O Michael Tequila

Z wykształcenia doktor nauk ekonomicznych. Kariera zawodowa: handel zagraniczny (m.in. praca na stanowisku attache handlowego i radcy handlowego w Polskiej Ambasadzie w Bogocie), bankowość (kierownik planowania strategicznego w banku australijskim) oraz nauczanie (wykładowca akademicki w zakresie marketingu, zarządzania strategicznego i etyki biznesu), tłumacz polsko-angielski akredytowany przez NAATI, Australia. Członek SA Writers Centre Inc. (Związek Pisarzy Południowej Australii). Hobby i zainteresowania: twórczość literacka, psychologia, pływanie, jazda na rowerze. Miejsca zamieszkania: Bogota, Ateny, Adelajda, Gdańsk.

Wiadomości poranne z serenadą i obrazami

Zbudził mnie pomysł opowiadania o świecie zezwierzęconym, jak to zwierzęta obracają się przeciwko człowiekowi. Chyba je napiszę. Takie szalone kawałki traktuje jak żart, krotochwilę, niewinny kawał, odstępstwo od rzeczywistości, która mnie czasem męczy poczuciem upływającego życia.

Wstałem tak wcześnie, że ptaki pobudziłem, choć to prawie niemożliwe. Jeden z zemsty zanieczyścił mi okno, czyniąc to dyskretnie i z zachowaniem umiaru. Lubię ptaki.

Poza tym zrobiłem sobie ziołowy okład na oczy zmęczone siedzeniem po nocy (wciąż kończę powieść). Tym razem na czas leżenia włączyłem sobie Marsz turecki Mozarta. Jeśli mężczyzna może prawdziwie kochać drugiego mężczyznę, to jest to właśnie mój przypadek, oczywiście miłość platoniczna na odległość rozdzieloną czasem, ale w złotych ramach.

Kocham także obrazy. Przypomniało mi je zaproszenie na wernisaż otrzymane z Galerii „Taki mój świat” z Gdańska -Wrzeszcza. Dziękując za zaproszenie, przedstawiam kilka ich obrazów.

Na zakończenie link do wspomnianego utworu Mozarta, to tylko 4,2 minuty:

https://www.youtube.com/watch?v=HMjQygwPI1c

Oddam cały obecny rząd polski (na zawsze) za jedną minutę tej muzyki! Panie, wysłuchaj mnie i znajdź mi chętnego!

Kronika narodu wybranego. Odc. 13: Pierwszy Baran Nomadii

Iwan Iwanowicz wpadł do mnie jak tornado.

– Słyszał pan? Słyszał pan? – krzyknął już w progu.

– O czym? – odpowiedziałem zmieszany, że coś ważnego uszło mojej uwadze.

Trybunał Kontynentalny ogłosił właśnie wynik międzynarodowego konkursu w dziedzinie „Szybkie Drwalstwo”. Spekulowano, że wygra je kraj, skąd pochodzi ten chudy facet, o którym pisano, że wyrąbał Puszczę Saharę uzyskując tytuł Drwala Uniwersum. Tym razem to nasz kraj został wyróżniony!

– To niesamowite! – entuzjazmował się starszy pan. Przyłączyłem się do niego. – Nomadia najlepsza na kontynencie!

– Folwark Zwierzęcy przeprowadził plebiscyt, komu przyznać ten tytuł. Najbardziej zasłużoną osobą okazał się Minister Wyrębów Zielonych. To on uzyskał tytuł „Pierwszego Barana Republiki”. Wywołało to przelotne nieporozumienie wśród członków Folwarku Zwierzęcego w sprawie numeracji. Padły pytania.

– Której republiki? – Zapytał członek komisji konkursowej.

– Jak to której? Tę, którą właśnie mamy.

– Ale ona nie ma numeru. A przecież wszystkie wersje naszych republik w historii, panie świeć nad jej duszą, mają jakiś numeracje.

Zaczęto liczyć i ustalono, że obecna jest Czwartą Republiką – podsumował Iwan Iwanowicz.

– Bardzo równy numer – zauważyłem.  Mój rozmówca zgodził się.

– Jak on to przyjął? – Zapytałem. – Mam na myśli tego Ministra Wyrębu Zielonych. Tego barana.

– Przyjął to bardzo dobrze. Podziękował i wygłosił krótkie przemówienie:

Zawsze byłem baranem choć na takiego nie wyglądam, bo włos mi się nie kręci. Nawet jak miałem wątpliwości, to pół narodu podtrzymywało mnie na duchu. Baran to dobre zwierzę. Ma pancerny łeb, odporny nawet na trzęsienie ziemi. Stawiają mu pomniki. Pewien duchowny, ojciec wielkiej rodziny, bardzo zamożny i wpływowy, uznał mnie prawie za swego syna. Uwierzył we mnie. On ma tak rozwinięte uczucia ojcowskie, że wierni go kochają bardziej niż pana Boga.

Uroczystość wręczenia tytułu Pierwszego Barana IV Republiki odbyła się na lotnisku – kontynuował Iwan Iwanowicz. Atmosfera była przemiła, ciągle czuć było tam jeszcze zapach róż wręczanych z okazji naszego zwycięstwa 27:1 nad Unią Kontynentalną.

– Mamy wspaniałe barany. Najlepsze na świecie – Stwierdził z dumą Iwan Iwanowicz przed odejściem.

– I to niejednego! Bardzo nam obrodziły w ostatnim czasie – dodałem, ciesząc się, że Folwark Zwierzęcy tak trafnie wybrał najlepszego z nich.

Ludzie, psy, jezioro i pizzeria wczesną wiosną

Jeziorko, trzy wysepki, wrzeszczące mewy. Byłem tam dzisiaj rano, dla zdrowia. Słyszę głuchy łomot jakby lądujący łabędź uderzał skrzydłami o wodę. Widzę tylko mewy. Biegnę dalej; to dwaj mężczyźni prowadzą sparring bokserski.

Potem były inne fenomeny. Dwaj młodzieńcy siódmy raz obiegali jeziorko o obwodzie jednego kilometra, w planie mieli 10 razy. Piersi jak miechy, ale bez serca – pomyślałem. Tak pastwić się nad własnym ciałem. Tym niemniej wyraziłem im uznanie za wytrwałość.

Nieco dalej młoda kobieta, właściwie dziewczyna, biegnąc pchała przed sobą wózek z dzieckiem. Zazdrość wkradła się w moje serce. Czy ze mną ktoś tak biegał? Potem spotkałem inną kobietę z dwoma psami królewskiej rasy Cavalier King Charles Spaniel. Jeden z nich to szczeniaczek pięciomiesięczny, istne cudo, czysta radość.

 Cavalier King Charles spaniel

Zgodziliśmy się we czwórkę, że pies to rasa wyższa niż człowiek. Superior, jak mówią Anglicy.

Szkoda, że u nas nie ma króla i takich spanieli. Prezes to rasa pośrednia między wieśniakiem zdobnym słomą sterczącą z butów a monarchą w złotej szubie, powiedziałbym byle jaka, chyba, że założy nam kagańce.

SONY DSC

Wtedy to będzie już królem a my spanielami. To byłoby coś. Zawiało grozą, zrobiło mi się zimno.

W pizzerii „U Skrzypka” dziewczyna, usta jak korale, imię starorzymskie, piękna jak róża. Jest wiosna to wszystko kwitnie. Boże! Jak ja chciałbym być inny, ładniejszy i tak zgrabnie poruszać nogami!

Nic to. Będę pracować nad sobą.

Michael Tequila, powieść, poezje, opowiadania: https://tinyurl.com/y7cza5nc 

Nawet we śnie oglądam rzeczywistość. Piramida cyrkowa.

Śnił mi się Jarosław Kaczyński, wyszedł zza pleców Augusta II Mocnego, jeszcze bardziej mocarny, trzymał na ramionach premiera Morawieckiego i ex-premier Szydło, obciążonych wielkimi premiami, a ci trzymali na ramionach marszałka Sejmu i kilku ministrów, w tym ministra Macierewicza obciążonego generałami i niezakupionymi helikopterami.

Zawiał wiatr, chyba historii, piramida zachwiała się, potem przyszedł huragan, w końcu rozległ się wielki łomot i coś zwaliło się na ziemię. Po chwili zrobiło się cicho i odczułem wielką ulgę. Nie wiem, co się dalej działo, bo obudziłem się postanawiając być prorokiem we własnym kraju.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Sursum corda, Bracia i Siostry! Sursum Corda! C.d na  https://tinyurl.com/yc4bbpnd

 

Wycieczka do Egiptu Cz. 6 Przeprawa przez śluzę na Nilu

Statek nazywał się „A. Sara”.

 Statek pasażerski A Sara

W niiedzielę 25 marca późno w nocy przepływamy przez śluzę na Nilu z drodze z Luksoru (starożytne Teby) do Edfu (Idfu).

 Kolosy Memnona

Operacja trwa kilka godzin. Śluza jest tak wąska, że po obu burtach statku widocznego przed nami pozostaje nie więcej niż pół metra przestrzeni. Stoimy, kilku pasażerów, na górnym pokładzie na dziobie i czekamy na wejście do śluzy. Śluza mieści jednorazowo dwa statki. Różnica poziomu wody wynosi siedem metrów. Wieje chłodna bryza.

Pierwsze urozmaicenie: z pachołka na nabrzeżu spada gruba lina cumownicza, marynarze spieszą się, aby jak najszybciej ją zamocować. Nie trwa to długo. Wkrótce od strony lewej burty z dołu, z poziomu rzeki, słyszymy krzyki. W ciemnościach na wodzie ledwie widoczna jest mała łódka z dwiema osobami. Jeden mężczyzna nieprzerwanie wiosłuje, ponieważ rzeka spycha go w tył dosyć intensywnie, drugi wrzeszczy do osób stojących na pokładzie. To sprzedawca, Egipcjanin, zachęcający pasażerów na pokładzie do kupienia strojów egipskich: sukienek, galabiji, koszul wyglądających na nocne i podobne rzeczy. Mówi chyba wszystkimi językami, bo odpowiada na każde zawołanie w dowolnym języku.

Zainteresowanie wykazuje grupka Hiszpanów. Śledzę przebieg ich rozmów, znam hiszpański. Egipcjanin identyfikuje Carlosa, nazywa go Carlo. Rozmawiają krzycząc do siebie. Wkrótce sprzedawca nieproszony rzuca na pokład zawiniątko w plastiku. Trafia bez pudła, choć pokład jest na wysokości kilkunastu metrów nad wodą i jest bardzo ciemno. Potem rzuca po dalsze rzeczy, trafia bez problemów, do obejrzenia i przymierzenia. Rzuca i rzuca, łącznie osiem sztuk. Grupa Hiszpanów liczy chyba też osiem osób. Oglądają, przymierzają i konwersują. Nieprzerwanie trwają negocjacje. Widzę i słyszę to wszystko, jestem tuż obok w odległości kilku metrów. Szlafrok kosztuje 40 Euro, po dłuższych negocjacjach cena schodzi do 5 Euro. Egipcjanin spręża się, negocjuje tanio sprzedaż kilku sztuk pod razu. Carlos przekazuje decyzję zakupu w ręce żony, Marty.

– To ja decyduję o pieniądzach – krzyczy w dół Marta.

Sprzedawca coś jej odkrzykuje, nazywa ją Mardą. Kupuje nie tylko ona, ale i inni Hiszpanie. Wszyscy młodzi i szpuli, jakby niedożywieni, dziewczyny drobne. Ściągają bluzeczki i przymierzają. Potem widziałem, jak paradowali po korytarzu ubrani w długie białe stroje. Taki męski strój jest tradycyjny, sam myślałem, aby go sobie kupić, nazywa się galabija. Ma też inne podobne nazwy.

 Galabija

Do śluzy wpływamy nocą po zejściu z pokładu do kabin pasażerskich.

Michael Tequila, powieść, poezje, opowiadania: https://tinyurl.com/y7cza5nc 

Wycieczka do Egiptu. Cz. 5: Moja grupa wycieczkowa

Grupa wycieczkowa, ponad 30 osób, okazała się sympatyczna i rzeczowa.

 Wycieczka łodzią po Nilu.

W gorącym klimacie ludzie otworzyli się jak kwiaty; każdy opowiadał o sobie, o swojej rodzinie, przeszłości i radościach, jakie będziemy wspólnie przeżywać w Egipcie. Ponieważ powietrze było bardzo suche, na twarzach nie było widać łez wzruszenia. Uczestnicy nawzajem pokazywali sobie paszporty, aby pochwalić się, ile kto ma lat, że jest starszy niż na to wygląda i nie taki mądry, jak to wynikałoby z fizjonomii i słów, jakimi serdecznie dzielili się z innymi. Każdy chciał pokazać swoją skromność.

Pragnienie, aby wypaść w jak najlepszym świetle i mnie się udzieliło, kiedy zauważyłem, że nie jestem już taki urodziwy, jak niegdyś. Patrząc na zdjęcie paszportowe sam się dziwiłem, jak bardzo się zmieniłem upodabniając się do dojrzałego, przystojnego sfinksa.

Myślałem tak jednak tylko do momentu, kiedy mi wytłumaczono, że była to fatamorgana.

O polityce nie dyskutowaliśmy. Wszyscy byli zgodni, że mamy cudowny rząd, jest wspaniale, będzie jeszcze lepiej, pod warunkiem, że rząd wprowadzi jeszcze więcej ograniczeń, aby ludzie się nie zbisurmanili, a minister sprawiedliwości zbuduje więcej więzień dla osób chodzących lewą stroną ulicy w czasie poważnych demonstracji śpiewanych. Przy temacie demonstracji ktoś zasugerował zwiedzenie choćby jednego więzienia egipskiego, na co przewodnik zaproponował zwiedzanie grobów faraonów, przekonując, że tam też jest ciasno, nie ma okien ani możliwości ucieczki.

– Spoko. Poczujecie się jak w więzieniu – zapewniał.

Tak bardzo to nas rozpaliło, że natychmiast chcieliśmy zwiedzać piramidy, świątynie i groby.

Po przybyciu na miejsce i zakwaterowaniu w hotelu, zjedliśmy wspólnie pierwszą kolację. Zwyczajem mieszkańców pustyni uczestnicy wycieczki wkładali sobie nawzajem do ust najsmaczniejsze kąski, gratulując udanych dzieci oraz życząc szczęśliwego przebiegu rozstroju żołądka, które hotel i cały kraj oferowali bezpłatnie każdemu turyście, i w ogóle wszystkiego najlepszego, w tym minimum dwudziestu centymetrów papieru toaletowego w najbliższej toalecie bez wody.

Przy ciasteczkach i słodyczach rozmawialiśmy o tym, czy nie warto byłoby przebrać się za Beduinów i wsiąść na wielbłądy. Mogło być też odwrotnie, ale nie pamiętam, bo piłem wtedy trzeci kieliszek spienionego białego wina, aby zabić nienawiść do samotności. Oprócz mnie były w grupie jeszcze tylko dwie samotne dziewczyny; też na pewno cierpiały tak, jak ja. Najgorsza była noc, kiedy zapadały egipskie ciemności:

 Ciemności egipskie.

mnie śniły się gołe egipskie niewiasty z zasłoniętymi twarzami, a dziewczynom nadzy Egipcjanie z czarnymi brodami, w tradycyjnych strojach egipskich galabiji, wznoszący do góry rękę i pytający:

Z jakiego kraju jesteś, dziewczynko? oraz: Czy chciałabyś za jednego dolara kupić wisiorek ode mnie?

 Beduini egipscy.

Miasta, jakie odwiedzaliśmy, okazały się niesamowicie czyste. Na ulicach nie było widać żadnych puszek po napojach, starych opakowań czy kolorowych zdjęć największego lokalnego amanta filmowego (którego widok wywoływał niezmiennie cierpnięcie ust dziewcząt dojrzałych i niedojrzałych), a w powietrzu nie latały żadne papiery, luźne odpadki ani nie unosił się kurz.

 Typowa ulica w Hurghada.

To, że brodziło się w pyle, okazało się nieprawdą. Nie wiem, kto szerzył takie wiadomości, ale nie był to miłośnik Egiptu i jego odwiecznych tajemnic.

Sprzedawcy uliczni okazali się niezwykle mili. Podchodzili do nas bardzo powściągliwie, z szacunkiem, bynajmniej nie zachwalając swojego towaru.

 Sprzedawca prażonych ziemniaków.

Oferowali od razu niezwykle atrakcyjną cenę, tylko jednego dolara i to za towar wart piętnaście dolarów wyjaśniając, że jest to zwykle barachło nie warte złamanego szeląga i oni chętnie jeszcze bardziej opuszczą cenę, a w ostateczności oddadzą łach za darmo, aby tylko zadowolić klienta. My, uczestnicy wycieczki, oczywiście nie negocjowaliśmy zbyt mocno, aby nie puścić sprzedawcy z torbami, pamiętając, że trzy dolary za ładną koszulkę z dobrej bawełny to cena tak szalenie wysoka, że biedny Egipcjanin mógłby się rozpić lub co najmniej rozpuścić jak dziadowski bicz. Ekonomiczna argumentacja stron owocowała radością rozstań oraz cichymi, lecz serdecznymi życzeniami: Niech cię Bóg błogosławi za twoją dobroć! Byłem pod wrażeniem, że pod tym względem Polacy i Egipcjanie to dwa bratanki, co mnie bardzo ucieszyło.

Wycieczka do Egiptu. Cz 4: Dwie opinie o tej samej wycieczce, przewodniku i hotelu

Pod adresem jak niżej (https://r.pl/egipt-potega-poludnia/zakwaterowanie-egi/opinie-4?f=118–egipt-potega-poludnia_118_56246_39331_1920x730&gclid=EAIaIQobChMIhYS3nf-p2gIVgquyCh3xQQAFEAEYAiABEgLMmfD_BwE Opinię dodał: Mirosław, 56-65 lat, ze znajomymi, termin pobytu: Marzec 2017. 138 z 169 osób uznało tą opinie za pomocną), znalazłem opinie sprzed roku odnoszącą się do identycznej wycieczki, jak ta w której ja uczestniczyłem. Cytuję:

„Podczas wycieczki objazdowej najważniejszy jest pilot, który ma decydujące znaczenie na jej ocenę. Nam trafił się Adel Zidan, który najpewniej wywodzi się z miejscowych biur organizujących wycieczki dla Polaków. Świadczy o tym jego komercyjne podejście do zawodu. Zanim dojechaliśmy z lotniska do hotelu zebrał od wszystkich obowiązkowe 145$ mimo, że o 20.00 wyznaczył spotkanie organizacyjne podczas którego można było to zrobić w sposób bardziej cywilizowany. Później było podobnie – przede wszystkim biznes, czyli sprzedaż wycieczek fakultatywnych, płyt DVD o historii Egiptu (własna działalność gospodarcza), agitowanie do zakupu kartuszy, wyrobów jubilerskich (od znajomych) czy wreszcie do zakupu wody od kierowcy w cenie 1$ za dwie półlitrówki (średnio w sklepie woda 1,5 l kosztuje 4-5 funtów). Zazwyczaj podczas takich wycieczek pilot mówi tak dużo, że czasami tęskni się za błogą ciszą, tutaj było odwrotnie – trzeba było czekać na informacje od pilota, ale tak już maja przewodnicy komercyjny. Tylko zapytany odpowiadał na pytania dotyczące zwyczajów, codziennego życia czy innych ciekawostek z życia Egipcjan.  Osobnym problemem była jego znajomość języka polskiego. Była wystarczająca w autokarze, gdzie było dobre nagłośnienie i można było się domyślić wyrazu którego się nie zrozumiało a było ich trochę. Pan Adel nie wymawia spółgłosek i podczas zwiedzania, gdzie nie zawsze można stanąć blisko przewodnika były duże problemy żeby zrozumieć co mówi. Wystarczyło zgubić jeden wyraz kolejnego nie zrozumieć i klops. Przykład – „podzim” oznacza „pod ziemią” ale wiem to dopiero teraz. Podczas sprawdzania obecności gdy okazało się że nie potrafi wymówić większości nazwisk sprawdzał nas numerami pokojów. W czasie przejazdu z Assuanu do Hurgady który trwał ok. 9 godzin nie odzywał się prawie wcale – dla niego było już po wycieczce więc po się wysilać. Rozdał ankiety i na tym zakończył działalność. Był to najgorszy pilot jakiego spotkałem dotychczas a ponieważ to moja pierwsza wycieczka z Rainbow nieprędko kupię tutaj następną. Program wycieczki: Program nastawiony przede wszystkim na wycieczki fakultatywne. Pilot: Opisałem wyżej – tragedia. Transport: Statek Sarah II niezły ale autokary to rozklekotane gruchoty. Jedyny plus to to że miały sprawna klimatyzację. Siedzenie same sie rozkładały nie pozwalając się normalnie oprzeć. Zakwaterowanie: Na statku OK ale w hotelu Three Corners Royal Star już gorzej. Okna na remontowany szpital, w pokoju ciemniej niż na korytarzu a w łazience przydałaby się latarka tak tam ciemno. Pierwszy raz spotkałem sie aby w czterogwiadkowym hotelu mięso było wydawane przez kucharza w ramach szwedzkiego stołu”.

Mój komentarz: Opinia jest w zasadniczej mierze nieprawdziwa, bo zbyt negatywna.  Odrzucam takie opinie. To dobra zasada: jeśli masz więcej opinii do zapoznania się, odrzuć te najbardziej krańcowe: najgorszą i najlepszą.

 Przewodnicy egipscy: Nagi (po lewej) i Ziedan (po prawej)

Ziedan (prawidłowa pisownia) był sensownym przewodnikiem. Jego język polski jak na Egipcjanina był przyzwoity, choć rzeczywiście przewodnik używał nieco orientalnych sformułowań typu „responilu” (rejs po Nilu) czy „bramidy” (piramidy). Określenia „podzim” nie słyszałem. Co do sprzedaży drobnych wyrobów egipskich w autobusie, uważałem to za błogosławieństwo. Były to drobiazgi wartości jednego lub dwóch dolarów USA (3,5 – 7 zł); w spokoju w autobusie można było kupić je nie będąc nagabywanym prze sprzedawców, którzy potrafili być natrętni. Wodę w autobusie sam kupowałem chętnie podobnie jak i inni uczestnicy wycieczki; butelki były przechowywane w lodówce a sam zakup był bardzo poręczny i tani: dwie lub trzy butelki półlitrowe za 1 dolara w kraju otoczonym pustyniami, to nie jest wygórowana cena.

 Widok z tarasu Royal Star na morze Widok z tarasu na hotel

Hotel Royal Star (patrz zdjęcia) bardzo sobie chwaliłem: przestrzenny, czysty, szerokie korytarze, wygodny pokój z małym balkonem, piękny taras przed hotelem z basenem, parasole, leżanki, dostęp do bezpłatnych ręczników kąpielowych. Jedzenie (duży wybór, trzy posiłki) było bardzo dobre, dużo lepsze niż w Hiszpanii, gdzie byłem rok wcześniej.

Dostęp do morza nie był nadzwyczajny (meduzy, kamienie), ale po dwóch dniach odkryłem, że są drabinki prowadzące od razu do głębokiej wody. Mało ludzi zresztą pływało. Większość opalała się. Towarzystwo międzynarodowe: Holendrzy, Belgowie, Norwedzy, Niemcy, Amerykanin mieszkający w Australii. Oprócz pracowniczki recepcji pani Magdy (Guest Relations) oraz pana Przemka (animator zespołu ABS Entertainment), spotkałem jeszcze tylko jedną Polkę, panią Elżbietę, zamieszkałą w Niemczech, która przyjechała na wypoczynek. Z wieloma osobami rozmawiałem.

Ja miałem inne problemy. Zlew mi się zatkał w łazience, zgłaszałem, nie naprawili przez dwa dni. W żaden sposób nie można było dodzwonić się do Polski. Łącza telefonicznie nie działały, nie było zasięgu, diabeł tasmański chyba mieszał palce w tej egipskiej niemocy.

W podsumowaniu: jak chce się psa uderzyć, to i kij się znajdzie. Najlepsze są wycieczki z idealnymi złotoustymi przewodnikami, autokarami wysłanymi perfumowaną trawą morską i pokojami typu „royal lounge” za drobne grosze. Może przesadzam, ale chyba nie.

 Kościół koptyjski w Hurghada.  Byłem tam na mszy (zupełnie przypadkiem). Przy wejściu siedział uzbrojony policjant, sprawdzano torby i plecaki, ulica był kompletnie zablokowana z obydwu stron. Wewnątrz mężczyźni siedzieli po lewej stronie, kobiety osobno po prawej.

 Wnętrze kościoła koptyjskiego w Hurghadzie (Orthodox Coptic Church).

Wycieczka do Egiptu. Cz 3: Starożytny Egipt, okresy historyczne i zdjęcia

Właściwa wycieczka zaczęła się w Luksorze, gdzie zamustrowaliśmy się  na statku, aby przez cztery noce i pięć dni podróżować Nilem w górę rzeki w kierunku Asuanu.

Nasi przewodnicy mówiący po polsku: Nagi (po lewej), wyznania koptyjskiego,  i Zienadine (po prawej), wyznania muzułmańskiego. Około 80 % Egipcjan to muzułmanie.

 Sklep tekstylny w Hurghada. Własność pana Gomaa. Kupowałem u niego szale z pashminy na upominki. Właściciel mieszka w Kairze, biznes prowadzi w Hurghadzie. Ma swoją stronę na Facebooku..

Grupa wycieczkowa, głównie Polacy, ale także jedna para z Litwy i jedna z Czechosłowacji.

Zadałem sobie niezbyt udany trud uporządkowania zdjęć świątyń i zabytków egipskich wedle okresów historycznych, w jakich powstały. Różne źródła nawet na samej Wikipedii podają niezbyt zgodne ze sobą dane. Wybrałem jedno z nich, wydawało mi się najbardziej uporządkowane i konsekwentne w prezentacji.

5500 – 3350 p.n.e. Okres predynastyczny

3350 – 3150 p.n.e. Okres protodynastyczny

3150 – 2886 p.n.e. Okres wczesnodynastyczny

2686 -2181 p.n.e. Stare Państwo

2181 – 2133 p.n.e. Pierwszy Okres Przejściowy

2133 – 1786 p.n.e. Średnie Państwo

1786 – 1567 p.n.e. Drugi Okres Przejściowy

1550 – 1085 p.n.e. Nowe Państwo

1085 – 664 p.n.e. Trzeci okres przejściowy

664 – 332 p.n.e. Okres późny

332 – 30 p.n.e. Epoka grecka – dynastia Lagidów

30 p.n.e.–395 n.e. Okres rzymski

Na górnym pokładzie zwanym słonecznym.

Na niektóre „pomniejsze” wycieczki, jak na przykład do wioski nubijskiej, wieziono nas łodzią motorową mieszczącą kilkanaście osób. .

Hotel Royal Star w Hurghadzie, w którym mieszkałem ostatnie cztery dni. Podobał mi się.

 

Zespół świątynny Abu Simbel. Pojechaliśmy tam autobusem, trzy godziny jazdy, wyruszając w drogę z Asuanu o godzinie czwartej rano.

Mniejsza świątynia Abu Simbel poświęcona bogini Hathor.

Główna część świątyni Abu Simbel poświęcona faraonowi Ramzesowi II oraz bogom Ra, Ptah i Amun.

Bugenwilla rosnąca przy drodze prowadzącej bezpośrednio do Świątyni Abu Simbel. To niezwykle piękny i popularny krzew w ciepłym klimacie. W moim ogrodzie w Australii rosła czerwona bugenwilla. To, co widać na krzewie, to nie kwiaty, ale liście które nabierają barwy i wyglądają jak kwiaty. Bugenwilla czyli kącicierń to roślina pnąca z rodziny nocnicowatych, gatunków roślin pnących i płożących wywodzących się z Ameryki Południowej.

Dodatkowym problemem były zdjęcia. Pomysł robienia zdjęć w Egipcie aparatem komórkowym nie był dobry, mimo że mam jeden z nowszych smartfonów (Lenovo K5) i wydawało mi się, że powinien robić w miarę dobre zdjęcia. Wyszła jedna wieka lipa. Dokonałem rzezi, dziesiątkując je. Byłem w tym nieporównywalnie mniej okrutny niż Egipcjanie, którzy wystrzelali kilkadziesiąt tysięcy krokodyli po zbudowaniu Wielkiej Tamy Asuańskiej! Moje zdjęcia zastąpiłem w większości bezpłatnymi zdjęciami wyszukanymi na Wikimedia Commons. Okazałem się być nie tylko zabójczym, ale i pracowitym facetem. Dałem sobie w duchu jednego lajka za ten heroicznie użyteczny czyn. Oto pierwsza seria 10 zdjęć.

Podróż do Egiptu Cz 2: Egipska historia RWPG

W trakcie wycieczki mieliśmy niezwykłe szczęście zwiedzić piramidę, nieoznaczoną na żadnej mapie i poznać tajemnicę, o której słyszałem już wcześniej z zaufanych ust. Niestety szczegółów nie mogę ujawnić, gdyż złożyliśmy uroczystą przysięgę milczenia. Jest to tak wielka tajemnica, że nie powierzyłem jej nawet sobie samemu. Powiem tylko, że wydarzenie miało miejsce w pobliżu wioski nubijskiej blisko Asuanu.

Przybyliśmy tam nocą w kompletnych ciemnościach (zwanych egipskimi) na wielbłądach z zawiązanymi oczami. W takiej sytuacji nie można ufać wielbłądom tym bardziej, że podejrzewaliśmy, że są pijane albo na narkotykach, bo miały nierówny chód.

Zwiedziliśmy piramidę sprzed czterech tysięcy lat o kształcie rogatego zwierzęcia, w której uczeni z krajów demokracji ludowej odkryli po II Wojnie Światowej niezwykłą izbę z dostępem świeżego powietrza. Przebywały w niej żywe zwierzęta. Był to wielki byk oraz pięć małych ptaszków. Pytaniem było, jak udało im się przeżyć w dobrym zdrowiu kilka tysięcy lat. Okazało się, że korzystały one z wilgoci skraplającej się na ścianach pomieszczenia, a jeśli chodzi o jedzenie, to ptaszki żywiły się tym, co pozostawił po sobie byk, a byk tym, co pozostawiały po sobie ptaszki. Dało to pomysł założenia RWPG, organizacji mającej na celu przyśpieszenie postępu technicznego, wzrost wydajności pracy i zwiększenie dobrobytu państw członkowskich. Ponieważ korzystałem z tego dobrobytu, piszę o tym wszystkim z wielkim wzruszeniem. Domyślam się, że ptaki odkryte w piramidzie były ibisami.

Dlatego na pamiątkę kupiłem sobie ibisa z onyksu. Zaoferował mi go z zaskoczenia za jednego dolara pewien Egipcjanin, po czym przekonał mnie, że rzeźba wart jest trzydzieści dolarów, co w końcu drogą wzajemnej łagodnej perswazji (niezwykle cywilizowanej, bo bez przekleństw), sprowadziliśmy do dziesięciu dolarów, czym uszczęśliwiliśmy siebie nawzajem. Korespondujemy teraz ze sobą, planując założyć Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Egipskiej im. Ptaka Ibisa.

Michael Tequila, powieść, poezje, opowiadania: https://tinyurl.com/y7cza5nc 

Wycieczka do Egiptu. Cz 1: Wioska nubijska, wielbłąd i hodowla krokodyli.

Już w pociągu z Warszawy do Gdańska przystąpiłem do przygotowania opisu pierwszego fragmentu mojej dwutygodniowej wycieczki do Egiptu. Podjąłem to z energią wielbłąda, który usiłował zrzucić mnie na ziemię w wiosce nubijskiej, jaką zwiedzaliśmy w czasie podróży statkiem po Nilu. Mimo, że na imię miał Rambo, był dziewczyną, ciemniejszą niż inne wielbłądy i bardziej włochatą. Rambo miała rozmiar kopyta 66 i rzęsy dłuższe i bardziej zalotne niż najpiękniejsze kobiety, jakie śnią się mężczyznom w Egipcie po nocach. Była pieszczochą; zamiast patrzeć pod nogi, aby dowieźć mnie bezpiecznie do celu, kładła kudłaty łeb na kolana jadącej przede mną pani.

Siodło na wielbłądzicy było tak umieszczone, że przechylałem się nadmiernie do przodu, w związku z czym dla utrzymania równowagi wychylałem się do tyłu. Poganiacz wielbłądów zauważył widocznie moje cierpienie, gdyż podszedł i życzliwie sugerował mi przesunięcie się jeszcze bardziej do przodu. Ani z nim ani z wielbłądem nie doszedłem jednak do porozumienia. Na szczęście podróż karawany wkrótce skończyła się, gdyż przybyliśmy do wioski.

Szkoły figurującej w programie zwiedzania nie udało nam się obejrzeć; była zamknięta z powodu wyborów prezydenckich. Przez metalowy fragment bramy obejrzałem tylko duże zdjęcie obecnego prezydenta Egiptu w charakterze kandydata na nowego prezydenta. Podobał mi się, też głosowałbym na niego, zwłaszcza jak pomyślę o innym, lepiej mi znanym prezydencie, który nie wygląda tak poważnie jak ten egipski.

W wiosce zwiedziliśmy typowy dom nubijski, powierzchnia na oko 300 m kwadratowych, pokoje elegancko wysypane drobnym żółtym piaskiem, ciepłe. Dach był z liści palmowych, pod nim obracał się wentylator. Na ścianie namalowany był wielki słoneczny obraz z wodą i drzewami. Na stole pojawiła się przekąska, był to chleb domowego wypieku, obok stały miseczki z miodem.

W programie wycieczki była też hodowla krokodyli. Miała ona postać jednego krokodyla, długości około 90 cm, umieszczonego wewnątrz domu w dużym zlewie. Krokodyl miał podwinięty ogon i wazową łyżkę wody przed pyskiem. Zwierzak nie ruszał się, ale żył. Poznałem to po tym, jak łypnął na mnie okiem; wydawało mi się, że porozumiewawczo. Nie wiem, czy go dobrze zrozumiałem. On milczał, to i ja milczałem. Na wszelki wypadek nie podałem mu ręki na powitanie, niepewny, czy właściwie zrozumiałby gest przyjaźni polsko-egipskiej.

Potem gospodyni wniosła drugiego krokodyla, właściwie krokodylka, miniaturkę długości 30 cm. Uczestnicy wycieczki podchodzili i brali go na ręce, zwłaszcza panie, które mają w dłoniach więcej pieszczot. Nawet córeczka gospodyni wzięła krokodylka na ręce. Dzieci mają w sobie tyle miłości.

Było gorąco, piaszczyście, w sumie bardzo fajnie. Wioska nubijska podobała mi się. Po raz pierwszy zapragnąłem być Egipcjaninem.

Pozdrawiam serdecznie uczestników wycieczki oraz osoby zainteresowane podróżą do Egiptu.

Kronika narodu wybranego. Odc. 10: Nazywajmy rzeczy po imieniu

Historia naturalis palmarum

Słonecznym rankiem, kiedy fanfary przedwiośnia budziły ludzi radosną pobudką, Iwan Iwanowicz, wspomagany dodatkowo darem bezsenności, przedstawił tajemnicę nazywania rzeczy po imieniu. Stało się to przy krawężniku, miejscu objawień demokracji bezpośredniej. Przyszło mu to tym łatwiej, że był pijany, w stanie określanym przez mieszkańców tropików jako „muy embriagado”, czemu zawdzięczał upojne wizje i kolorowe przemyślenia. Zapytany, jak przeżywa stan uniesienia emocjonalnego i intelektualnego, skwitował krótko:

– Czuję się tak samo jak cały kraj.

Uspokoiwszy się, kontynuował.

– Nazywajmy rzeczy po imieniu – zaczął, wynosząc pod niebiosa Czcigodnego, przywódcę partii i narodu. Uznał za rzecz nadzwyczajną połączenie w jednym umyśle i sercu tych dwóch wielkich bytów. Z Czcigodnym, jak się okazało, łączyła go zażyłość historyczna.

– Bardzo dobrze go rozumiem, należymy do tej samej kategorii geriatrycznej, inaczej mówiąc jesteśmy synami ustroju robotniczo-chłopskiego wspomaganego przez inteligencję pracującą. Premier Cudny też jest wytworem tego samego ustroju rozłąki z rozumem, z tą różnicą, że nie jest on synem, ale jego wnukiem. Mądrość ustroju nabył on w sposób naturalny wraz z mlekiem matki i poglądami ojca wracającego tęsknotą do lat młodości, kiedy to naród stał nad prawem jak złota brama nad wjazdem do królewskiej rzeźni.

Z Mężem Czcigodnym łączy mnie historia, pobrane nauki, zwyczaje i nawyki. Rozumiem, co go dręczy, ponieważ dobrze pamiętam niespełnione pragnienie ówczesnej władzy uszczęśliwienia narodu. Czyż nie jest to piękne, że dobrobyt w ojczyźnie tworzony jest dzisiaj przez człowieka ukształtowanego przez naszą wspólną, histeryczną przeszłość, i jest to dobrobyt obowiązkowy? Gdzie indziej dobrobyt jest dobrowolny, chcesz to bierz, a nie chcesz, to nie bierz, ale nie u nas. Musisz go wziąć, bo rozumna władza wie najlepiej.

Po krótkiej czkawce, Iwan Iwanowicz pociągnął temat dalej.

– Czcigodny i pan premier stworzyli już ekonomiczny fundament dobrobytu. Aby nie rzucać słów na wiatr, przedstawię wyliczenie. Dzisiaj, na przedwiośniu, rzodkiewki z Włoch, pęczek zawierający 10 sztuk, były w warzywniaku po złotówce. W przeliczeniu na przeciętną premię w wysokości 75 000 zł, znaczy to 750 000 sztuk. Jeśli przeciętny obywatel będzie jeść z umiarem, powiedzmy 5 sztuk dziennie, to premia zapewni mu rzodkiewki przez 150.000 dni, co daje 410 lat zdrowego odżywiania. Tylko za jedną premię roczną!

Iwan Iwanowicz poruszał ustami, testując kubeczki smakowe, aż w końcu – wciąż myśląc o świeżych warzywach – poczuł smak włoskiej pizzy o kształcie pieroga, jaką kiedyś zachwycił się w Wenecji. Wspomnienia przeszłości przywróciły go na tory rozważań o Mężu Czcigodnym.

– Wszyscy go znamy i kochamy – podjął wątek. – Ciało lekko pulchne, łagodne zaburzenie kaszkietu wywołane kryjącą się pod nim siwizną. Dla wielu osób, które go ubóstwiają – nie to co ja, który go cenię, a nawet szanuję za pomysłowość i dobre intencje – pełni on wzór męża opatrznościowego.

Porównania wyczerpały mówcę. Machnął ręką, dając znak, że już skończył mowę pochwalną i nie zamierza więcej absorbować zebranych swoim zauroczeniem władzą. Powitano to mieszanymi oklaskami.

Kronika narodu wybranego. Odc. 9: Sen na jawie, słowa i ich interpretacja

 CharmLG by Louis-Garden

Na pytanie dziennikarki o przemówienie Prezydenta, jego rzecznik, osobnik pucołowaty, w czarnym kusym paletku na pulchnym organizmie, odpowiedział uśmiechając się różowawo na twarzy, bo było bardzo zimno:

– Pan Prezydent tego w ogóle nie powiedział w pełni świadomości. Jemu to się śniło i on to mówił przez sen.

– W pełni dnia, na świeżym powietrzu, w obecności setek ludzi?

– Właśnie. Dokładnie tak. Wszyscy to widzieli. Śni się również na jawie! To pani tego nie wiedziała? To niezwykłe. Niby taka znana dziennikarka, a nie wie podstawowych rzeczy! – nie mógł się nadziwić rzecznik

– Czy oni wszyscy muszą być tacy pulchni i pucołowaci – zadała sobie pytanie dziennikarka, przemilczała jednak odpowiedź jak każda rozważna kobieta unikająca publicznego komentowania męskich przypadłości.

– Wyjaśnię pani z całą wyrazistością – kontynuował rzecznik – cytując fragmenty wypowiedzi pana prezydenta: co tam nasz kraj, najważniejsza jest Unia Kontynentalna, że bywają takie głosy, że ponad sto lat zaborów, że kraj taki wielki zniknął z mapy, a może to lepiej, bo wreszcie swary się skończyły i rozkosze, wszystkie insurekcje, wojny, awantury, konferencje, nie mamy już na to żadnego wpływu, bo jesteśmy małymi dziećmi, bo gdzie indziej decyduje się o naszych sprawach, zabiera nam się kieszonkowe, które zaoszczędziliśmy z wielkim trudem i pracujemy jak niewolnicy na innych, i nic nie czujemy. Ja przynajmniej nic wtedy nie czuję, kiedy mówię, jak niewolnik pracując na kogoś, kogo nawet poważam, bo mu dużo zawdzięczam, ale tak nie buduje się rzeczywistości – zakończył rzecznik na ostatnim oddechu przytaczając słowa prezydenta, po czym znowu podjął.

– Pan prezydent, owszem, tak powiedział, ale przez sen i to nie całkiem własny, przez to nie miał na myśli tego, co powiedział, ale zupełnie coś innego. Jego słowa nie odnosiły się do Unii Kontynentalnej, którą szanuje i doskonale zna, bo przecież dłuższy czas tam terminował, brał nie takież to znowu nadzwyczajne pieniądze, wykonywał różne znaczące prace, czytał i oznaczał ważne akta prawne, a raz nawet redagował fragment ustawy o hodowli rasowych królików, które muszą być jednowymiarowe, czemu on się sprzeciwił i to zostało dobrze przyjęte i uznane przez Unię. Pisała o tym potem cała prasa. Co do imienia i nazwiska, to Prezydent jest tylko pseudonimem literackim, teraz właściwy jest tytuł Najwyższy Urzędnik Państwa, zwany Głową albo Duą, co jest naturalne, bo wszyscy jakoś się nazywamy i jest to już tradycja i historia, która kiedyś bez wątpienia też doczeka się pomnika.

Co do pseudonimu, że niby taki literacki, to pan prezydent umie pisać, czytać i mówić, i na tej podstawie twierdzi z pełnym przekonaniem, i ja mu wierzę, że wie co czyta, pisze i mówi, nawet kiedy nie mówi od siebie tylko przemawia w czyimś imieniu, kogoś bardzo ważnego. Jest to rzecz zupełnie zrozumiała w naszych warunkach klimatycznych, kiedy jest tak zimno, że człowiekowi osobiście nie chce się gęby otworzyć, zwłaszcza kiedy jest bardzo ważną osobą – podsumował rzecznik.

– Pan Dua znany jest podobno z szybkiej i niechybotliwej jazdy na nartach? Czy to prawda? – zapytał jeszcze dziennikarka, aby oryginalną informacją nadać dodatkowej świeżości wywiadowi.

– Tak, to prawda, z tym, że nie to jest najsilniejszą cechą Duy, używajmy tego skrótu, to ogromnie upraszcza porozumiewanie się, co jest ważne dla naszego ukochanego kraju, przez nas uczciwych urzędników państwowych zwanych ojczyzną, a nie wiadomo jak zwanych przez opozycję, ulicę i zagranicę – rzecznikiem wstrząsnęło, kiedy wymawiał trzy ostatnie słowa; o mało co nie uwięzły mu one w gardle ze zgrozy i niepokoju, co stałoby się, gdyby wymienione elementy mogły o czymkolwiek decydować.

Dziennikarka pomyślała, że to wszystko to bełkotliwa interpretacja wypowiedzi wszystkich krajowych najwyższych urzędników państwowych, ale nie była pewna, czy tak szeroka definicja ma ręce i nogi, podobnie jak je mają wszyscy normalni ludzie w Nomadii.

Michael Tequila, powieść, poezje, opowiadania: https://tinyurl.com/y7cza5nc 

Kronika narodu wybranego Odc. 8: Premier wygłasza przemówienie o wypędzonych

Gaius Marius na wygnaniu

W pięćdziesiątą rocznicę wypędzenia premier Cudny wygłosił przemówienie na uczelni wyższej.

– Nie takiej znowu wyższej, skoro zdołał się tam dostać – drwiła opozycja, jak zwykle niechętna rządowi i wszystkiemu, co go otacza.

Premier mówił z pamięci, ale czytał z kartki. Robił to dyskretnie, z dystynkcją, z której był znany. Wszyscy cenili go także za powab osobisty i mówienie językami, bo spośród członków rządu tylko on robił to udanie i z wdziękiem. Premierowi chodziło w tym wypadku jednak o dokładność, a nie o wywarcie wrażenia.

– Z wypędzonymi to było tak, że ich wypędzono, ale to nie byliśmy my, tylko obce mocarstwo, które u nas rządziło i opętało umysły ówczesnej władzy, która nie była nasza, choć mówiła naszym językiem. Naszego państwa, ukochanej Nomadii, jeszcze nie było. I tę prawdę trzeba odnaleźć. 

– A kiedy i gdzie pan się urodził, panie premierze? – Zadał pytanie dziennikarz, na którego wszyscy sykali z niezadowoleniem, bo taką datę to zna każdy porządny obywatel. – Przecież pan się urodził w roku wypędzenia. Czy to znaczy, że pan nie urodził się w Nomadii, tylko za granicą?

Premier zamyślił się głęboko, aby przypomnieć sobie szczegóły, co nie przyszło mu łatwo, bo soczewki okularów zaszły mu mgłą wzruszenia i słabiej widział rzeczywistość.

Świadkowie wypędzenia mieli inne wyobrażenia, jak to było, ale i tak to nic nie zmieniło, bo nazwa „świadek” źle się kojarzyła z religią, w której wyznawcy zapominają leczyć swoje dzieci, kiedy w grę wchodzi transfuzja krwi. Sprawa ta miała trochę wspólnego z wypędzonymi, bo oni też byli odmiennej religii, co nie wszystkim się podobało.

Po namyśle Premier powiedział:

– Pytanie jest dobre, nie powiem, nawet o tym kiedyś myślałem, ale umknęło mi to z pamięci. Jak państwo wiecie, jestem patriotą i zawsze chciałbym, aby wszyscy rodzili się w naszym kraju, co nie zawsze jest możliwe.

Po tym wyjaśnieniu premier jeszcze raz się zamyślił i wyjaśnił:

– Co do roku i miejsca mojego urodzenia, to nie mogę się wypowiedzieć. Byłem wtedy za mały, aby to pamiętać. Mogę państwu powiedzieć, jaki był kolor moich pieluch, ale nic więcej nie pamiętam. Potem to już zajmowałem się sprawami poważniejszymi i karierą zawodową, która udała mi się nadzwyczajnie dzięki przewodnictwu naszego ukochanego Męża Czcigodnego.

W dowód uznania dla premiera za słowa serdecznej podzięki i szacunku dla starszych zebrani wstali i wyrazili swój szacunek minutą milczenia. Wcześniej wyszedł z sali naukowiec też starszej daty, który dobrze pamiętał wypędzenie i wypędzonych. Tłumaczył się dolegliwościami wewnętrznymi.

– Kiedy wzrusza mnie przemówienie, zawsze boli mnie brzuch. To jakieś uczulenie. Cholernie tego nie lubię – wyjaśnił z żalem.

Michael Tequila, powieść, poezje, opowiadania, Księgarnia Merlin:https://tinyurl.com/y7cza5nc

Kronika narodu wybranego. Odc. 7: Pokutnicy

Na wieczorne posiedzenie parlamentu premier Cudny przybył wraz z całym gabinetem. Był to poruszający widok; mężczyźni mieli na sobie grube, czarne włosienice, kobiety podobne, lecz w jaśniejszym kolorze z delikatniejszej tkaniny. Wchodząc zawodzili z wielkim żalem i posypywali sobie głowy popiołem.

– Przyszliśmy tutaj – wzruszony premier ogarnął wzrokiem stadko najbliższych współpracowników – aby się pokajać i prosić o przebaczenie. Wzięliśmy pieniądze, które nie były nasze, prawdziwe srebrniki, które nam wciśnięto, ale to była nasza wina, że nie domyśliliśmy się, że nie wypada ich brać.

Słaniając się po brzemieniem winy premier poprosił ministrów o zwrot pieniędzy.

– Co kto może! – zachęcał. Śmiało! – wołał.

Ministrowie oddawali pieniądze z płaczem radości. Niektórzy bili się w piersi i krzyczeli przejmująco: Mea culpa! Mea culpa! Mea culpa! Na początku pieniądze rzucano na tacę stojącą przed ławą jego Czcigodności, który patronował akcji pokajania błogosławiąc podchodzących, potem do wielkiego kosza, w końcu na stos na środku sali. Wkrótce urosła tak wielka góra pieniędzy, że trzeba było przesunąć ławy parlamentarne, aby zrobić miejsce.

Posłów opozycji, cyników z natury i przekonania, serdecznie poruszyły żal i szczerość intencji członków rządu. Nastąpiło wielkie rozrzewnienie; rząd i opozycja padali sobie w ramiona, wybaczając sobie nawzajem przewinienia.

Potem nastąpiła druga część uroczystości. Na wniosek premiera ustawili się w kolejce ministrowie, wiceministrowie i sekretarze stanu pragnący złożyć rezygnacje ze stanowisk. Marszałek zaczął ich liczyć, lecz musiał przerwać, ponieważ wciąż dochodzili nowi. Pierwsze liczenie dało wynik 17, drugie 46, trzecie 92. Tłum gęstniał, zrobiło się duszno, otworzono okna. W tym momencie marszałek przerwał uroczystość, oświadczając głośno: – Nie mogę pozwolić na dalsze rezygnacje, bo nikt nie zostanie rządzie. Uczciwość rządu przerosła moją wyobraźnię.

Po wygłoszeniu tego oświadczenia marszałek poprosił wszystkich posłów o powstanie i uczczenie uczciwości rządu minutą milczenia. Całą uroczystość transmitowała telewizja publiczna.

Kronika narodu wybranego. Odc. 6: Nadzwyczajna rola tasaka

  Tasak Parang.

W parlamencie nastał sądny dzień. Premiera Cudnego oskarżono o niewyobrażalne czyny i skłonności; jeśli nie sadystyczne, to co najmniej rzeźnickie. Przeczuwał to, gdyż idąc na salę obrad, zaplątał się we własne nogi i mało nie upadł. Uratowała go tylko świadomość, że służy słusznej sprawie i głosi prawdę z wysokości tych właśnie nóg.  

– Nie taki on cudny, skoro tasakiem posiekał ogromny majątek na drobne kawałeczki jak zwykłego kurczaka i rozdzielił je między rodzinę i biednych ludzi – krzyczała opozycja.

Dla rozjaśnienia sprawy zaczęto liczyć obdarowanych: krewnych, kuzynów, pociotków oraz wszystkich uszczęśliwionych biedaków. Okazało się, że premier jest bogatszy w rodzinę i ubogich znajomych niż w pieniądze, gdyż niewiele zostało mu z podziału. Ta przejściowa konkluzja zdezorientowała audytorium. Niektórzy posłowie wręcz pogubili się i wyciągali smartfony, aby się odnaleźć korzystając z GPS.

Premier bronił się stosując różne taktyki. A to milczał, a to odwracał się plecami do pytających; w końcu zwrócił się frontem do kolegów i koleżanek tej samej orientacji majątkowej, którzy dla dodania mu otuchy trzymali nad głowami wielki portret Czcigodnego Męża .

Nie wszyscy posłowie ocenili premiera negatywnie. Byli i tacy, co dostrzegli jego nadzwyczajne umiejętności żonglerskie, użyteczne w polityce, zwłaszcza międzynarodowej, kiedy ma się do czynienia z ludźmi innej kultury i obyczajów, chętnie oglądających sztuczki, jakich jeszcze nie widzieli.

Oprócz zarzutów, było także dużo pytań. Pytano przede wszystkim, czego premier się wstydzi i czy jest wstydem zarabianie dużych pieniędzy. Było to niepotrzebne, bo i tak wszyscy znali odpowiedzi.

Koledzy i koleżanki premiera wspierali go przysłowiami: „dobrym pomysłem i zręczną pracą nawet bogacze się bogacą”, „bogatemu to i byk się ocieli”, „pieczone gołąbki nie lecą same do gąbki”, „bez pracy nie ma kołaczy” oraz „nie wstyd jest zarobić godziwe pieniądze, nawet całą górę”.

Po ostatnim porzekadle padło rzeczowe pytanie: – Komu szkodzą góry pieniędzy, zwłaszcza zimą, kiedy tysiące ludzi jeździ na nartach, kiedy nawet sama głowa państwa lubi sobie szusnąć w dół w kolorowym czerwonozłotym kasku? Było to pytanie merytoryczne, bo nikt nie usiłował nawet na nie odpowiedzieć.  .

Skąpany w deszczu okrzyków premier nie załamał się, wręcz przeciwnie, dał pokaz przytomności umysłu: pochylił się, wyciągnął składany parasol i rozpiął go, aby przeczekać burzę. Tak go potem pokazywano w telewizji, twardego jak skała, opanowanego, z dumnie podniesionymi okularami ze szczerego złota, czekającego na uspokojenie umysłów wzburzonych siekaniem dużych pieniędzy na kawałki jak kurczaka.

Michael Tequila, powieść, poezje, opowiadania, Księgarnia Merlin:https://tinyurl.com/y7cza5nc

Kronika narodu wybranego. Odc. 5: Koniec procesu ewolucji

Od autora. Wciąż eksperymentuję. Czytelnicy przedstawili mi uwagi, które wykorzystuję, aby znaleźć najlepszą formułę powieści. Zmieniam tytuł i nazwiska niektórych bohaterów. Dokonam odpowiednich zmian wstecz, w poprzednich odcinkach.

Cz. 5: Koniec procesu ewolucji.

Późnym popołudniem w sobotę Komitet Polityczny premiera Pięknego, zwanego też Chudym, podsumował:

– Dotarliśmy do końca łańcucha ewolucji. To szczyt rozwoju. Dalej już nie pójdziemy, nie ma sensu ani potrzeby, bo tylko możemy spaść.

Na czele komitetu stał mężczyzna słusznego wniosku, o wydatnych wargach i zniewalającym uśmiechu. Występował często w telewizji, wygłaszając teorie na temat polityki międzynarodowej. Był tak lubiany, że widzowie robili sobie z nim selfie. Był też idolem dzieci, kobiet i sfer intelektualnych, u których miał kredyt zaufania wielkości szafy. Była to masywna dawka. Na polityce znał się jak mało kto. Pracował kiedyś w teatrze i nakładał maseczki kosmetyczne na twarze aktorów, pod którymi ukrywali swoje prawdziwe twarze, aby ujawnić oblicza wielkich postaci historycznych. W ten sposób dyrektor komitetu politycznego ocierał się wybitnych mężów stanu Talleyranda, Lenina, Gandhiego, Mao Zedonga, Churchilla. Ich wiedza polityczna spływała na niego.

Delegacja komitetu udała się po akceptację wniosku o osiągnięciu szczytu rozwoju do Męża Świątobliwego, przez obcych zwanego Samotnikiem, przez swoich Czcigodnym, przez współpracowników Szefem. Był dobrze strzeżony; delegacja posuwała się naprzód raz po raz sprawdzana przez straż. Idąc spekulowali, że może znajdzie dla nich chwilę wolnego czasu, może czyści sobie buty albo w zamyśleniu bawi się smartfonem. Kiedy weszli do jego gabinetu, gładził ręką czarną skórę, sprowadzoną z Egiptu. Wyglądała jak żywa, sypały się z niej skry. Gospodarza wyraźnie to bawiło, gościom też podobała się zabawa. Domyślili się, że jest to forma miłości okazywana przez niego istotom żywym.

Świątobliwy wniosek zaakceptował, po czym uprzejmie skinął ręką, aby sobie poszli i więcej mu nie przeszkadzali. Odchodząc, zapewnili go jeszcze raz, że naprawdę osiągnęli koniec łańcucha ewolucji, poza którym nie ma już dalszego rozwoju.

– Wiedziałem to od dawna – odpowiedział z powagą, na jaką zasługiwały jego słowa.

Następny dzień, była to niedziela, dla dobra społeczeństwa zamknięto wszystko na klucz łącznie z toaletami publicznymi. Panowała cisza, idealne warunki do kontynuacji obrad parlamentu.

Rześko ruszyli z debatą nad pozostałymi reformami. Opozycja prawie nie zabierała głosu, ewolucyjnie mniej rozwinięta nie wiedziała, jak się zachować. Kiedy wreszcie otworzyła usta i wydobyła z siebie niezdarne słowa, dyskusja tak się ożywiła, że w powietrzu latały przekleństwa i wyzwiska, a jej uczestnicy nazywali siebie małpami.

Wieczorem komitet polityczny, była już godzina dwudziesta druga albo i później, osiągnął porozumienie. Ujął to słownie przewodniczący komitetu:

– Doszliśmy do końca łańcucha ewolucji, do szczytu rozwoju, ale na innym, wyższym poziomie. Wizyta u szefa bardzo nam pomogła. Teraz już jesteśmy pewni, że nie jesteśmy wyłącznie istotami człekokształtnymi, tylko neandertalczykami. Dalej już nie pójdziemy; nie ma sensu ani potrzeby. Dokończymy jedynie reformy uszczęśliwienia narodu. Zostało nam już mało czasu.

Deklaracja przewodniczącego została przyjęta tak gorącym aplauzem, że trzeba było otworzyć okna, aby schłodzić atmosferę.

Michael Tequila, powieść, poezje, opowiadania, Księgarnia Merlin:https://tinyurl.com/y7cza5nc

Najserdeczniejsze życzenia z okazji Dnia Kobiet

W dniu, co tu dużo gadać, niezwykle kobiecym, z okazji Międzynarodowego Dnia Powszechnej Radości,
wszystkim Paniom, małym, średnim i dużym,
babciom, mamom, córkom i wnuczkom,
mężatkom oraz dziewczynom marzącym o schwytaniu małżeńskiego szczęścia za owłosione nogi,


a także – aby nie dyskryminować – córom Koryntu, gejszom i przedstawicielkom innych organizacji pogotowia ratunkowego dla mężczyzn,
a nawet mężczyznom, którzy psychicznie i cieleśnie przeszli na kobiecość,
życzę Wszystkiego Najlepszego, a konkretnie:

  • zasobnego jak niemiecki portfela,
  • australijskiej pogody w domu i w sercu jak rok długi i szeroki,
  • egzotycznych wycieczek do krajów, gdzie na złocistej plaży słońce nie zachodzi,
  • szalonej miłości, która się dobrze kończy,
  • wyśmienitego samopoczucia w każdej chwili cyklu,
  • mniej złego a więcej dobrego cholesterolu,
  • więcej dietetycznych owoców i warzyw, i to w ekologicznym wydaniu,
  • mniej zanieczyszczeń, a więcej powietrza w tym, co nas otacza,
  • dużo zdrowego ruchu na łonie przyrody,
  • psa, który wyprowadza na spacer bez względu na pogodę, zdolnego boleśnie pogryźć prezesa, który tylko koty rozpieszcza,
  • większych piersi, jeśli obecne są za małe i (rozsądnie) mniejszych, jeśli są za duże,
  • kosmetyków przywracających wiek maturalny w niepełne dwa tygodnie,
  • cudownie chybotliwych pośladków na wysokich obcasach, które wprawdzie naciągają ścięgna, ale jakżeż serdecznie kojarzą się mężczyznom,
  • lekkiej pracy za duże pieniądze,
  • więcej ciała, jeśli obecne jest zbyt skąpe lub mniej, jeśli zbytnio rozciąga sukienkę,
  • dzieci nieskończenie urodziwych, rozumnych, grzecznych i pomocnych,
  • męża, który byłby ozdobą i chwałą rodziny finansowo wypasioną jak szejk arabski,

  • cierpliwości wobec władzy, która nawet jeśli jest dana od Boga, to nie jest nieśmiertelna,
  • życiowej mądrości, aby nam błędów nie wytykano.

W końcu i przede wszystkim, pełni zdrowia, szczęścia i pomyślności.

Michael Tequila

P.S. Drobny upominek ze zbioru poezji „Klęczy cisza niezmącona":

Rozwierasz dłonie

Rozwierasz dłonie kwiatami pachnące
– ja je całuję,
otwierasz serce miłością tętniące
– ja je miłuję,

płaczesz ze smutku, z nieznanej przyczyny
– ja z Tobą szlocham,
śmiejesz się warg rozchylając karminy
– taką Cię kocham.

Michael Tequila, powieść, poezje, opowiadania, Księgarnia Merlin: https://tinyurl.com/y7cza5nc

Kronika narodu wybranego. Odc. 4: Premier objaśnia dumę narodową

Za granicą sprawy nie poszły tak dobrze, jak się spodziewano, choć w sumie ułożyły się znakomicie. Dumą narodową Nomadów zachwycono się powszechnie, znalazły się jednak elementy szowinistyczne, radykalne, różnego rodzaju fanatycy religijni i uciekinierzy, którym nie podobała się ona, i którzy potępili Nomadię.

W kraju rząd uznał ten sprzeciw za mało znaczący, zupełnie minimalny, polegający na nieprozumieniu, i uspokajał opinię publiczną, że nic się nie stało, mówiąc „wszystko wyjaśnimy, że nie ma żadnego pożaru niechęci wobec nas, który byłby widoczny ze wszystkich latarni morskich na świecie”.

Rzecznik rządu podkreślił, że należy pamiętać, że nie wszyscy obywatele innych państw sami byli bohaterami i dlatego nie potrafią należycie docenić dumy narodowej. Z tych samych względów nie podobają im się kary ustalone przez Nomadię dla osób i instytucji, które mówiłyby źle o niej lub o jej obywatelach, wśród których było kilku podleców, ale bardzo niewielu, i proporcja dobrych obywateli do złych była jak pięćset do jednego. Czy powiedział dokładnie „pięćset do jednego” nie było całkiem pewne, ponieważ wypowiedział to niewyraźnie.

W kraju winą za krytykę dumy narodowej rząd obarczył opozycję parlamentarną, która „zawsze była gotowa narażać na szwank interes narodowy z najbardziej egoistycznych pobudek”, mimo że i opozycja była za przyjęciem ustawy o dumie. Tego poparcia nie wyparł się nawet wysokiej rangi polityk opozycyjny znany z uśmiechu zajączka na zaciśniętych przednich zębach.

W celu wyjaśnienia nieporozumień za granicę udał się Premier Cudny. Do wyjazdu przygotował się niezwykle starannie, przede wszystkim pobrał szczegółową instrukcję od Jego Świątobliwości. Dla podkreślenia dobrej woli i pokazania kraju z pozytywnej strony zabrał ze sobą kilka kawałów najlepszej kiełbasy, pół litra wódki „Narodowa” oraz kilka puszek konserw rybnych wyprodukowanych przez Nomadów, którzy żyjąc na terenach pustynnych potrafili czynić cuda z ryb, jakich w życiu nawet nie widzieli.

Premier spotkał się z najwyższymi czynnikami wielkiej organizacji, której ogrom przeraziłbym wszystkich, ale nie jego i jego rząd. Spotkanie z przewodniczym tej organizacji, do której należała też Nomadia, zrelacjonował potem sobie w telewizji.

– Na wierzch jak czerw wypełzły nieporozumienia. Wyjaśniliśmy to sobie z łatwością. Spotkanie przebiegło w znakomitej atmosferze. Spór został prawie całkowicie załagodzony. Przewodniczący podkreślił wspaniałą atmosferę spotkania:

– Mówi pan, panie premierze Cudny, o wiele ładniej niż pańska poprzedniczka. Bardzo ją lubiliśmy, ale ona nie była tak wymowna jak pan. Pański języki jest aksamitny, wyłożył pan wszystko tak klarownie, że w moim sercu zakwitły kwiaty, i to te najdelikatniejsze, jak jaśminy, groszki pachnące oraz chabry i bławaty, które są dobrze znane w pańskim kraju.

– Wszystko było oparte na nieprozumieniu. Wytłumaczyłem to i rozstaliśmy się w największej zgodzie. Jest tam jeszcze jakiś drobiazg, jeden lub dwa, jakaś rezolucja, że niby mamy dostosować się i przestrzegać jakichś nieznanych mi jeszcze zasad, ale jest o małe piwo – wyjaśnił premier w telewizji, oblizując usta na wspomnienie piwa chmielowego, za którym przepadał.

– Na początku źle mnie zinterpretowano, bo wprawdzie mówiłem po angielsku i to z doskonałym z akcentem, oxfordzkim przez „x”, ale zrozumiano mnie w zupełnie innym języku. Oni są po prostu niedoinformowani.

W czasie pobytu za granicą premierowi pomyliły się kierunki świata i złożył wieniec kwiatów nie pod tym pomnikiem, co trzeba, choć nie jest to całkiem pewne. Wieniec był tak wielki i pachnący, że wszyscy na to zwrócili uwagę. Pozytywną stroną było to, że wszyscy wieniec i premiera mają teraz na zdjęciach, w telewizji i na ustach. Premier zapomniał o tym wspomnieć, ponieważ jego myśli kołowały wciąż wokół dumy narodowej, z której i on był dumny.

Odezwa do Czytelników 

Droga Czytelniczko!  Drogi Czytelniku! 

Zakrzyknę jak niegdyś Edward Gierek: „Pomożecie?”, a Wy mi odpowiedzcie: „Pomożemy!”, nawet gdybyście mieli skłamać.To mi doda otuchy. Nie będziecie pierwsi, którzy nie mówią prawdy. Kłamstwo jest dzisiaj w cenie, szczególnie w polityce. Widocznie czemuś ono służy, skoro jest w cenie. Na pewno ludziom łatwowiernych i szukającym mądrości w innych, nie w sobie. 

Zmieniłem zamysł. Miałem pisać na mojej stronie autorskiej opowiadanie, piszę powieść w odcinkach. Poniżej trzeci odcinek. Pomysły czerpię z otaczającej nas rzeczywistości, rodzimej i międzynarodowej. Przedstawiam to, co widzę, czytam, słyszę, co mi się śni w nocy, cofam się w tył, wybiegam do przodu, fantazjuję. Staram się, aby była to najlepszej klasy groteska, parodia, także realizm magiczny, który mnie urzeka (uwielbiam Gabriela Garcię Marqueza)

Pisanie kosztuje mnie dużo wysiłku. Jeden wpis na blogu (300 – 600 wyrazów) to 3 do 5 godzin pracy, może nawet dłużej. Sprawdzam treść wielokrotnie, zmieniam, uzupełniam, aby tekst był celny, interesujący, atrakcyjny. Pisząc blog, zaniedbuję inną powieść, nad którą pracuję już od blisko roku. To dodatkowe obciążenie dla mnie.

Dlatego, jeśli moje teksty Ci się podobają, zachęcaj jak najczęściej do wchodzenia na moją stronę przyjaciół, znajomych i rodzinę. Jeśli możesz, umieść link do mojej strony autorskiej na swoim Facebooku lub blogu. Będę wdzięczny. Im więcej osób mnie czyta, tym większa jest moja motywacja do pisania; czynię to w czynie społecznym.

Szczególnie byłym zachwycony, gdyby na mojej stronie pojawił się ktoś z Twoich znajomych, dziennikarz, pisarz, księgarz, recenzent, bibliotekarz, aktor, bloger książkowy, znana osobistość, jednym słowem osoba opiniotwórcza. To dla mnie bardzo ważne, gdyż potrzebuję promocji. Nawet najwybitniejsi pisarze się promowali. W księgarniach są moje trzy książki, mają dobre i bardzo dobre recenzje (patrz górny pasek menu nad blogiem), ale jestem mało znany. Nieliczni mnie kupują, rynek jest szalenie konkurencyjny.

Na zakończenie: uwielbiam uwagi, recenzje, sugestie. Nic mnie tak nie cieszy, jak krytyka; pisząc polubiłem cierpienie. Bądź markizem Donatien-Alphonse-François de Sade, chłostaj mnie krytyką! Pisz komentarze, jeśli życzysz sobie także bezpośrednio do mnie. Podaję adres: michael.tequila@anciano.pl

Pozdrawiam serdecznie,

Michael Tequila

Linki:

Kronika narodu wybranego. Odc. 3: Duma narodowa

Obecni w pokoju ministrowie zerkali już dyskretnie na zegarki. Zrobiło się późno. Na dworze było zimno i ciemno, był to koniec lutego. Jakby odczytując ich myśli premier Smukły postanowił zakończyć posiedzenie gabinetu.

– W końcu zaczniemy prawnie chronić naszą największą wartość, dumę narodową. Trzeba skończyć z atakami na naszą historię, która jest przecież historią wyłącznie bohaterstwa. Możemy być tylko dumni z pomocy bliźnim w ciężkiej potrzebie w tamtym trudnym okresie. Nie godzimy się z tym, że ktoś mógłby nam wypomnieć złe czyny, których nie popełniliśmy . Będziemy ścigać prawnie takie osoby i organizacje.

Wiadomość o ochronie dumy narodowej pojawiła się w wieczornych dziennikach telewizyjnych. Społeczeństwo przyjęło entuzjastycznie decyzję rządu. Obywatele wychodzili na ulice, najpierw pojedynczo, potem większymi grupami, wyprostowali, z podniesionymi głowami, lekko cofniętymi ramionami i wzrokiem skierowanym w przyszłość. Cieszyli się z przynależności do narodu mającego największe powody ze wszystkich do dumy z siebie i swoich czynów, pragnęli ją nosić otwarcie w sercach, a w święta narodowe także na sztandarach i transparentach.

Uczucie dumy okazało się tak intensywne, że z obawy, czy nie jest niebezpieczne dla zdrowia w kilkunastu większych miastach pobrano jej próbki i oddano do analizy. Znaleziono w nich te same trzy składniki: honor, chwałę i godność. Tylko dwa laboratoria posługujące się nowszymi metodami analizy ujawniły także elementy pychy i zarozumiałości.

– Były to zupełnie przypadkowe zanieczyszczenia. Ich mikroskopijny poziom jest bez znaczenia – udzielając wyjaśnienia rzeczniczka rządu zasłaniała Jego Świątobliwość własnym ciałem przed natrętnymi reporterami. Zniecierpliwiony gestem nadmiernej opiekuńczości Eminencja odsunął ją na bok, aby wygłosić krótkie oświadczenie.

– Jestem szczęśliwy, że dotarliśmy tu, gdzie dotarliśmy. Pewne czynniki utrudniały nam dotychczas swobodny rozwój dumy. Wiedziałem o tym, ale nie mogłem nic ujawnić z uwagi na inne, jeszcze bardziej skomplikowane elementy. Teraz możemy już o tym swobodnie rozmawiać. Nasza duma narodowa to fenomen w skali światowej; żaden kraj nie może się z nami porównywać. Okazaliśmy bezmiar pomocy bliźnim w najtrudniejszym dla nich i dla nas okresie. Musimy i będziemy chronić tę wartość. Nie możemy pozwolić, aby ktokolwiek ją kwestionował, umniejszał czy w nią wątpił.

Sprawą przygotowania ustawy zajął się najsprawniejszy prawnik w rządzie, rzutki i energiczny, pasjonat przewodzenia, przemawiania i oskarżania. Ustawę przygotował tak starannie, że parlament uchwalił ją bez czytania w ciągu jednego dnia i dwóch godzin. Czas procedowania był dokładnie wymierzony, ponieważ rząd wcześniej już uznał – na wniosek Jego Świątobliwości – że bez przyśpieszenia (zwanego akceleratorem) naród nie jest w stanie osiągnąć powszechnego dobrobytu. Pośpiech był nieunikniony, gdyż poprzednia ekipa rządząca pozostawiła państwo w stanie gorszym niż obrabowany i spalony sierociniec na bagnie.

Ustawę zatwierdzoną przez niższą izbę jeszcze tej samej nocy przyjął senat; jego marszałek osobiście dostarczył dokument do prezydenta w celu ostatecznego uświęcenia. Prezydent czekał już na schodach pałacowych w świetle rozpalonych twarzy, w atmosferze zapachu imponujących bukietów czerwonych róż. Mimo, że był mańkutem, pragnął podpisać dokument oburącz, dla wyrażenia swego pełnego poparcia.

Uroczystość z zapartym tchem obserwowali obywatele czekający od wielu godzin przed pałacem oraz na placu za pałacem, gdzie ustawiono dwa wielkie i sześć małych telebimów. Szybkość stanowienia prawa w Nomadii pogłębiła w nich i tak już niezwykle silne poczucie dumy; byli przekonani, że ustawa jest bardziej potrzebna niż chleb powszedni, o jaki modlili się codziennie.  

W ostatnim momencie przed podpisaniem prezydentowi zadrżała ręka. Czujne oko najwyższego strażnika porządku wyłapało mikroskopijny błąd, który wzbudził w nim poważną wątpliwość. Chodziło o to, czy określenie „duma narodowa” powinno pisać się z dużej czy z malej litery. Wstęga pytań przewinęła się przez jego przepracowaną głowę, jedno bardziej szokujące od drugiego, kto i dlaczego pozostawił w ustawie tak groźne niedopowiedzenie. Prezydent zachował się jak zawsze, z godnością i zgodnie z sumieniem; podpisał dokument i od razu pchnął go umyślnym do Trybunału Konstrukcyjnego, najwyższego państwowego organu oceny konstrukcji prawnych, słynnego trzeciego filaru.

Historycznie, był to okres, kiedy system prawny Nomadii oparty był już na zasadzie „Trzy w jednym”.

Wszystkie książki autora do nabycia w Księgarni Merlin:  https://tinyurl.com/y7cza5nc . Recenzje są na górnym pasku menu powyżej na tej stronie.