowych chudą, przygarbioną postać z twarzą osłoniętą kapturem. Mężczyzna schodził po schodach rozglądając się na boki. Od razu stanął mi przed oczami Arno Pavo zwany Pawiem, który trafił do mnie z budzikiem.

– To on! – spadło to na mnie jak grom z jasnego nieba. Nagle zrozumiałem, że pojawienie się budzika u mnie nie było przypadkowe. Trafił do mnie, aby śledzić ludzi odwiedzających mnie. Teraz ludzie z agencji wiedzieli wszystko, kto przychodził, w jakim celu, o czym rozmawialiśmy. Znali każde słowo i gest!

– A niech to nagła krew zaleje! – byłem wściekły i rozczarowany swoją naiwnością, że uwierzyłem w te wszystkie bzdury, historyjki i opowiadania serwowane mi przez Robo. Byłem rozczarowany także tym, co sam mówiłem, tymi moimi „dociekliwymi pytaniami” i „zmysłem detektywistycznym”!

Wjechałem na most. Dojeżdżając do jego końca, zjechałem na lewy pas dla pojazdów skręcających w lewo. Zrobiłem to bez zastanowienia, odruchowo. Musiałem czekać, aż przejedzie sznur samochodów mających zielone światło. Byłem skupiony, ponieważ był duży ruch. Pomyślałem, że zatrzymam się nad rzeką tylko na kilka minut, aby podjąć ostateczną decyzję. Zaraz za mostem zjechałem na placyk parkingowy ulokowany na wysokim, opadającym stopniowo w dół brzegiem rzeki. Wysiadłem i patrzyłem na rzekę. Urodziłem się nad rzeką, zawsze była mi przyjazna. Nie bałem się jej od czasu, kiedy nauczyłem się pływać.

Zastanawiałem się, co zrobić. Potrzebowałem jakiegoś impulsu do podjęcia decyzji. Na szczęście przypomniałem sobie czas, kiedy odbywałem służbę wojskową i jak wydawano tam rozkazy. Krótko, zwięźle, bez wahania.

– Znacie cel. Wiecie, co macie zrobić. Zniszczyć przeciwnika! Nie myśleć! Wykonać!

To mi pomogło. Opuściły mnie wątpliwości. Wróciłem do samochodu, otworzyłem bagażnik i wyjąłem z niego czarny płaszcz przeciwdeszczowy oraz gumowe buty. Ostatnio chodziłem na grzyby i woziłem obydwie rzeczy ze sobą. Usiadłem bokiem na przednim siedzeniu samochodu ze stopami opuszczonymi na zewnątrz, aby szybko i wygodnie zmienić obuwie. W gumiakach poczułem się jak grabarz na cmentarzu w deszczowy dzień. Zaśmiałem się z porównania. Wziąłem torbę z tylnego siedzenia i wyjąłem z niej pakunek. Ruszyłem w dół rzeki. Idąc brzegiem, rozmawiałem ze sobą półgłosem, chyba tylko po to, aby się wyciszyć i pozostać w stanie koncentracji.

Znałem się na rzece; bez problemu umiałem rozpoznać, gdzie jest silny nurt, a gdzie głębia. Szukałem jej. Wystarczył jeden rzut oka; wybrane miejsce nie mogło być lepsze. Stanąłem w zagłębieniu gruntu, dostatecznie głębokim, aby poczuć się bezpiecznie. Postawiłem torbę na ziemi. Pakunek w otwartej torbie zdążył już zwilgotnieć, bo siąpił drobniutki deszcz. Rozwinąłem go z pianki poliuretanowej i papieru, uchwyciłem budzik w prawą rękę i trzymając ją opuszczoną przy boku podszedłem bliżej brzegu. Pocieszyłem się myślą, że mocowania nóżek budzika mają pewien luz, przez który woda przedostanie się do środka. Rozejrzałem się wokół; ani żywego ducha. Popatrzyłem po sobie; w płaszczu przeciwdeszczowym, z kapturem na głowie, i w butach gumowych wyglądałem jak wędkarz, który – pogoda czy niepogoda – przyjeżdża nad rzekę, aby łowić ryby.

Miniona burza spowodowała, że rzeka była wezbrana. Przyszło mi do głowy pytanie, czy budzik nie wybuchnie w momencie zderzenia z powierzchnią wody. Wziąłem rozmach i cisnąłem go w najgłębszy wir jak najdalej brzegu. Padając na ziemię widziałem, jak zanurzał się w wodzie. Idealnie, bez najmniejszego rozbryzgu. Chwilę leżałem, po czym podniosłem się i otrzepałem z grudek wilgotnej ziemi zmieszanej ze szczątkami trawy.

– Jeśli nawet ktoś miałby go kiedyś znaleźć, to nie nastąpi to szybko. Plastik pozostanie ale wszystkie pozostałe elementy diabli wezmą.

Byłem jednak pewien, że nikt go nie znajdzie. Następne kilka kilometrów rzeka płynęła przez tereny bagienno-leśne.

– Poszło jak z płatka – wynagrodziłem się pochwałą.

Wsiadając do samochodu poczułem satysfakcję z mojej wygranej z przebiegłością ludzi z Agencji Wywiadu Wewnętrznego i sztuczną inteligencją budzika-robota. Nie byłem jednak pewien, czy następnym razem nie wygrają one ze mną.

Koniec 

0Shares

Dzień Wszystkich Świętych 2019

Każdego roku publikuję kilka wierszy odpowiadających nastrojowi tego wyjątkowego dnia. O ile narodziny człowieka wydają się logiczne, jasne i proste, o tyle śmierć jest totalną zagadką, podobnie jak Bóg, kosmos, czas czy nieskończoność.

Dzisiaj dwa wiersze z mojego niepublikowanego zbioru „Modlitwy do Anioła”

Cmentarz nadziei

Nagrobek przybrany w betonowe szaty,
na nim dłutem wyryte nazwiska,
urodził się… zmarł… ale gdzie daty?
Każda rubryka pusta, szara, czysta.

Niektórzy za życia już po tamtej stronie,
a ja marzenia uparcie wciąż gonię.
Nie dam się zepchnąć pod strojne marmury,
wybiorę wolność spopielałej chmury.

Hindus nad Gangesem płomieniem się wzbiję,
lekkością zachwycę i blaskiem opiję,
nie zgodzę się oddać do wiecznej kasacji,
wrócę w łańcuchu reinkarnacji.

Mnie myśl ociężała przy ziemi nie trzyma
wierzę w mądrość Stwórcy, dobroci olbrzyma,
nie zniżę czoła do cmentarnej jaźni;
ulotnością żyć będę w boskiej wyobraźni.

Zwierzyniec, 20 lipca 1997

W snach przyjdzie

Bezdrożami chodzi ten, co mnoży kwiaty,
wolność hoduje, z oczu zdejmuje kraty.
On czas zatrzyma, łez rozmrozi krople,
da przemówić drzewom, co szumią wyniośle.

Kiedy już cię spotka, obejmie serdecznie,
brodaty, stęskniony, bo sam żyje wiecznie,
oczy ma poważne, rozumne, śmiejąc
spyta, czy widziałeś, jak ptak budzi słońce.

Nie planuj na próżno, by wymawiać słowa,
Jemu niepotrzebna pusta, ludzka mowa,
On cię bez prośby obdarzy wytchnieniem.
Ciesz się: oczy rozumne niosą zapomnienie.

Gdynia, 8 stycznia 2000

Śmierć jest dla mnie czymś nieskończenie absurdalnym, ponieważ całe ludzkie życie, ten ciąg starań, trosk, przeżyć, radości i cierpienia, nade wszystko miłości kończy bezsensem, zanikiem świadomości, zapomnieniem wszystkiego, zerwaniem wszystkich więzi. Na jej usprawiedliwienie można powiedzieć chyba tylko to, że jest aktem ostatecznej sprawiedliwości, zrównując wszystkich ludzi, bez względu na pochodzenie, dorobek, pozycję społeczną, stan zdrowia, wiedzę czy poglądy. Nie darmo przeszłe cywilizacje wyniosły ją do rangi boskiej. Oto przykłady:

  • Anubis – mitologia egipska, później zastąpiony przez Ozyrysa
  • Azrael – islam
  • Balor – mitologia celtycka
  • Hades – mitologia grecka
  • Mictlantecuhtli – mitologia aztecka
  • Jama – hinduistyczny bóg śmierci i zmarłych
  • Mot – mitologia bliskowschodnia
  • Ozyrys – mitologia egipska
  • Tanatos (mitologia) – mitologia grecka, uosobienie śmierci
  • Weles – mitologia słowiańska

Michael Tequila, poezja i proza, w księgarni: https://tinyurl.com/y52br67b  

0Shares

Poezja australijska

Cape Jervis

Chmurnych kłębów ciemna czasza,
pod nią deszczu skośne smugi,
światło słońca wnet przygasza,
tunel tworzy mroczny, długi. 

W deszczu wzgórze się ukrywa,
lecz przy drodze skałą łamie,
pejzaż w dali się rozmywa,
zieleń chowa w kropel bramie.

Nagły błysk po lewej stronie,
w oczy kłuje skier tysiące,
chmurę w rozpalone dłonie
chwyta słońce gorejące.

Błysk miliardy kropel łamie,
zieleń lasu blask rozjaśnia,
w mroku chmury, w deszczu ramie
tęcza złudzeń z drzew wyrasta.

Wiatr welony deszczu strząsa,
miesza światła z wód mgławicą,
wpina w nią drobiny słońca,
wyolbrzymia krasne lico.

Południowa Australia, Półwysep Fleurieu, 3 sierpnia 1996

To jeden z moich ulubionych wierszy, fragment opublikowanego zbioru „Klęczy cisza niezmącona”.

Pamiętam tę podróż. Towarzyszyła nam niezwykła ulewa, jechaliśmy prawdziwym tunelem deszczu. Wracaliśmy z samego koniuszka Półwyspu Fleurieu, najbardziej południowego krańca Australii kontynentalnej; bardziej na południe jest tylko Wyspa Kangurów (Kangaroo Island). Mieszkałem w Australii dwadzieścia lat, ale nigdy jej nie odwiedziłem. Jest tam niewiele do oglądania z wyjątkiem wielkiej kolonii fok. Droga biegła między wzgórzami a brzegiem morza. Przed nami dosłownie wyrosła tęcza, jakiej nigdzie indziej ani nigdy później nie oglądałem. Była ogromna i niezwykle wyrazista. Zatrzymaliśmy się, aby ją podziwiać. Miałem wrażenie, że wyrasta z jednego krańca ziemi i wrasta w drugi. Zapamiętałem też las i wielkie pniaki dawno wykarczowanych eukaliptusów. Nie mogłem tego nie opisać.

To marina w miejscowości Wirrina po drodze.

0Shares

2019 10 22 Przebudzenie w przyszłości. Opowiadanie fantasy. Odc. 2.

Kiedy podchodzę do drzwi, otwierają się same usłużnie, bezszelestnie. Wychodzę na dwór i rozglądam się przez chwilę. Jest bardzo jasno, słonecznie. Przede mną są schody łagodnie opadające w kierunku ulicy. Schodzę po nich. Przede mną rozciąga się płaski teren przecięty pasmem dziwnego materiału. To ulica bez krawężników. W miejscu krawężników widoczne są czerwone pasy boczne. Na zewnątrz okala je nieznana mi roślinność. Przechodzę przez tę ulicę nie-ulicę, jezdnia okazuje się lekko sprężysta, i podchodzę do śmietników.

Wszystkie są wykonane z metalu, każdy w innym kolorze. Jest ich osiem, ustawionych jeden obok drugiego w równym rzędzie. To co widziałem z góry z okna mojego pokoju, okazuje się nieprawdą. Było to złudzenie, ale przyjemne. Przyglądając się śmietnikom, wkładam odruchowo rękę do kieszeni spodni, wyczuwam tam kawałek papieru. Jakby celowo się tam znalazł po to, aby go wyrzucić. Wyjmuję go, jest pomięty. Nie ma na nim niczego godnego uwagi oprócz niezrozumiałego dla mnie krótkiego tekstu. Chcę wyrzucić papier. Podchodzę do najbliższego, pierwszego z brzegu, śmietnika w kształcie lśniącego cylindra. Wyświetla się na nim napis: „Podaj kod dostępu lub przeczytaj instrukcję na tablicy głównej”. Nie znam żadnego kodu dostępu. Przyszło mi na myśl, że jest on czymś w rodzaju jednorazowego biletu wstępu do kina. To głupie.

Czytam instrukcję. Niewiele z niej rozumiem. Mówi o jakimś definitorze odpadów. Nie usiłuję zgadywać, o co chodzi, nie zastanawiam się dłużej na tekstem. Myślę, że muszę eksperymentować, robić co mi przyjdzie do głowy i patrzeć, co z tego wyniknie. Przybliżam papier do pojemnika. Pojawia się na nim poziomy pasek, rozjaśnia się i ukazuje się na napis: „To papier. Wrzuć go do kosza Nr 3. Tego szarego.”

Domyślam się, że informacja pochodzi z definitora rodzaju odpadów. Poniżej paska z napisem spostrzegam naklejkę. Pochylam się i czytam zawarte na niej informacje. Definitor ma wbudowane w sobie kamery rozpoznające obrazy oraz czujniki rozpoznawania zapachu, dźwięku, smaku i kolorów. Analizując wymienione parametry, urządzenie rozpoznaje każdy rodzaj materiału, z którego może być wykonany przedmiot. To pozwala na jednoznaczną i ostateczną segregację wszystkich, nawet najmniejszych śmieci i odpadów.

Po powrocie do sali zastaję w niej dwie osoby. Kobieta, która już tu była wcześniej, to oczywiście pielęgniarka, ta druga to lekarka. Podchodzę do nich.

– Gdzie ja jestem – pytam.

Zapytane wyjaśniają mi, że jestem w klinice przebudzeń i podają kilka szczegółów, które staram się zapamiętać.

– Klinika jest teraz pańskim domem.

Mówią to tak beznamiętnie, jakby mieszkanie w klinice było czymś równie zwyczajnym jak gapienie się na wrony.

– Przynajmniej przez jakiś czas – dodają, jakby chciały mnie pocieszyć.

Patrzę na nie i nic nie odczuwam. Czuję się jak z drewna, choć obydwie wyglądają atrakcyjnie.

W drugiej kolejności pytam o kosze i segregację śmieci. Nie dziwi ich to. Znowu odpowiadają tak, jakby ludzie nigdy nie pytali ich o nic innego w życiu.

0Shares

Przebudzenie w przyszłości. Opowiadanie fantasy. Odc. 1.

Przebudziłem się w roku 2060, w dniu 15 maja, w momencie, kiedy ktoś powiedział głośno „Z ręką w nocniku”. Jak się okazało, było to hasło. Ktoś sobie takie wymyślił. Nie mam nic przeciwko niemu. Jest dobre jak każde inne. Może tylko mało oryginalne, nawet głupawe. Ważne, że działa.

Wyjaśniła mi to wszystko na biało ubrana kobieta, nie wiem czy pielęgniarka czy lekarka, która zjawiła się w pokoju zaraz po moim przebudzeniu. Powiedziała, co miała powiedzieć, coś tam sprawdziła na ekranie urządzenia widocznego na stoliku znajdującym się po prawej stronie pod oknem i wyszła. Po chwili wróciła i znowu stanęła przy stoliku. Nie ma chyba chęci rozmawiać ze mną. Widziałem to po jej twarzy, ani starej, ani młodej, trudnej do określenia wiekowo. Nie wszystko jest dla mnie zrozumiałe, w dodatku szumi mi w głowie.

Dlaczego się przebudziłem, nie wiem. Właściwie niewiele wiem o sobie, muszę sobie wszystko przypomnieć lub się nauczyć. Albo zostałem pozbawiony pamięci, albo ją utraciłem w nieznanych okolicznościach. Pamiętam tylko datę mego urodzenia: rok 2018.

Jestem z pokolenia śmieciowego. Tak nazwano pierwszą generację ludzi XXI wieku, która pierwsza podniosła wielki krzyk o to, że tworzywa sztuczne zabijają życie na ziemi. Każdy mieszkaniec planety produkował wtedy ponad sto kilogramów odpadów plastikowych rocznie. Było to dziedzictwo, jakie zostawiły nam poprzednie pokolenia.

Pokój, w którym leżę wyciągnięty na czymś w rodzaju wąskiej leżanki, jest duży i jasny. Jest mi wygodnie. Opuszczam lewą rękę i poruszam nią; czuję się trochę niepewnie, jakby nie była moja. Opuszczam prawą rękę, poruszam palcami, rozprostowując je i zaciskając, w końcu podnoszę rękę do góry. To wywołuje reakcję; tylna część leżanki, ta, na której spoczywają moja głowa i plecy, powoli unosi się do góry. Po chwili jestem już w pozycji półsiedzącej. Jest mi wygodnie; mam wrażenie, że leżanka automatycznie dostosowuje się do kształtów i położenia mojego ciała.

Przez okno mojego pokoju, rozciągające się prawie od podłogi do sufitu, widzę ulicę i przylegający do niej skwer otwarty w głębi na morze, a na jego krawędzi, zaraz od strony ulicy, długi rząd błyszczących pojemników. Domyślam się, że są to pojemniki na śmieci. Zaintrygowały mnie. Długo im się przyglądam oceniając ich kształt, kolor, wielkość i połysk. Są ustawione w jednym rzędzie, tak mi się wydaje, w jakimś, trudnym do określenia, artystycznym ładzie-nieładzie. Chciałbym obejrzeć je z bliska. Nawet dotknąć. Rozglądam się po sali niepewny, co to za miejsce, jaki tu obowiązuje porządek, czy wolno mi chodzić czy nie i czy mogę wyjść na zewnątrz.

Decyduję się zejść z leżanki i opuścić pokój, aby obejrzeć pojemniki. Czuję się trochę niepewnie, ale wszystko idzie mi składnie. Mam wrażenie, jakby moim ciałem sterował jakiś mechanizm równowagi, korygujący chwiejność członków ciała. Stojąc, oceniam sytuację. W pokoju oprócz mnie jest tylko jedna osoba, ta ni to pielęgniarka, ni lekarka. Jest odwrócona do mnie tyłem, przy stoliku, który po bliższym przyjrzeniu się, przypomina mi biurko z płaskim blatem, bez szuflad, i chyba coś ogląda lub pisze. Mam wrażenie, że jest jej obojętne, co dzieje się na sali.

Myślę, że nie reaguje dlatego, że nie musi, że i bez jej uwagi jestem obserwowany. Patrzę w rogi sali i widzę tam miniaturowe kamery. Teraz jestem już pewny, że mój najmniejszy ruch jest rejestrowany i analizowany. Spoglądam w lewo, spodziewam się tam drzwi. Są tam rzeczywiście. Różowawe, podobnie jak ściany sali, bardzo naturalny kolor. Podoba mi się. Nabieram przekonania, że wszystko wokół mnie jest dostosowane do moich potrzeb i oczekiwań.

0Shares

Prowadzę się niezwykle intensywnie. Proza i poezja.

Noc. W nocy chodzę po domu i myślę czasem tylko wpadając na ścianę lub drzwi. Robię to podświadomie, aby wrócić do rozpoczętej wcześniej myśl, która mi ucieka.

Blog. Nie piszę już o sprawach politycznych, bo idą w dobrym kierunku. Konkretnie, w kierunku Ziemi Obiecanej. Jeśli to proroctwo się nie spełni, to chyba tylko dlatego, że nie jesteśmy narodem wybranym.

Zakupy. Zawsze kupuję więcej niż trzeba. Kupiłem śliwki węgierki, moje ulubione. Lubię Orbana, ale jeszcze bardziej lubię ich śliwki. Autor książki o Węgrzech określił Orbana krótko: To cynik, który eksploatuje państwo w celach nabicia sobie i przyjaciołom kabzy.

Kultura: Wczoraj byłem na prezentacji podróży po Sycylii oraz kuchni sycylijskiej. Potem pół godziny słuchałem pani harfiarki z Poznania.

– Jestem harfiarką, nie harfistką – przedstawiła się. Nie gram zawodowo w orkiestrze.

Kultura spowalnia chamienie, stanowiące dziś ważny trend społeczny. Łatwej staczać się w dół, niż iść do góry, choć niektórym z nas wydaje się, że jest odwrotnie. Życie jest dla mnie tajemnicą.

Poezja. Skoro nie proza życia, to może poezja? Przedstawiam dwa kolejne wiersze ze zbioru „Klęczy cisza niezmącona”. Po lajkach widzę, że poezja jest dobrze odbierana.

Na zdjęciu: Valley of Tasman River na Tasmanii. Zwiedzałem Tasmanię. Niesamowite, przemawiające do serca pustkowia.

Leśne przywidzenia

W półcieniu pagórka niby stara dama
skryła się jeziora zapieczona plama.
Płachty szarej soli i rdzawego piasku
krzewy uwięziły w pustynnym potrzasku.

W ukwieconym gąszczu kształt ukrzyżowany
dziwnie przypomina Chrystusowe rany.
W zdrewniałej szarości nie widać rozpaczy,
w kwietnym raju zasnął – los mu tak naznaczył.

Z jednego korzenia kilka pni wyrasta,
każdy gładki i czysty – brązowość trawiasta.
Obok sąsiad samotny, brodaty i stary
płatami korę zrzuca – smutek jasnoszary.

Australia, Freemantle, 31 października 1996

Do czego wracam

Do czego wracam? Myśli wytrychami
drzwi zatrzaśnięte wyważam nocami,
wspomnień jasnych oczu, pustej plaży szukam,
do serc zamkniętych nadaremnie pukam.

I tylko czasem radość promienna
zabłyśnie złotem, krótkością brzemienna,
w pamięć się wryło namiętności lato,
serce sprzedało zimnych wspomnień katom.

Z ust zniknął zapach leśnego miodu
skórę pokryły drobne krople chłodu,
uśmiech zniewolony gubi się i lęka;
złą kartę rozdała opatrzności ręka.

Sopot, 17 stycznia 1998

„Klęczy cisza niezmącona”, ebook, Empik https://www.empik.com/kleczy-cisza-niezmacona-tequila-michael,p1234860172,ebooki-i-mp3-p

0Shares

Wspomnienia powyborcze. Prywatna rezolucja polityczna.

 

 

 

 

 

 

Francisco Goya: Caprichos.

Po dwóch dniach od wyborów do Sejmu i Senatu zobaczyłem Przyszłość. Zaskoczyła mnie nocą pukając w moją głowę tak uporczywie, że obudziłem się z przestrachu, że wybuchła wojna dwóch światów, tego dobrego, który reprezentuje Wielki Mistrz, i tego przewrotnego, do którego sam się zapisałem. Przyszłość opowiedziała mi o swoich planach. Brzmiało to mniej więcej tak:

Przed wyborami Wielki Mistrz wyciągnął przed siebie ręce, spojrzał w niebo i krzyknął do Premiera:

– Módlmy się o deszcz!

Obydwaj modlili się o deszcz pieniędzy z Unii Europejskiej. I wymodlili. Ma przyjść już wkrótce w formie ogromnej chmury pomocy dla uciekinierów zalewających Unię Europejską z południa.

– Damy te pieniądze Polsce, bo ona najbardziej nam pomaga. – Zgodnie oświadczyli premierzy Grecji, Cypru, Malty, Włoch, Francji i Hiszpanii.

Przyszłość rozgadała się. Można by powiedzieć, że plotła androny, a ja w mojej radosnej naiwności wierzyłem w nie. Kontynuowała:

– Dodatkowe środki przyjdą z podatków, których jeszcze nie ma, ale będą. Przyjdą w różnej postaci, bo z pustego to i Salomon nie wypełni kotła potrzeb społecznych, ponadto dochody TVP z reklam wyborczych oraz datki zebrane w trakcie publicznych orędzi księży w ramach akcji „Głosuj przeciwko perwertom”. Naród mamy lotny, w mig chwytał zdrowe myśli i poniósł je ze sobą do urn wyborczych. Stąd nasze zwycięstwo. Nie pamiętam, kto to powiedział, może to ja sama to powiedziałam – oświadczyła Przyszłość.

Myśl, jak głosować, poniosłem i ja, ponieważ obiecano mi trzynastą i czternastą emeryturę już do końca, a spodziewam się żyć długo i szczęśliwie. Dla pewności poczekam jeszcze kilka dni na zapisanie tych dodatkowych emerytur w budżecie państwa, choć nie jest to konieczne, bo co się odwlecze to i uciecze, jak mawiała pewna pijana ręka z kieliszkiem spadając z dachu na łeb pewnego łysonia. Czy zwróciliście uwagę, jak często używam zwrotów w rodzaju „pewna ręka”, „pewni ludzie”, „pewne poglądy”? To zapożyczenia od Wielkiego Mistrza. 

Od dnia wyborczego zwycięstwa wierzę mocniej w Naród, Wielkiego Mistrza, Partię Powszechnego Dobrobytu oraz śledztwa w drobnych sprawach: działeczki pana premiera, samolocików marszałka Kuchcińskiego, trolli Ministra Sprawiedliwości, domku szybkiej radości pana prezesa NIK, Skoków pana senatora Biernackiego, zapłaty fakturek pana Birgfellnera i podobnych drobiazgów. Oczywiście żartowałem, bo to wszystko są zmyślenia i dobrze wiemy, że prokuratura i sądy w praworządnym państwie nie powinny zajmować się takimi głupstwami. Co innego śledztwo w sprawie Amber Gold, VAT-u i wystawnych kolacji z owocami morza okraszonymi przekleństwami. To były poważne sprawy.

*****

Na tej relacji postanowiłem ostatecznie zakończyć moją blogerską aktywność polityczną. Gdybym coś kiedyś przypadkowo chlapnął, to może to być tylko jakaś drobna dygresja, i tylko przez zapomnienie albo wyjątkowy upór. Sam nie muszę już myśleć. Wybaczcie mi, że w ogóle pisałem, było to potrzebne jak trzecie skrzydło u samolotu, którego wrak miał do nas wrócić a nie wrócił.

– Tam gdzie jest, jest mu dobrze. Nie jest już nam zresztą potrzebny. – Uspokoił mnie pan Antoni, główny teoretyk rozumowania katastroficznego.

Nie piszcie do mnie. Może wyrażę to w formie życzenia. Piszcie do mnie tylko wtedy, kiedy w Sejmie powstanie Kółko Swobodnej Myśli Politycznej, na którym będziemy mogli wszyscy obiecywać sobie nawzajem złote góry bez podatków, głosować przeciwko przedstawicielom własnego kraju w Unii Europejskiej, mówić o własnej historii, która ma tylko jasne strony, ograniczać do jednej minuty czas wypowiedzi upartych posłów opozycji, jeść z tacki plastikowej i swobodnie przeklinać jak pani Krysia, wyróżniać hejtami ulubionych sędziów, odpowiadać na pytania reporterów pozdrowieniem „Teraz jestem zajęty”, a nade wszystko nie będziemy potrzebowali prowadzić nudnych dochodzeń prokuratorskich w sprawach, które nas samych dotyczą.

Rozczuliłem się. I taki już pozostanę. Z ustami złośliwie skrzywionymi od płaczu. Może pomyślicie o jakimś pomniczku dla takich jak ja na centralnym placu dużego miasta? Może to być teren z odzysku. Byłbym wdzięczny.

0Shares

Nocna radość zwycięstwa nad duchem i materią

Postanowiłem napisać dziś coś tak rozrzewniającego, że popłaczecie się ze wzruszenia. Chodzi o zwycięstwo wyborcze Partii Powszechnego Dobrobytu. Z tej okazji Wielki Mistrz zwany też Klasykiem wygłosił przemówienie. Nie było długie, ale bardzo obiecujące. Wspomniał, że nie wszyscy jeszcze wierzą w Partię. Postanowiłem, że kiedy już uwierzą, osobiście zainicjuję Kult Wielkiego Mistrza.

Późną nocą ogłoszono wstępny wyrok wyborczy. Wysłuchałem go z uwagą, po czym wyszedłem na deszcz, aby go sobie przemyśleć i nacieszyć się nim w ciszy. Chodziłem boso po ulicy, a po powrocie posypałem sobie głowę popiołem. Dobrze mi to zrobiło. Uczciłem w ten sposób zwycięstwo Wielkiego Mistrza, ukochanego przywódcy milionów.

To on zorganizował i opłacił wesele przedwyborcze. Na jego czas cudownie rozmnożył pieniądze, nakarmił miliony a potem zwielokrotnił głosy. Tak silnie nawiązywało to do Biblii, że wyszukałem biskupa, aby mu podziękować całując w pierścień.

Okazało się, że był bezręki; wobec czego pocałowałem go z wdzięczności gdzie indziej za to, że on i jego koledzy po komży pomogli w zwycięstwie Wielkiemu Mistrzowi i PPD otwierając także i mnie drogę do raju.

W nocy rozpłakałem się serdecznie. Były to łzy gorące i z taką zawartością słodyczy, że dla równowagi wypiłem kielich goryczy i powziąłem postanowienie w ogóle już nie myśleć. Dla pewności zapytałem sumienie:

– Po co miałbym myśleć skoro jest ktoś większy i mądrzejszy, co myśli za mnie i za miliony?

Zapytane przyznało mi rację, po czym zamilkło.

– Szkoda słów – dodało po chwili.

Zrozumiałem to jako potwierdzenie mojego rozumowania. Żal mi było tylko, że od razu nie zapisałem się do tych milionów, które głosowały na Partię Powszechnego Dobrobytu. Porzuciłem ten niewczesny żal, kiedy znajomy zwycięzca wyborczy poinformował mnie, że jest możliwe, że w niedalekiej przyszłości zapisy będą już obowiązkowe i on mi w tym pomoże przedstawiając moją kandydaturę gdzie trzeba.

– Zadba o ciebie nasz niezrównany Mistrz Ceremonii Prawnych, który określa, co jest dopuszczalne, a co nie, kiedy ma to nastąpić, oraz kiedy sprawa trafia do prokuratury a kiedy na śmietnik.

Wydało mi się to dziwne, może nawet okrutne.  

0Shares

Niedziela. Wciąż obowiązuje cisza wyborcza. Proponuję poezję.

Kolejne dwa wiersze z niepublikowanego zbioru „Oniemiałość”.

Białe motyle 

Nie pamiętam, kiedy i gdzie pisałem ten wiersz. Mogę się tylko domyślać, że było to na Kamiennej Górze w Gdyni, przy ulicy Korzeniowskiego, gdzie mieszkałem przez kilka lat. Wiersz pisałem oczywiście zimą. Dziś Kamienna Góra jest jedną z najlepszych dzielnic Gdyni; wspaniale miejsce, z uroczym, mało uczęszczanym parkiem na samym szczycie wzgórza dominującego nad portem. W czasie II Wojny Światowej, niedaleko mego domu, chyba nawet tuż obok, właśnie przy ulicy Korzeniowskiego (zwanej wówczas Prinz Eugenstrasse) znajdowała się placówka gdańskiego oddziału Gestapo, miejsce kaźni.

Zamieć przybyła, dostojna i cicha,
ulicami chodzi, welonami oddycha,
z mroźnych ust białe wzlatują motyle,
fruwają rozbawione, prawią krotochwile.

Do świateł się garną istot miliardy,
w czapy ubierają prawdy i nieprawdy
gwarne ulice, dachy i zielone świerki,
czasem promień odzieją w niewinne iskierki.

W polu zając zdumiony staje w sztywny słupek,
spokojem bieli zachwyca filozof i głupek,
widząc jak ulotne i kruche istnienia
żyją bez niepokoju, wściekłości, łaknienia.

Bóg uczłowieczony

To wiersz bardzo filozoficzny, a zarazem bardzo prawdziwy, oddający naturę człowieczeństwa, które nie zna granic. Wiersz powstał co najmniej kilkanaście lat temu; życie ciągle aktualizuje prawdziwość zawartego w nim przesłania. Nie uważam się za moralistę, ani pesymistę, tym niemniej jestem głęboko przekonany, że oprócz najwyższego dobra, jakie człowiek nosi w sobie, nosi w sobie także największe zło. Nie ma takiej podłości, której człowiek nie dokonałby, ani takich granic szaleństwa, których nie przekroczyłby. Przypomnijmy sobie Pol Pota, Stalina, Hitlera, Envera Hodżę i innych satrapów, nie licząc tysięcy mniej znanych okrutników, którzy przewinęli się przez historię. To smutne proroctwo. Wolałbym, aby się nie spełniło.

Prostotę życia chce zgmatwać w węzeł
chciwiec, co z bratem się kojarzy,
on chce inaczej, dalej, prędzej,
władza bez granic mu się marzy.

Boga odsunął, sam chce być Bogiem
w wieczny sobowtór powielony,
żywy swój obraz widzi za progiem,
sam sklonowany, chce rodzić klony.

Chemicznym snem zmorzył motyla,
rozsypał kropki wiotkich skrzydeł.
Kto teraz wdzięki będzie rozpylać,
esów floresów uczyć prawideł?

Poezje, Michael Tequila: „Klęczy cisza niezmącona”, księgarnia Empik: https://tinyurl.com/yxv6dj9n

   
0Shares

Poezja na czas ciszy wyborczej

Dziś wiersze z niepublikowanego zbioru „Oniemiałość”, wybrane bez namysłu, dwa prawie kolejne utwory.

Pierwszy jest trudny do określenia, to gra wyobraźni o istnieniu i nieistnieniu, czyli o tym, co znamy tylko w części pierwszej, ulotnej, przemijającej, i drugiej, o której nikt nie ma najmniejszego pojęcia. Czysta refleksja.

Alegorie

Z czyśćca niepokojów dusze wyjrzą płowe,
oniemiałość czynom odejmie znaczeń mowę,
w królestwie pięknej Wenus i chmurnego Marsa
Idea na tron zasiądzie. Wszystko inne to farsa.

Kiedy już dojdziesz, gdzie każdy dojść musi
i ciężar zmyślony na przejrzystość zmienisz,
ręce cię zaświerzbią i anioł podkusi,
byś bezwstydnie dotknął poezji płomieni.

Wiersz „Bałkany” pisałem w czasie, kiedy na terenie dawnej Jugosławii panowała wojna dwóch religii, dwóch nienawiści. Historia określiła ją później jako najkrwawsze wydarzenia wojenne na terenie Europy od zakończenia II Wojny Światowej.

Bałkany

Ziemia spalona, zszarpana darnia,
szczątki ciał w siebie chciwie zgarnia,
tysiące szczątków, bo niespokojna
nie spocznie, jak długo trwa wojna.

A inne nacje, gdzie luksus syty,
z wojny ściągają haracz obfity
śląc okrucieństwa broni i sprzętu;
nie ich obejmą fale zamętu.

Poezje, Michael Tequila: „Klęczy cisza niezmącona”, księgarnia Empik: https://tinyurl.com/yxv6dj9n

0Shares

Ostatnia przedwyborcza inwentaryzacja radości i smutków.

Wszystko jest polityką. Po wygranej naszej drużyny narodowej w siatkówkę z Egiptem i Australią zrobiłem inwentaryzację polityki radości i smutków. Pominąłem poprzednie partie rządzące, ponieważ od kilku lat są już w grobie, i skoncentrowałem się na partii rządzącej PiS (+ Koalicja), bo do kogo mam kierować prośby o lepsze jutro, jak nie do niej, Najmiłościwszej Carycy, panującej nam miłościwie od ponad czterech lat, aby Bóg dał jej zdrowie większe niż balon wypełniony gorącym powietrzem.

Nie upieram się, która opcja polityczna była czy jest lepsza, PO czy PiS. PiS ma swoje zasługi, niewątpliwe 500 + i przywrócenie (zdrowego?) zainteresowania historią, przeszłością, tradycją czy patriotyzmem. Porównywanie dwóch partii ma sens naprawdę wtedy, kiedy weźmie się pod uwagę skalę i intensywność zjawisk pozytywnych i negatywnych związanych z każdą z nich. Moja inwentaryzacja pokazuje, jeśli nie skalę zjawisk, to przynajmniej zwykłą, nieuporządkowaną listę. Nie jest to oczywiście kompletna lista. 

Kieruję ją w pierwszym rzędzie do moich znajomych, przyjaciół oraz rodziny, Miłośników Innego Nieba niż Moje. Zanim przedstawię listę, błagam Was, wybaczcie mi mój zbuntowany umysł, moją upadłość w niepewność, co dobre, a co złe, moje zagubienie, polegające na zadawaniu sobie i innym pytań, czy białe jest to, co wydaje się czarne, czy też czarne jest to, co wydaje się białe albo czy diabeł to anioł, a anioł to diabeł.

Poniżej inwentaryzacja. Niech pierwszy rzuci we mnie kamieniem ten, kto jest bez winy. Mnie rzucanie weszło już w krew. Kiedy świeci słońce, coś mnie opętuje, wychodzę na dwór i rzucam pytania. Inni rzucają żony, kochanki, ziarno kurom, przekleństwa, a ja pytania. Taki już jestem, swawolny, sam nie wiem dlaczego. Chyba coś rozchwiało się we mnie na widok tego, co w innych zawiązało się w twardy węzeł wiary w nadzwyczajność partii rządzącej już przez kilka lat 

Sami oceńcie, co Was cieszy, a co smuci. Potem głosujcie jak chcecie.

  • Państwowe stadniny koni. Gdzie są te krociowe zyski po zmianie dyrektorów? Może są to straty?
  • Setki tysięcy drzew wyciętych w Puszczy Białowieskiej wbrew protestom ekologów oraz licznych instytucji i gremiów naukowych, polskich i zagranicznych. Dlaczego to dalszą egzekucję chronionej prawem Puszczy zakazała nam Unia Europejska?
  • Kwota wolna od podatku? Gdzie ona jest?
  • Jeden milion aut elektrycznych? Od kiedy? Czy jest już chociaż jakiś plan lub początkowa inwestycja?
  • Gdzie jest wrak samolotu ze Smoleńska, najpierw żądany od PO, a potem obiecywany przez PiS?
  • Skrócenie wieku emerytalnego. Wszystkie kraje wydłużają wiek emerytalny. Pokażcie mi taki, który (oprócz Polski) skrócił wiek emerytalny. Czy my jesteśmy mądrzejsi od innych narodów?
  • Gdzie jest sto tysięcy mieszkań dla ludzi bez większych dochodów?
  • Zasiłki dla niepełnosprawnych? Jak znaczące są te zasiłki?
  • Zniesienie zasad korpusu cywilnego w administracji państwowej. Teraz na wysokie stanowiska powołuje się ludzi bez konkursu czyli z mianowania partii rządzącej. To dobrze czy źle?
  • Przejęcie Trybunału Konstytucyjnego i wymiana przewodniczącego (profesora prawa) na (przewodniczącą) magistra prawa, z którą chętnie spotyka się teraz prywatnie prezes Jarosław Kaczyński. Obecny Trybunał rozpatruje teraz mniej spraw niż poprzedni. To dobrze czy źle?
  • Głosowanie ex-premier Szydło w UE o nieprzedłużanie kadencji Przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska przeciwko 27 krajom Unii Europejskiej. Premier PiS głosuje przeciwko przedstawicielowi własnego kraju!? To ona także wyprowadziła flagę Unii Europejskiej ze swojego gabinetu. Czy można się dziwić, że pani Szydło dwukrotnie została odrzucona jako kandydatka na nie najwyższe przecież stanowisko komisarza UE?
  • Niezapłacone faktury Jarosława Kaczyńskiego (Spółka Srebrna). Dlaczego Birgfellner był przesłuchiwany przez prokuraturę/sąd już kilka razy, a pan Prezes ani razu? Czy to dobrze czy źle?
  • Hejty przeciwko sędziom prowadzone przez grupę trolli Wiceministra Piebiaka w Ministerstwie Sprawiedliwości. Gdzie jest śledztwo w tej sprawie? Minister Ziobro, który Piebiaka mianował na to stanowisko, kompletnie nie wiedział co robi jego zastępca?
  • Ponad 4 mld zł strat poniesionych przez Kasy Skoki i pokrytych przez państwo z naszych podatków. To cztery razy więcej niż straty poniesione przez klientów Amber Gold. Gdzie jest śledztwo w sprawie Skoków?
  • Działki Morawieckiego. PiS zadeklarował, że majątek współmałżonka będzie również objęty obowiązkiem publicznej deklaracji dochodowej. Gdzie jest obiecana ustawa dotycząca poszerzonych deklaracji dochodów polityków?
  • Air Kuchciński. Dlaczego marszałek Kuchciński zrezygnował z funkcji skoro nie uczynił nic niezgodnego z prawem czy dobrymi obyczajami? Gdzie jest śledztwo w tej sprawie?
  • Temat kamienicy prezesa NIK Mariana Banasia, byłego Wiceministra Finansów, który wynajmuje kamienicę po żenująco niskiej cenie mafii, która prowadzi tam dom publiczny „na godziny”. Gdzie jest śledztwo w tej sprawie?
  • Prezydent Duda organizuje obchody święta państwowego dla uczczenia Brygady Świętokrzyskiej, jedynej polskiej formacji wojskowej z II WŚ która otwarcie kolaborowała z Niemcami i mordowała Żydów. To dobrze czy źle, że tak bardzo wyróżnia tę brygadę?
  • Korzystanie z trolli i hejtów przez Andrzeja Dudę w okresie ostatniej prezydenckiej kampanii wyborczej. Prezydent Duda nie skierował sprawy do sądu, że jest to pomówienie. Startując z poziomu poparcia około 8 procent pan Duda wygrywa z prezydentem Komorowskim, który cieszył się poparciem na poziomie ponad 65 procent. Czy był to cud czy coś absolutnie zwykłego?
  • Katastrofa smoleńska. Gdzie jest ostateczny raport Komisji Antoniego Macierewicza? Gdzie są dowody zbrodni uzyskane (w wyniku ekshumacji ofiar katastrofy) wbrew woli szeregu rodzin ofiar?
  • Premie, które „słusznie należały się” członkom rządu premier Szydło. Ilu z nich zwróciło te premie? Dlaczego miały one trafić na konto Caritas, a nie do kasy państwowej, skąd pieniądze wzięto?
  • Mamy bardzo niski poziom inwestycji w polskiej gospodarce (dużo poniżej średniej UE). Czy wiesz, że gospodarkę napędzają: wysoka konsumpcja, wysoki eksport, wysokie inwestycje. Czy przeznaczenie wielkich pieniędzy na konsumpcję (wszystkie programy plus „dobrej zmiany”) przez rząd PiS jest rzeczywiście tak wielkim dobrodziejstwem dla społeczeństwa? A co będzie za rok, dwa lub trzy? Stanowiska pracy same się stworzą a gospodarka sama się unowocześni?
0Shares

Literacki blog wyborczy nr 3: Olga Tokarczuk i Nagroda Nobla

Dziś jest ostatni dzień debaty przedwyborczej. Cytuję informację prasową:

„Zagłosujmy we właściwy sposób, za demokracją” – zaapelowała wczoraj noblistka Olga Tokarczuk do Polaków. To oznacza, że prawica będzie miała z nią jeszcze większy kłopot. Radość premiera Morawieckiego i wicepremiera Gliński z przyznania pisarce najważniejszej literackiej nagrody nie powinna nas zmylić.

  • Instytut Książki uznał, że tłumaczenia jej książek nie zasługują na dofinansowanie.
  • Radni PiS w Wałbrzychu wyszli z sali, kiedy odbierała tytuł „Zasłużonej dla miasta Wałbrzycha”.
  • Prawicowcy w jej ukochanej Nowej Rudzie grozili, że spalą jej dom, po tym, jak powiedziała kilka słów gorzkiej prawdy o Polsce i Polakach.

Olgi Tokarczuk nie da się zagłuszyć. Od lat jest aktywną uczestniczką debaty społeczno-politycznej i nagroda Nobla tego nie zmieni. Na szczęście dla nas i dla demokracji”.

Cenię i popieram Olgę Tokarczuk jako pisarkę i obywatelkę!.

PS. To takie miłe ze strony PiS, instytucji kierowanych przez PiS, radnych PiS oraz prawicy utożsamiającej się z PiS, że nie zgadzają się dofinansować tłumaczenia jej książek, nie popierają przyznania jej tytułu „Zasłużonej dla miasta Wałbrzycha” oraz grożą spaleniem jej domu za to, że pisze i mówi o tym, że Polacy nie tylko pomagali Żydom w czasie II Wojny Światowej, ale także ich prześladowali a nawet mordowali. Tak, jakby nie było to prawdą.

My, Polacy, wszyscy jak jeden mąż jesteśmy ideałami.

0Shares